Wioska Wróżek – Baltray

Posłuchaj podcastu, klikając tutaj: Wioska Wróżek – Baltray

Większość irlandzkich wiosek przypomina mi tunel; macie jedną, raczej wąską drogę, której obie strony są ciasno zabudowane. Znalezienie miejsca parkingowego przy takiej drodze może stanowić prawdziwe wyzwanie, a przejazd przez taką wioskę, w której samochody są zaparkowane po obu stronach głównej ulicy, może często stanowić jeszcze większe wyzwanie.

Baltray, jest inne. Baltray przypomina mi Polskę lub Holandię, gdzie wioski są nieco rozciągnięte i tworzą siatkę bocznych dróg.

Baltray to prawdziwy ukryty klejnot okolicy. Otoczona wodami Morza Irlandzkiego u ujścia rzeki Boyne, była kiedyś wioską rybacką w czasach, gdy łosoś tak gęsto zamieszkiwał ową Boyne – Królową Krów, że rzekomo można go było łapać rękami.

“Samuel Lewis

Topograficzny słownik Irlandii, 1837

Baltray, wieś w parafii Thermonfeckan, baronowstwie Ferrard, hrabstwie Louth i prowincji Leinster, 2,5 mili od Droghedy; 428 mieszkańców. Wioska jest położona nad zalewem rzeki Boyne, na wschodnim wybrzeżu, a w 1831 roku posiadała 81 domostw, z których większość to chaty kryte strzechą.”

Źródło: libraryireland.com

Czasy się jednak zmieniły i teraz jest to “sypialnia” dla osób pracujących w pobliskim mieście portowym Drogheda lub nawet dalej w Dundalk czy Dublinie.

Mieszkając na przeciwległym brzegu rzeki, często wkurzałam się na brak małej łódki lub promu, który mógłby zabrać ludzi na drugą stronę. Zajęłoby to nie więcej niż 5 minut. Ponieważ jednak port Drogheda jest aktywnym biznesem, przyjmującym i wysyłającym łodzie towarowe każdego dnia, nie ma tu możliwości zbudowania mostu, który połączyłby plaże Mornington i Baltray.

W związku z tym, po tygodniach wpatrywania się w drugą stronę, Chloe i ja pewnego dnia postanowiliśmy w końcu zobaczyć, co tam jest.

Podróż, zamiast 5, zajęła nam 30 minut jazdy samochodem. Wzdłuż południowego brzegu rzeki, aż do pierwszego mostu w centrum Droghedy, tylko po to, aby następnie pokonać identyczną odległość wzdłuż północnego pobrzeża rzeki, aby w końcu, po zobaczeniu ładnej chatki krytej strzechą, a następnie starego kamiennego mostu, skręcić w prawo, zgodnie z drogowskazami.

Po lewej, rząd starych, ale zadbanych domów, po prawej, odrobina zieleni zakończona długim, ponad metrowym, kamiennym murem zbudowanym wzdłuż brzegu zalewu. Kilka ławek, absurdalnie ustawionych w taki sposób, że wszystko, co zobaczysz siedząc na nich, to kamienna ściana oddalona o 10 cm od Twojej twarzy. Nic dziwnego, że zawsze są puste.

Trochę dalej pojawia się pub. W każdej irlandzkiej wiosce znajduje się kościół i pub. I co zabawne, zwykle znajdują się naprzeciwko siebie. Ułatwia to życie Irlandczykom, którzy, jak powiedział duński filozof Soren Kirkegaard, “chrzczą swoje dzieci, ale na wszelki wypadek nigdy nie zanurzają jednej pięty w wodzie święconej”. Myślę, że pięta jest tym, co zabiera ich do pubu po niedzielnej mszy. Jest to taki sekretny proces zaspokajania zarówno bogów religijnych, jak i pogańskich.

Ale tutaj, w Baltray, nie ma kościoła 🙂 Mówiłam Wam, że ta wioska jest wyjątkowa!

Zaparkowałyśmy w samym centrum osady, tuż przy pubie, gdzie zwykle dostępnych jest kilka miejsc.

Dwa psy, jeden stary, biało-czarny łaciatek, a drugi praktycznie cały czarny, przyłączyły się do nas tak, jakbyśmy byli przyjaciółmi od czasów przedszkola i po prostu towarzyszyły nam wszędzie, dokądkolwiek byśmy się nie udały.

Parę ładnych domów po prawej, kryta strzechą chałupka po lewej, kilka kolejnych domów wokół pubu i droga prowadząca do tylnych uliczek.

Przed nami, tuż przy drodze, kawałek zieleni z dużym drzewem. W zeszłe Święta Bożego Narodzenia ozdobiono je ogromnymi, bajecznymi czerwonymi lampami.

A pod koniec tego zielonego skrawka kilka stołów piknikowych z ławkami i coś hipnotyzującego…

Chloe jak szalona pobiegła w jego kierunku tego czegoś. Psy popędziły za nią jak na złamanie karku.

Pomiędzy drzewami, starannie zbudowany i zarządzany przez miejscowych był mały Ogród Wróżek.

Ogród ten bardzo się zmienił od czasu, gdy zobaczyłyśmy go po raz pierwszy i teraz jest prawdopodobnie 5 razy większy w stosunku do ówczesnego rozmiaru.

Miejscowi zebrali zabawki, których ich dzieci już nie używały i dodając mnóstwo wyobraźni i wykorzystując to, co dała im Matka Natura, stworzyli arcydzieło wśród drzew.

Znaleźć tam można małe bajkowe domki i domeczki, wszystkie ręcznie malowane i ułożone przez dzieci. Mini trampolina wbudowana w ziemię. Mini stoły i krzesła, malowane pniaki, mini sztućce i naczynia dla lalek i Małych Skrzacików, domki dla lalek, sekretne kryjówki, zjeżdżalnia i huśtawka.

W zeszłym roku zawitało tam nawet “pudełko uczciwości” z jajami od kur z wolnego wybiegu, sprzedawanymi tutaj przez lokalną rodzinę. Bierzesz jaja, wrzucasz kasę do skrzyneczki i przy następnej okazji oddajesz kartonik 🙂

Piłek i kijów jest tu bez liku a lokalne psy wyszkoliły już wszystkie odwiedzające dzieci w kwestii ich zabawiania. Chloe również otrzymała prywatną lekcję i po kilku minutach nie wiedziała w co ma ręce włożyć bo tyle tu zabawy, że głowę urywa!

Był słoneczny dzień, dość nietypowe zjawisko i w dodatku nie padało od kilku dni. Trawa była sucha… powiedzmy (nigdy nie siedziałam na suchej trawie przez 16 lat życia w Irlandii!).

Tuż przy Fairy Garden – Ogródku Wróżek znajduje się słynne na całym świecie pole golfowe prowadzone przez Radę Hrabstwa Louth. Ten wielokrotnie nagradzany klub golfowy był gospodarzem dwóch Irish Open.

Przechodzimy przez drogę prowadzącą do Klubu i siadamy na trawie. Jak zawsze, papier, kredki i markery zasypują cały świat. …. W taki też sposób tworzymy naszą kolejną książkę wraz z ilustracjami wykonanymi na miejscu. Opowiada ona o naszych nowych psich przyjaciołach, którym z taką łatwością udało się nas oswoić.

Ale pieski, nie zapominajcie o tym, co powiedział Mały Książę: “stajecie się odpowiedzialni za to, co oswoiliście”!

Wróciłyśmy do samochodu i przejechaliśmy obok pola golfowego na sam koniec drogi podziurawionej jak szwajcarski ser. Teraz jest ona zamknięta dla samochodów. Dzięki Bogu, ponieważ jazda po niej oznaczała potencjalnie ostatni dzień życia dla waszego samochodu, a tak czy inaczej obszar ten i tak jest rezerwatem przyrody i musi być chroniony.

Ale tamtego dnia podjęłyśmy ryzyko i pojechałyśmy na brzeg rzeki, gdzie przywitały nas słynne Fairy Mounds czyli Kopce Wróżek, które rosną z prędkością światła zarówno wielkościowo jak i ilościowo.

Spacer wzdłuż rzeki jest dość długi, szczególnie dla małego dziecka, ale warto. Możecie zrobić pętlę i wrócić w to samo miejsce, tylko spacerując wśród krów i krowich kupek ścieżką zapewnioną przez właściciela ziemi, albo możecie również zajrzeć na sam brzeg morza.

Każdego roku, od maja do sierpnia, Louth Nature Trust prowadzi tutaj projekt ochrony gniazd rzadkich ptaków, które lubią ten obszar – urocze małe rybitwy i małe czaple.

Chodzenie po tej plaży to zarówno ból, jak i zabawa. Jest ona tak rozległa i ciągnie się aż do Clogherhead. Czujecie się wręcz przytłoczeni jej rozmiarem. Co więcej, jest tak rzadko odwiedzana przez ludzi, że naprawdę jest oazą natury.

Wydma ma tu kilometr szerokości, a drobny żółty piasek jest tak miękki, że chodzenie jest walką z żywiołami. Wasze stopy nieustannie toną nawet do 10 cm w piasku, a zatem pokonanie tej samej odległości, zajmuje co najmniej dwa razy więcej czasu niż w normalnych warunkach plażowych.

Z drugiej strony, gdy woda jest ciepła i przechadzacie się tam na bosaka, Wasze stopy tonące w piachu wypychają pęcherzyki powietrza na powierzchnię wody. To nie tylko brzmi i wygląda zabawnie, ale przede wszystkim łaskocze 😀To jedyne miejsce na Ziemi, w którym doświadczyłam takiego zjawiska.

I wreszcie, gdy przejdziecie około kilometra w kierunku Thermonfeckin, nie ważne czy po piasku czy po wydmie, staniecie twarzą w twarz z wrakiem statku “Irish Trader”, który osiadł tu na mieliźnie w 1974 roku, przewożąc ładunek nawozów pod uprawy do portu w Droghedzie. W czasie odpływu można wokół niego połazić i zrobić ładne zdjęcia. Chloe uwielbia to miejsce.

Baltray to wioska wymieniona na Scenic Seafood Trail czyli Malowniczym Szlaku Owoców Morza, inicjatywie Hrabstwa Lauth, która ma na celu przyciągnięcie turystów do nadmorskich miejsc, a także promowanie ich w zabawny sposób. Istnieje lista punktów, w których można uzyskać paszport, a następnie zbierać do niego specjalne pamiątkowe znaczki z każdej z odwiedzonych miejscowości. Zobaczcie tutaj jak to działa. 🙂

Jest jeszcze festiwal, który można podziwiać lokalnie a zwie on się Vantastival. Co roku w czerwcowe święto kamperzy i fani muzyki gromadzą się w pobliskim pięknym Beaulieu House, położonym nad brzegiem rzeki Boyne, w połowie drogi między Baltray i miastem Drogheda, aby spędzić czas w przyjaznej atmosferze. To taki festiwal, który jest bardziej imprezą ogrodową z sąsiadami.

Zabawy dla dzieci, sztuka i rzemiosło, stragany z jedzeniem i muzyką. A wszystko to w otoczeniu tego wspaniałego dzieła architektury, który jest teraz całkowicie zamknięty dla publiczności, z wyjątkiem takich wydarzeń.

I kiedyś warto go było odwiedzić ze względu na holenderską architekturę i jeden z trzech kadawerów w Irlandii, który znajduje się tu na przyzamkowym cmentarzu.

Jeśli chodzi o Baltray, jest jeszcze jedna rzecz warta wspomnienia. Zaledwie 23 lata temu, w 1999 roku, miejscowi mężczyźni zauważyli, że podczas przesilenia zimowego Słońce ustawia się w specyficzny sposób między dwoma kamieniami, które do tej pory uważano za zupełnie nieistotne.

Kogo interesują menhiry i starożytni, może się zagłębić w tę interesującą historię o kamieniach z Baltray tutaj, podczas gdy my wrócimy do obecnych czasów, w których to Baltray desperacko potrzebuje środków przeciwpowodziowych, szczególnie teraz, gdy rośnie ryzyko podniesienia się poziomu wody.

Zasadę Archimedesa stwierdzającą, że:

na każde ciało całkowicie lub częściowo zanurzone w płynie (gazie lub cieczy) w spoczynku działa siła wznosząca się lub wyporna, której wielkość jest równa masie płynu przemieszczonego przez ciało.

można tu niestety zaobserwować za każdym razem, gdy statek załadowany kontenerami wpływa do portu w Droghedzie. Na szczęście nie każda łódź dostaje pozwolenie na wkroczenie do portu nie tylko z przyczyn związanych z ich załadunkiem i ciężarem, ale również w związku z wysokością fali.

To niesamowite miejsce to naprawdę wyjątkowa wioska, tak maleńka, a jednocześnie tak czarująca i z mnóstwem do zaoferowania. Nie muszę chyba wspomnieć o ludziach!? Są gościnni i przyjaźni. I nawet im nie przeszkadza, że w okolicy nie ma sklepu. Kochają też swój spokój, więc uszanujmy to.

Nie pozwólmy jednak, by Baltray zamieniło się w bajeczną… Atlantydę.

Anka

Muzyka: “Atlantyda”, słowa Wisława Szymborska, muzyka i wykonanie Grzegorz Turnau

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Capela dos Ossos – Chapel of the Bones

Listen here to the podcast: Capela dos Ossos – Chapel of the Bones

Algarve welcomed us with rain. Heavy rain. It is believed that the end of March marks end of the winter season here. Well, cool, but we never expected it to look quite like through the window in Ireland.

Ah  sure, what can you do, after all weather thankfully still cannot be fully controlled by our human selves and let’s hope it will stay so yet for a long time. I mean, less the Russians who sprinkle rainy clouds with gold dust to ensure sunny days for their national festivals…. and those who can make rainbows….

One afternoon we were sitting out on the terrace of our rented house and above the beach, few metres away, a guy who used a paraglider powered by a funny looking fan engine, literally dropped something into the air and made a rainbow :O I swear! No messing!

Arrival in Faro was super easy, no queues like at Dublin’s security, which is so out of control now as if it was a surprise to everyone that since the country was opening gradually, it would be necessary to rehire staff… but sure, rain always comes so unexpectedly in Ireland too that when it does the country goes to a halt.

Our flight was at 7am so overflying Iberic Coast starting from La Coruña, the sister city of Drogheda, through Porto and then Lisbon to Faro was a true pleasure. Meandering rivers ending their journeys in the Atlantic Ocean, huge foamy waves battering the cliffs. Yay. And just by Matagorda airport area, a neverending Lota – a super long beach – empty but for 3 people.

We rented our car from Centauro after a few in depth searches among other providers. With Centauro it is all clear, you book what you book and there’s no need for a credit card if you buy insurance.

One thing I found annoying at Faro airport was the Parking lot no 4. It is the most remote one of them all and is the one designated for the collections of rental cars and the shuttle buses to the rental car offices. For a child who spent a good while in a journey to the airport, through controls, on the flight through arrival checks, etc. it is an excruciating task to walk that bit of a distance from the arrivals terminal.

Our shuttle arrived. A couple, I guess from Ireland, joined us in the mini van. Upon arrival at the office the woman missed a step and fell onto the ground. Luckily seemed fine but not a fun beginning to her holidays.

As previously, we aimed for the cheapest, hence Fiat 500 or similar. Got a Tipo. Slightly bigger. I didn’t mind really but it felt nice so we sticked with it. At that stage we were yet to find out what a weak piece of junk this car was.

Offence goes to Fiat of course, not the broker.

A 30 degree hill is a killer for this thing, no matter how hard you push it up with your very own will power and chants, it will equally give up on you whenever it feels like doing so.

So this way we sadly experienced many o’embarrassing moments having to reignite it in the middle of steeper ascents. Shame on you Fiat, especially that Italian villages are quite comparable to those here in Portugal.

Driving on the right came to me like something I was born with. Not an issue really. And I was quite nervous about it.

The cost of renting a car in an almost-post-covid Portugal was dreadful though. Not to mention the cost of fuel….

We made it onto the road though and after an hour or so and some hundred roundabouts, we arrived in the nearby Aldi. The prices shocked me a bit. I recall pretty local Mercados in the Tavira region with local veggies and fruits at very reasonable prices. Here, on this side of Faro it is not just about terribly looking aglomerations but also International chain stores such as Aldi, Lidl, InterMarche, etc.

All commercialised, overpriced and with no local feel to them.

One of the 4 pools in our apartment complex was covered and we had a plan to use it that evening. But before doing that, we went on a mission. The sun was shining but not quite strong enough to make us go to the beach and splash in the ocean waves. We went in search of the bones.

Not in an archaeological expedition, no. These have already been found and like in most of the other similar places, here too they were apparently dag out during the works in the central part of the village. Skulls and bones of 1500 people line the walls and ceiling of this little room creating a pretty mosaic covering every centimetre of this mini Chapel. It is accessible from a small square to the right of the main entrance to the church, not from the inside of the church.

Alcantarilha is yet another town on the hill along the main Algarve route. The Chapel was built into a nave of the church of Nossa Senhora da Conceição, situated on top of this hill, a typical church of the Algarve region. Its Neoclassical facade and bell tower were completed in 1858. Similar features can be found on the nearby church of Santa Maria de Tavira, and the parish church of São Brás de Alportel. Inside is a gold vaulted interior which is typical to Manueline style. The Rococo altar dates back to 1769.

On the way up, we were in quite a disbelief that we managed to fit two cars into a steep, crammed streetlet. But locals who were enjoying a Sunday morning coffee sip in the corner micro bar did everything to encourage us to fear not and keep going. Just before we reached the church, a very assertive granny, clearly a local feminist, noticed a car driven by a man approaching from the opposite side and without thinking twice abruptly stopped and ordered the man to reverse to where he came from. Instead showed us to proceed. The guy behind another wheel obliged without a blink of an eye 🙂 I like that town. 

Looking at the skulls lining the chapel walls will likely make you aware of your own mortality so maybe this attraction is not for everyone. After a moment of memento moris reflections, we look away.

On the bench, right next to it, sits a dude sipping beer from a bottle. It’s Sunday and people are slowly gathering for the morning mass. In front of the guy, opposite from the Chapel of the Bones, a tiny building. You get in with one door and exit with another. Inside, a few shelves with some basic products. Not much. Just two or 3 items of every kind sold. By the end of the room, two steps higher, sits an old lady on a tiny stool and husks beans, accompanied by an older gent.

They pretty much ignore us and our Bon dia, chatting away in Portuguese, busy with their work. So we walk over to the freezer that is positioned behind the woman’s back and fish ourselves an ice cream. A simple vanilla flavored lolly.

Card payments are not accepted. €20 note is all we have. I ask how much for the lolly, the lady throws €1 in response. But she shakes her head when I show her my 20 saying she has no change.

Hmmm… I turn around and spot a bottle of water. Walk back to grab it. The woman in the meantime decides to do some business after all and walks behind the counter and starts digging through the pockets and a little coin purse.

I take the time to observe the elderly man, completely not interested in what we are up to, sitting over a basket of long bean pods – some of them looking black and strange – and slowly hulking bean after bean and letting them fall into the pot.

In the meantime, business gets almost completed. I look at the counter where I see a €10 note, a €5 note and 4x €1 coins. That would be a deal if not for the bottle of water we now added to our purchase.

So in Spanish I ask how much for the water. The lady says €1. I silently smile thinking that probably everything is €1 here no matter the size or shape and move 1 coin back in the woman’s direction pointing to the lolly and to the water.

The lady starts adding it all up again and after a short while comes up with agreement…

We smile and thank each other after which, without further hassle she turns around and goes back to her basket of beans starting off her conversation as if it was never disturbed and we are left to make our own decisions. We decide then to go out.

A little stroll through the town’s hilltop make us quickly discover that there is not much more to see there. Some restaurants, some quite nice buildings, a few rather neglected ones too with one pink one, just opposite the entrance to the church. At least a hundred of swallow nests hanging under its roof’s edge. Looks like we were the first to ever see something special about them.

I ask how to get to the church’s bell tower. One guy says we should ask the priest for the key. But 2 others say it’s not gonna happen.

So I ask for the best way to get out of this mess of the streets we got ourselves tangled in. They kindly point the same way we arrived, to which I say “are you sure these streets are going in two ways?” And they just could not see the reason why not.

We went in search of McDonald’s. So much for local food! But it was not our foult that the Irish weather chased us all the way down to the end of Europe.

Albufeira is an old town. One we will visit yet. Because this time we did not. Why? It’s simple. Every time we wanted to go, it rained. This time it did too and on top of that it was getting real cold too. Our two small bagpacks arrived filled with swimsuits and tank tops so the shopping centre was all we really needed. The fact that it served chicken nuggets was only a positive addition on a miserable afternoon.

At least fast food chains have cheaper food here in comparison with Ireland. So we were quite contented shoving up the nuggets and drinking local juices while playing cool snap cards we have just aquired.

H&M had all we needed – black, cheap leggings and plenty of discounted stuff. We needed only 2 tops and 2 bottoms so the transaction was only pre-longed by a chat with a very kind shop assistanct who shared his story from a recent visit to Dublin.

A quick peek at the cork products! mindblowing – how do they make all that stuff out of a tree bark! – and off we went out into the rain. Not a drizzle, no. A proper freaking Irish rain. With wind. Lashing and soaking you through within seconds. Yay to sunny holidays!

But then we noticed a bird! One that you can climb onto… via its asshole…. and then slide down under its beak. The coolest playground on Earth.

Having no chances to slide down the heron’s leg without getting our bums super wet, we decided to head back to our temporary home. It’s funny how we always call these places “home”.

Hating to navigate through the neverending roundabouts, I decided to take us yet on a brief adventure ride through the local villages. And guess what! It was awesome!

Narrow winding road led us between the citrus orchards. Pretty green trees were sprinkled with oranges and these with the raindrops. At first we thought that stopping by and stealing one would be a bad idea but then we noticed hundreds of ftuits lying and rotting under these trees. Our hearts could not take such a waste and so we decided to help at least two or three fruits to not get wasted. I stopped at the roadside and we let all that rain to fall on our heads when the oranges we pulled finally let go of their motherly branches.

These were the freshest and tastiest oranges in the world. My heart still sinks a bit each time I think of those wasted ones that nobody cared to collect. Why? Orange juice can be preserved!

That evening was perfect for a barbeque. We got a few sausages and shrips and set the fire on the balcony. The beach was hiding behind the cliff on top of which we were actually sitting but the ocean waves kept reminding us that it was there.

And since we always bring rainbows everywhere we go, guess what? This time we did too 🙂

And the shrimps and sausages were delicious!

Anna and Chloe

Portuguese home for African storks

Listen to the podcast: Portuguese home for African storks

The first Arab capital of the Kingdom of the Algarve welcomes you with the view that’s quite unusual. A medium sized city, surrounded by hilly countryside of green lush vineyards and orange tree orchards, pops in the middle of it all.

When entering from the N124-1 you will want to go right, after you cross the Rio Arade. The reason for it is simple – driving through this town is how I imagine hell. Or perhaps inferno ‘cos here somehow you still can work your way out of it all in the end. But I am telling you, Dante himself would find perhaps even more than 10 levels on the steep ways between the top of this town, that’s crowned with a fortress, and the street I am on about now.

Silves Map
Source: net

While driving along that surrounding road a few things will draw your attention. Passing pretty cafés to your left, a huge graffiti depicting Moors suddenly appears in front of your eyes and right above it, at the top of the town, a tower of a 13th century Cathedral called Sé. Beside it, a gigantic Almohad fortress, and all that sprinkled with storks flying around, looking like confetti on the blue background of the cloudless sky.

Storks in Silves have their nests everywhere, on the roof tops, on tops of palm trees, on remaining walls of derelict houses, which there are very many by the way. Literally everywhere. And while the parents circle around in the sky, the young cegonhas sit in their cosy nests waiting for the worms to arrive.

Locals think these birds are herons. When we asked for the Portuguese name for the stork, they said garças. Shaaaame!

Majority of the stork subspieces live in either Asia or Africa, although the only continent they really seem to mind is Antarctica. They are long-distance migrating birds that breed in many European countries. On the below map, you can see their winter habitat marked in blue, which spreads between Sub-Saharan region even as far as to South Africa. They take weeks to fly up north where they breed in the areas marked green, between northern Africa, Iberic Peninsula, which is easy for them to reach due to the Gibraltar – this way they avoid long and dangerous cross Meditterean route, and as far as to the parts of even northern Finland. The red arrows mark their unbelievable migration routes.

Source: wiki

Those that winter in the Indian subcontinent, usually migrate to breed in either northern Africa or southwestern Asia around Kazahstan.

In Poland storks are sang about in children’s songs. A picture of a stork holding a little green frog in its beak is a classic that every child will throw your way when asked to describe this bird.

I mention it not for no reason. White storks are carnivorous! They eat anything from insects, through fish, amphibians, reptiles, small mammals as well as even small birds. I recall watching floks of them in my childhood. Standing tall among the grass on one of the long red legs, usually white with black patches on the wings, that by the way can span for up to even 90 cm.

Source: internet

I could watch them forever, standing like that, moving slowly, observing the area in search for little pray and clacking their long beaks in this unusual storky way. Sometimes you could see a black one. These are considered lucky, so make sure to dream a dream next time you spot one like this.

Stork nests fascinate me. They are huge, built by the pair from large sticks and can be used repeatedly for many years. Each of these nests weigh usually around 400 kg. This is an estimated avarege weight – the lightest recorded one was 70 kg and the heaviest, a whopping 1250 kg. Yup, over a tonne! The reason behind such weight is that they are not built only with branches, but also with the use of manure, which covers the threshing floor.

Ornithologists from the Polish Society for Protection of Birds, four years ago, when moving 88 nests onto specially built poles, decided to weigh them and based on received numbers they have discovered a corelation between the weight of the nests and their height. It can be assumed that a nest with a height of 0.5 m weighs about 300 kg, and a nest with a height of 1 meter about 700 kg.

Some storks build their nests on the rooftops of inhabited houses. This of course poses a true risk to the structure of these building. Traditionally, people would allow for such nests to be a part of their houses, as naturally they bring luck, however in the late summer, after the birds departure for Africa, people would reduce their nests.

This time, the scientists managed to locate a few that have never been reduced by humans. It allowed them to assess how much material per stork nest is added on average each year. As it turned out, these birds bring to the nest more than 60 kg of building material, which is almost 20 times their own weight.

Of course such nests are home to various mites and lice but this does not stop the babies to hatch and grow happily until ready to fly the crazy lengths between the continents.

Each year the stork lady can lay one clutch of usually four eggs, which hatch within the next 34 days, however asynchronously. Both parents take turns incubating the eggs and both feed the babies. The young leave the nest within roughly 60 days after hatching, and continue to be fed by the parents for a further 1-3 weeks.

Storks allegedly do not pair for life, but thanks to the places like, for example, the European Stork Village in Tykocin-Pętowo in the region of Poland called the Lungs of Europe, we can tell that many of them do in fact stay together in life-long relationships.

Storks always liked it in there. On the farm of the Toczyłowski family for instance, there are over 30 nests that are lovingly maintained by the entire family. They even renovated one barn to create a unique Bociania Galeria – The Stork Gallery, to meet the demands of the growing numbers of visitors. Photos of storks taken by professional photographers can be marveled over in there. You can also find posters, postcards, leaflets, books, albums and other items dedicated to these birds. A special 12-meter stork observation tower, with a covered platform, was erected too. From it you can comfortably and safely put your nosy nose into the family business of the storks.

In 1991, a strong storm broke the tips of the trees in the Pętowo area. Storks were only happy to build a new village there. Unfortunately the structure wasn’t strong and the poorly fixed nesting spots were replaced by the North Podlasie Society for Protection of Birds that built special nest platforms for 23 pairs of storks in the village.

The title of The European Stork Village was received by Pętowo in 2001 from a German, pro-ecological organization Euronatur. Only one place in a given country can be granted this prestigous title which testifies to its exceptional ecological values.

Apparently every fourth stork migrating from Africa spends summers in Poland! This only proves I’m not a stork….

Chloè and I had big plans for that day. We wanted to visit not just the city but also do a little tour of the local vineyard and maybe drive through the mountains that pop just in front of it.

We took the road around the base of the town hill on the way to the fortress in hopes to find a parking spot at the castle. We even passed a few parking spaces along the way but truly believed there would be enough room for our Fiat Tipo somewhere higher up. Sadly, no. Everything around the Cathedral and the Fortress was taken and as much as I wished to be able to reverse and go back, the streets there were so freakishly narrow, even though all two way pretty much, with good part already blocked by parked rows of cars, and majority of them are some 75 degrees slopes. Reversing would have been lethal, I’d say.

The choice was one, drive ahead and down. Of course in the hopes to reach that ring road at the bottom and start all over. But driving on the clutch and break praying for the mirrors to remain where they belong was worsened by the suddenly appearing residential access only streets! Could it get any worse? Well, daaaa. Sure it could. But we decided to take the risk, drove down the residential route and…. needed to stop. I could not believe that the turn around the corner of the building in front of us was even possible. Just in case, I ran into the souvenir shop and asked whether it really was the right way to go. I mean, silly question because there was no other way to go!

I got back to the car and seriously holding on to my entire soul and concentrating the last bits of my mind, I decided that the sharpest of corners that happenned to be sticking out in front of me would not get into the side of the car we were in. Some German or Dutch tourists who were clever enough to stick to walking, looked at me as if I was Niki Lauda to say the least. Adrenaline-wise I actually did feel a bit more like WRC driver for a second. Only for the speed, close to none….

We finally found ourselves in a nice parking lot. Stopped there for a split second and within that second, someone already managed to shout at me that I was not supposed to park there. Hmmm… So I got out of the car and in my typical way, either English or Spanish, I asked the Portuguese locals to explain what the heck it means I cannot park there. All I got was – no, you cannot park here. So I looked around and saw some cars that seemed to belong to some sort of city services. Given that the parking was located between a pretty building and the medieval city wall, I decided it may be some municipal office hence we moved on.

Thankfully, this time we found ourselves on the straight that led us to a little square with a little church on it. Parking spots were 3, out of which one for the disabled. They were tiny and hard to fit in, but we finally made it and happilly gathered ourselves together and decided to walk back to the top. Crazy or not here we came.

We first tried to get some coffee and pastry in a little coffee bar on the square but card payments are hardly accepted anywhere in Portugal and because parking is free, we never carried any change. No coffee or pastry then.

A stork sat on the monument on the square. Fun. We then noticed a big nest with a little one in it, just on the wall of the ruined house next to the coffee bar.

Walking up the hill was not so bad after all. Little colorful houses on both sides cheered us up along the way. A bit higher we noticed that medieval wall and that pretty building with the parking area, only this time, from the front. I was right, it was a City Hall. Built in 1891, with 2 crocheted oranges the height of my Daughter in front of the main entrance 🙂

Of course we needed to walk inside. Not just to pee. No! The interior is beautifully decorated with aluzejos obviously. The staircase and it’s ceiling are literally mindblowing, lined with pinkish tiles.

The walls of Almedina hence the city walls of Silves date back to the 12th and 13th centuries. They were protecting the area of about 6.5 hectars inhabited at the time by approximately 3200 people. Built out of the same material as the castle, taipa, it cosisted of 17 towers and 3 gates: The Gate of the City (Porta da Almedina) – as the name suggests, it was the main gate, The Gate of the Sun (Porta do Sol) and The Gate of Azóia, which translates as the Gate of Exaggeration.

As you already know if you follow my articles, Moorish occupied Iberic Peninsula for 8 centuries. Silves was the Moorish Capital City of Algarve in the 11th century, which is also when it thrived and experienced the biggest growth. Its excellent location close to the two water courses was its vital advantage. It is also squeezed in between the mountains and the sea and this is its sort of an advertising slogan: Silves da Serra ao Mar.

Next to the main entrance you can find a bronze sculpture representating King Sancho I, a monarch who in 1189 conquered for the first time, with the help of the Crusaders, the city of Silves to the Arabs.

In 1249, King Afonso III, finally managed to take the city over and made it a part of the Christian Portuguese Kingdom. Following the Christian conquest it became the Episcopal capital of the province of the Algarve until 1577. Since then, the importance of the city declined as the coastal towns gained more relevance in the period of the Portuguese expansion to Africa and India. However in the 15th century it did play its part in the Portuguese maritime discoveries and conquests.

It was around a century later, when the seat of the bishop was moved over to Faro, that started the real decline of the city which lasted up until the end of the 19th century when cork production revived its economy a bit. 20th century brought in citrus production and trade and now it has also added the production of wine.

Silves Castle is the ex-libris of the city of Silves. It is one of the most remarkable works of military architecture that the Arabs have left among us. It is more than a thousand years old and in a large part remains unchanged.

This fortress that occupies an area of about 12 000 square metres, forms an irregular polygon, surrounded by a strong wall in taipa (mud mixed with lime and stones), coated with the typical to the area red sandstone. It has 8 flanking towers and two albarra – detached towers. Together they connect the oval of 388 linear meters. Sadly numerous earthquakes devastated it and it required many restoration works.

I found it very sad that the tickets to the Portuguese tourist attractions are so cheap. In Ireland it is hard to find any etrance fee lower than €12 and children also usually pay. On one hand it is a bit expensive and could be lowered but Portuguese tickets are €2 per adult. Kids usually go free. And those places trully deserve a higher price for what they are and what they bring into our culture and even more, taking into account the restoration requirements and costs of their preservation.

The two of us paid €3.90 for the entrance to the castle as well as the nearby Archeological Museum. It is insulting almost given that this place kept us mesmerised for an entire day!

Access to this citadel is through a double door with atrium, surrounded by two towers. We walked in and went straight onto the walls. The views from them are outstanding. Vineyards and orange and peach orchards cover the pretty mountains that in this part of Portugal look like individual mounds, like volcanos really with rounded tops. Very similar to the Chocolate Hills in the Phillipines.

Walking along on the walls allows you to absorb the inside of the fortress which these walls protected. Aljibe is one of the main things to see. A part of the water supply infrastructure that can always be found in Islamic fortresses. A large rectangular cistern, dug into the rocky substance and covered with what is now a ground level. At 20m long and 16m wide its ceiling is seven metres above and is closed by four cannon vaults, placed side by side to facilitate water aeration, supported by six central and six additional columns. Its capacity is 1’300’000 litres which would supply 1000 people with water for a period of one year. This significant part of the city in fact supplied the upper town with water until as recently as 1990s.

Inside of it, note it is at the underground level, there is currently an exhibition relating to the Iberic Lynx, which sadly is in the process of extiction. It used to live all over Portuguese and Spanish mountains in the vicinity of humans. Due to growing development of the cities and agricultural demands, their natural territories were being reduced over the last 100 years. Many were killed by cars, others may have been shot by people. Portugal is trying to bring them back into the old habitat areas.

Not many animals can be compared with the Lynx’s beauty. I am a great lover of the Polish Lynx but the Iberic ones are a lot prettier I have to admit.

There are ruins of the walls of the palatial houses left within the walls of the castle. Chloè noticed a cat sun bathing on one of the board paths among them. Of course, unable to stop herself, she ran over to take some photos. Poor kitty, clearly had some human attached to it as there was a pretty collar on its neck, but either due to that human’s negligence or perhaps the age of the poor thing, the cat looked miserable. It may have been either very sick or straight after fight as there was a huge patch of fur missing from its back and his little nose was bloody and looked as if a tiny peace of it was actually missing too….

Well, we left him be and moved to look at the remains of the living quarters of the Moors. Structures of a dwelling from the Almóhad Period (1121 – 1269), which would be made up of two floors, an interior garden and a bathcomplex. Believed to be a Palace, once home to high Muslim dignitaries, it was inhabited for just over a century as Christians found it not livable and abandoned it. Later it was also damaged by a fire.

Some of the towers expose archeological exhibits found within the fortress.

In the northern part of the wall, you can find a Porta da Traição – The Betrayal Gate. It was not used to betray the ruler who was within the walls but to trick the attackers. In olden days additional suport, amunition or food could have been delivered through such hidden entrance. Of course perhaps was also used as an escape route.

Another element you can find here is the Cistern of Dogs, a well more than 40 meters deep where several fragments of medieval ceramics, namely alcatruzes of the period of Islamic occupation were found during the archeological works. This and the previously mentioned Aljibe allowed for long term storage of both cereal and water assuring years of resistance and autonomy for this military fortress, if required.

We settled at the Tea Room situated within the complex. Chloè caught free Wi-Fi and attacked Roblox between swollowing huge bites of an even huger baguette, flashing it all up with freshly squeezed orange juice. I enjoyed bits of sunshine. It was a windy day otherwise, especially on top of the hill. But some sun appeared once we settled at the café. Could not think of anything more enjoyable.

Just outside the Castle walls you have the beautiful 13th century Old Cathedral called Sé, and opposite from it, the Misericordia Church.

Sé can be visited only during certain hours and at a fee of €1.50 you can marvel over wonderful Gothic and Baroque architecture with some amazing examples of wooden altars I have ever seen within the stone built churches. The main nave is very representative and, as any Gothic structure, it is tall. On a heavier note however when comapared to the most typical French Gothic examples with the lace-like structures. I guess the use of a local red limestone has a lot to do with that as well as the local architectural influences.

The cathedral is built on a Latin cross floor plan with an ogival roof. A beautiful and huge in size main entrance with a stepped portal will take you on a journey among tall columns all the way into the very simple presbytery with a cross vault and practically no altar. There are two side naves there though and the one on the right has the most wonderful original ceiling frescos and the floor tiles with mosaic dating back to the 14th century.

The lack of ornamentalism here is due to the many earthquakes which haunted the region over the centuries. The mentioned wooden altars built into the niches in the walls on both sides make up for this eclectic style.

Two small rooms, left and right, just after you enter, will draw your attention. In the former one you will only find a stone babtismal font, wheares in the latter one, some pretty aged tombs of the bishops and prominent citizens of Silves.

We walked out of the Sé and planned to head back down in search of our car however just after crossing the road, we noticed that the previously closed Misericordia Church was now open. So we climbed the few stairs and found ourselves inside a one room place with an exhibition of the photography, free to visit.

The single nave is topped with a cradle voult and remains an empty space whereas to the opposite site from the main entrance an elevated presbytery is located with a wooden altar and an even more elevated choir on the right hand side. An unknown artist commited this carved and painted masterpiece some time in the mid 17th century.

Believed to be one of the oldest churches of Mercy in Portugal, this one comes from the beginning of the 16th century. On the right side of the building, facing the entrance to the Sé Cathedral, you will find the door and window of the addorsed Dispatch House and a Manuelin style door with a very unique shape and round arched bell on the trim, sort of… hanging there 50 cm above the pavement level.

We walked out and headed right, hopefully in the direction of our parked car, but also taking a different road to be able to see some of the city yet along the way. A bunch of random tourists barked at us like dogs. Not sure how this illness is called but sadly I have seen it being done already before and after… A rather disturbing thing to experience I have to say.

Anyway, seeing them go their way, we went our way passing rows of pretty white washed houses until we finally reached a micro square with a statue of some dude and a neverending street made out of stairs. Thankfully they were all leading down, at least looked at from our perspective…

A guy renovating a house listened to some shockingly squeaky tunes.

We walked down until we reached the main road, which seemed familiar. And at the end of it, indeed there was a little square with a church and a micro bar on the corner.

Next up was the windmill we saw from the walls of the castle which in fact was very easy to find. But that, after we squeezed ourselves out of the town’s centre back onto that ring road along the river.

Our magical car could not take the 70% slope with a stony road. No way. So after getting half way through the mountain, we decided that sadly it was not our desitny to see that windmill which, when looked at closely, happened to be derelict and probably closed for visits.

It took us good 10 minutes to reverse back that stony spiral road. There was no way of turning around. But once we got down to the bottom of the hill, sound and safe we set out on the way to the seaside.

So… truly from the mountains to the sea.

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Solna Góra Sukcesu – Bochnia

Posłuchaj podcastu: Solna Góra Sukcesu – Bochnia

Here you can find an English version: Salzberg of Success – Bochnia

Prawdopodobnie słyszeliście o górze lodowej sukcesu, na której cała niewidzialna ciężka praca znajduje się pod powierzchnią wody, a jedyna widoczna część, rzeczywisty sukces, jest tylko wierzchołkiem góry.

Źródło: internet

Taka jest historia Bochni.

Bochnia to miasto, które podobnie jak Rzym czy Lizbona położone jest na siedmiu wzgórzach. Jest to najstarsze miasto Małopolski i jedno z najstarszych w Polsce. Położone nad rzeką Rabą, otaczającą miasto od północy, znajduje się zaledwie rzut kamieniem od najwyższych polskich gór w regionie Zakopanego, na granicy ze Słowacją.

Pierwsza zachowana wzmianka o osadzie pod nazwą Bochnia (“Bochegna”) pochodzi z 1198 roku, w której jerozolimski patriarcha Monachus potwierdził nadanie soli z tego miejsca przez rycerza o nazwisku Mikor Gryfit, klasztorowi Zakonu Bożogrobców z Miechowa.

Kopia dokumentu, w którym Po raz pierwszy wspomniana jest Bochnia, Źródło: internet

Oczywiście wspomniana tu sól odnosi się do soli odparowywanej, pozyskiwanej w Bochni ze słonych źródeł znanych już w neolicie. Uważa się, że polska nazwa Bochni wywodzi się od słowiańskiego słowa “bohy”, które oznacza bagna, mokradła. Powodem tego może być to, że pierwsze solanki i warzelnie znajdowały się na takich właśnie obszarach wokół rzeki Babica – drugiej rzeki, która przepływa przez centrum miasta.

Miasto położone było wzdłuż bardzo ważnych szlaków handlowych. Biorąc to pod uwagę i zdolność do wytwarzania tak ważnego w dawnych czasach produktu, jakim była sól, powszechnie stosowanego na całym świecie jako środek konserwujący wszystkie rodzaje żywności, jakie można sobie wyobrazić, najprawdopodobniej zawsze by się rozwijało. Jednak odkrycie soli kamiennej w 1248 roku na zawsze zmieniło jego historię.

Legenda głosi, że Mały Bolesław, znany później jako Wstydliwy, przyszły władca Polski, który niestety bardzo wcześnie stracił swego królewskiego ojca, często odwiedzał Królestwo Węgier. Bawił się tam z młodszą od niego o kilka lat księżniczką Kingą i razem delektowali się uroczymi, słonymi w smaku naleśnikami.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego w domu, w Polsce nie mieli tak uroczych naleśników. Jego rosyjska matka, Grzymisława, wyjaśniła mu, że niestety w Polsce nie ma soli kamiennej, a ilości soli produkowanej przez odparowanie wody, wystarczają tylko na zaspokojenie ważniejszych spraw.

Mały przyszły król nie mógł przestać o tym marzyć. Nie pragnął niczego więcej, jak tylko pewnego dnia nakarmić swój lud tak smacznymi naleśnikami.

Kiedy oboje dzieci dorosło, książę Krakowa i Sandomierza, Bolesław Wstydliwy, poprosił węgierską księżniczkę Kingę o rękę. Przenieśli się do Krakowa i zamieszkali na Wawelu.

Jednak przed ślubem Kinga poprosiła swojego ojca, króla Belę IV, aby nie wręczał jej wartościowych rzeczy, ponieważ są one przepełnione ludzkimi łzami i potem. Nie chciała też służby, ponieważ był to znak dumy. Pragnęła daru soli, ale nie dla siebie. Chciała tego dla swych ludzi.

Pewnej jesieni król Bela IV zaprosił młodą parę w odwiedziny. Niestety Bolesław nie mógł przyjechać, ale Kinga była bardzo podekscytowana ponownym spotkaniem z rodziną. Po drodze poświęciła mnóstwo czasu na modlitwy w wielu przydrożnych kaplicach.

Po przybyciu i rozpakowaniu młoda księżniczka poprosiła ojca o przejażdżkę po królestwie, szczególnie chciała zobaczyć kopalnie soli. Pojechali do najbogatszej kopalni Siedmiogrodu w Marmaroszu (wtedy Węgry, dziś Rumunia), którą dobrze pamiętała z czasów dzieciństwa.

Stojąc tam i bawiąc się kryształami soli, posmutniała i pomyślała, jak ten minerał mógłby zmienić życie ludzi w jej nowym kraju. Jej ojciec zauważył jej smutek i wiedział, że nie może zrobić nic lepszego, jak tylko podarować jej tę kopalnię.

W tym momencie Kunegunda (Kinga) podeszła do szybu solnego, zdjęła z palca cenny pierścionek zaręczynowy i wrzuciła go bezpośrednio do szybu. Pierścień zniknął w głębi otchłani. Niezwykłe światło pojawiło się jednak w tej ciemności.

W drodze powrotnej do Krakowa po raz kolejny nie przegapiła żadnej z przydrożnych kaplic, upewniając się, by w każdej z nich zostawić kryształ soli z kopalni w Marmaroszu. Była tak pochłonięta swoimi modlitwami, że przez całą drogę nie przemówiła ani słowa na głos.

Po przybyciu wyznała Bolesławowi, że poświęciła swój pierścionek dla większych bogactw. Następnie poprosiła go, aby towarzyszył jej w małej przejażdżce konnej. Przybyli do pięknej wiejskiej okolicy, gdzie ludzie byli wyjątkowo mili.

Byli w Bochni. Bolesław wyjaśnił, że obszar ten obfitował w słone źródła zwane solankami i to stamtąd miejscowa ludność pozyskiwała warzoną sól poprzez odparowywanie wody. Niestety, ostatnio nie udało się uzyskać soli z tych źródeł pomimo pogłębiania studni solankowych.

Księżna krakowska nie wyglądała jednak na zmartwioną. Wręcz przeciwnie, jej oczy zaczęły błyszczeć i kiedy zobaczyła piękny ogród, za zgodą jego właściciela, szewca, poprosiła o wykopanie w tym miejscu studni.

Kiedy łopaty uderzyły w twardą skałę, mężczyźni myśleli, że to kamień i że nic innego tam nie można znaleźć. Jeden z górników zauważył jednak, że to wcale nie skała, tylko sól kamienna. I podał grudkę księżnej.

W tej bryle soli był pierścień. Ten sam cenny pierścionek, który Kinga wrzuciła do szybu solnego kopalni podarowanej jej przez ojca.

15 marca 2022 r., Bochnia przywitała wspaniały 3,2-tonowy, nowy posąg autorstwa Czesława Dźwigaja, przedstawiający Legendę o Pierścieniu św. Kingi. Znajduje się on przed szybem Sutoris, który jest jednym z pierwszych szybów bocheńskich, a niektórzy uważają, że to ten sam, w którym znaleziono pierścień.

Źródło: Tomasz Stodolny bochnianin.pl

A zaledwie w lipcu zeszłego roku Chloè i ja siedziałyśmy sobie na tym małym placu, jedząc najlepsze pączki, jakie ten świat kiedykolwiek wyprodukował, w otoczeniu mas gołębi i myśląc, jak puste jest to miejsce i jak by fajnie było, na przykład, postawić tam posąg… 🙂

Bardziej realistyczna wersja opowieści jest taka, że być może odkrycie soli kamiennej nastąpiło przez przypadek, w wyniku nadmiernego pogłębiania studni solankowych przez Wierzbięta Gryfita – ówczesnego właściciela terenu.

Tak czy inaczej, na początku nie było łatwo uruchomić tutaj wydobycia, zarówno z technicznego, jak i finansowego punktu widzenia. Dokonano tego w 1251 roku, kiedy to do Bochni sprowadzono cystersów z Wąchocka, aby to oni zarządzali budową pierwszego szybu w celu umożliwienia wydobycia soli kamiennej na dużą skalę.

Widząc zyski pochodzące z kopalń, 27 lutego 1253 r. w Korczynie, Bolesław Wstydliwy nadał osadzie liczne przywileje. Miasto zostało ulokowane pod nazwą Salzberg – Góra Solna – Bochnia, na prawie magdeburskim, które było w dawnych czasach jednym ze stylów projektowania miast. Trochę jak taki szablon, który można było wykorzystać do aranżacji ulic, stworzenia siatki głównych funkcji i stanowisk miasta, itp. Obie nazwy są wymienione w akcie fundacyjnym, ponieważ wielu nowych osadników pochodziło z regionu Śląska, historycznie mieszanego regionu, bogatego głównie w węgiel, z której też przyczyny był on powodem odwiecznych walk pomiędzy Polakami i Prusami.

Kopalnia była magnesem dla każdego, kto mógł zarabiać na soli, rzemiośle i handlu związanym z jej wydobyciem. Mieszkańcom okolicy płacono nawet za osiedlanie się w tym regionie. Pierwszy cech powstał w 1316 roku. W latach największej świetności miasta było ich 13.

Żadne inne miasto w Polsce nie otrzymało przywilejów podobnych do tych, które otrzymała Bochnia. Sam Kraków nie był jeszcze nawet miastem przez kolejne cztery lata, a sąsiednia Wieliczka, która obecnie jest chyba najsłynniejszą z polskich kopalni soli, była tylko maleńką wsią, marzącą o odkryciu soli w jej okolicy.

Kopalnia Soli w Bochni jest najstarszą kopalnią soli w Polsce.

Położona na szlakach handlowych z Europy Zachodniej na Ruś i Azję Mniejszą oraz z Węgier nad Morze Bałtyckie, Bochnia została włączona do handlu międzynarodowego, stając się ważnym ośrodkiem tranzytowym.

Okres świetności miasta to czas panowania króla Kazimierza Wielkiego. Ten wielki władca zreorganizował żupę, nadając jej zarządzenie górnicze i rozbudowując zamek żupny, w którym wielokrotnie przebywał wraz ze swoim dworem. Z jego inicjatywy w 1357 roku powstał pierwszy w Polsce szpital-przytułek dla chorych górników. Miasto, które w tym czasie liczyło około 3000 mieszkańców, otoczone było murami obronnymi, a radni miejscy sprawowali urząd w okazałym, gotyckim ratuszu na rynku.

29 maja 1871 roku odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika króla trzymającego statut wiślicki. Wysoką na ponad dwa metry, wyrzeźbioną w wapieniu pińczowskim przez znanego rzeźbiarza Walerego Gadomskiego, postać wielkiego króla umieszczono na neogotyckiej kolumnie, na której cokole znajdują się kamienne płaskorzeźby przedstawiające nadanie owych statutów wiślickich, fundację Akademii Krakowskiej, godło polskie i inskrypcję; “Królowi chłopów, ich dobroczyńcy, Strażnikowi Miast Kazimierzowi Wielkiemu, Bochnia 1871”.

Król Kazimierz Wielki

Na uroczystości obecny był sam Jan Matejko, jeden z najwybitniejszych polskich malarzy. To właśnie za jego sugestią jego szwagier – ówczesny marszałek powiatu Leonard Serafiński opracował plan upamiętnienia wielkiego króla.

Bochnia kwitła pomiędzy XIV a XVI wiekiem, do tego stopnia, że już wtedy miała miejski wodociąg. Bogactwo miasta przyniosło ze sobą również kulturę i rozwój. Odwiedziło je wielu królów polskich, m.in.: Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary z Boną i ich synem Augustem, a także król Stefan Batory. W średniowieczu i renesansie wielu artystów, w tym malarzy, pisarzy czy złotników, było zatrudnianych albo przez miasto, albo w pobliskim zamku w Nowym Wiśniczu, o którym wspominam w innym wpisie na blogu, popatrzcie tutaj:

Różnorodne i bogate księgozbiory oraz działająca od końca XIV wieku szkoła parafialna, związana z Akademią Krakowską, obecnie Uniwersytetem Jagiellońskim, świadczyły o wysokim poziomie wykształcenia bocheńskich mieszczan.

Niestety wszystkie te świadectwa świetności Bochni i bogactwa jej mieszkańców nie przetrwały do naszych czasów. XVII wiek był dla Bochni serią nieustannych nieszczęść: epidemie, przemarsze wojsk, podpalenia, rabunki.

W połowie XVII wieku w czasie wojen szwedzkich zniszczeniu uległy fortyfikacje miejskie, kościół parafialny i ratusz. Wojska szwedzkie pozostały w Bochni, plądrując ją doszczętnie. Dewastację kontynuowały wojska siedmiogrodzkie Franciszka Rakoczego, a później Kozacy. W wyniku tych zdarzeń, w 1664 roku w mieście przetrwały tylko 54 domy.

Początkowa degradacja świetności Bochni przerodziła się w jej ostateczny upadek. Miastem wstrząsnęły kolejne pożary, ale najbardziej niszczycielski ze wszystkich był regres Żupy – jak nazywamy tu sól kamienną, do którego doszło w wyniku zaniedbań w eksploatacji złóż i kradzieży dokonywanych przez administratorów kopalni.

Źródło: muzeum-bochnia.pl, Karol Fleckhammer, Bochnia. Fragment przekroju pierwszego poziomu kopalni, 1777

W lutym 1772 r. wojska rosyjskie zajęły Bochnię, a w czerwcu tego samego roku, w wyniku I rozbioru (było ich jeszcze 2), Polska została rozdarta między Rosję, Niemcy i Austrię i zniknęła całkowicie z map Europy do 1918 r. Austriacy, czy też Habsburgowie, jeśli wolicie, przejęli kontrolę nad południową Polską. Region ten znany był wówczas jako Galicja.

Po wielu buntach, Bochnianie w końcu zaczęli widzieć odrodzenie swojego miasta na początku XIX wieku.

Gimnazjum założone w 1817 roku przyczyniło się do intelektualnego odrodzenia Bochni. Później biskupstwo tynieckie i seminarium miały swoją tymczasową siedzibę w mieście. Pod koniec XIX wieku, w 1856 roku została utworzona linia kolejowa Wiedeń – Kraków – Dębica, biegnąca przez Bochnię.

W tym okresie budowano nowe domy, kształtujące reprezentacyjne ulice. W 1908 roku powstał jeden z najnowocześniejszych miejskich wodociągów w Galicji, a w późniejszych latach miasto zostało skanalizowane. Zmodernizowano także kopalnię soli, ale szybki rozwój konkurencyjnych soli galicyjskich sprawił, że nigdy nie odzyskała ona dawnego znaczenia.

Bochnia na przełomie wieków rozkwitała pod względem życia kulturalnego. W 1886 roku powstała pierwsza biblioteka publiczna. W 1913 roku otwarto pierwsze stałe kino.

Samo miasto Bochnia oraz jego okolice były świadkami walk między wojskami austriackimi i rosyjskimi podczas I Wojny Światowej. Armia rosyjska niechlubnie wpisała się w historię miasta licznymi grabieżami i krwawymi morderstwami.

W grudniu 1939 r. w Bochni miała miejsce jedna z pierwszych nazistowskich egzekucji w Polsce, gdzie okupant zastosował zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Atak ruchu oporu na posterunek niemieckiej policji zakończył się powieszeniem dwóch przywódców na słupach latarnianych przed budynkiem policji, a 52 innych zastrzelono w grupowej masakrze na Uzborni.

Łapanki, deportacje do obozów koncentracyjnych i deportacje na roboty przymusowe w Niemczech były codziennością dla każdego, kto tam żył, bez względu na korzenie. A skoro już o tym mowa, w Archiwum Miejskim znajduje się fascynujący zbiór nazwisk Bochnian. Kiedyś spędziłam godziny na ich przeglądaniu i nie mogłam uwierzyć w różnorodność pochodzenia mieszkańców Bochni i okolic.

Żydów w Bochni było wielu, a ci, którzy wierzyli, że udało im się przetrwać najgorsze, zakończyli swoje egzystencje w krwawej likwidacji getta żydowskiego w 1943 roku. Znajduje się tu dobrze zachowany i chroniony cmentarz żydowski, którego zwiedzanie można wcześniej zorganizować za pośrednictwem biura Muzeum Bocheńskiego. Niestety, musi pozostać zamknięty, ponieważ został zbezczeszczony i zdewastowany przez Niemców, którzy zniszczyli lub zabrali wiele nagrobków. Cmentarz ten był miejscem licznych egzekucji Żydów i miejscem pochówku pomordowanych zarówno w getcie, jak i poza nim.

Istnieje przewodnik po tym miejscu napisany przez Panią Iwonę Zawicką.

Źródło: internet

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Bochnia powiększyła swoją powierzchnię i populację i obecnie zajmuje około 30 kilometrów kwadratowych i liczy około 30 000 mieszkańców. Jest siedzibą władz powiatu bocheńskiego i wchodzi w skład województwa małopolskiego.

Dzisiaj, odwiedzając kopalnię, zapisujesz się na prawdziwą ucztę. Około 2,5 – 3 godzin marszu, pomiędzy 60 a 212 metrem pod powierzchnią chodnika 🙂

Źródło: muzeum-bochnia.pl, Jeden z wielu planów podziemnych wyrobisk bocheńskiej kopalni w zbiorach Muzeum w Bochni

Turyści rozpoczynają zejście windą przy szybie Campi, który pochodzi z XVI wieku i jest najbardziej odległym ze wszystkich szybów w Bochni. 12 lat zajęło przekopanie się przez ukryte warstwy mokrej gleby, aby znaleźć tutaj bogate złoża soli kamiennej. Początkowo nosił on nazwę Fajgel, od nazwy budowniczego szybu, ale później, ze względu na swoje odległe położenie na obrzeżach miasta, wziął obecną nazwę Campi od łacińskiego słowa campus – pole.

Znajduje się tu restauracja i mały sklep z pamiątkami, w którym można wybierać między prawdziwymi dziełami sztuki wykonanymi z soli, w tym lampami i rzeźbami solnymi.

To również tutaj można odwiedzić Osadę Siedmiu Oraczy, skansen, który ożywia czasy wczesnych osad w regionie.

Jest jedna główna zasada podczas wizyty w kopalni – idziesz z grupą i podążasz za swoim przewodnikiem.

Wycieczka rozpoczyna się krótką przejażdżką pociągiem, który po starych torach kopalnianych dowozi Was do kaplicy św. Kingi, gdzie często odbywają się msze, nawet Pasterki, i gdzie absolutnie wszystko jest zrobione, z soli lub drewna. Możecie wziąć tutaj ślub lub ochrzcić swoje dziecko, jeśli chcecie.

Górnicy byli bardzo religijnymi ludźmi. Rodzaj niebezpieczeństwa, które można było napotkać tylko w kopalni, doprowadził do powstania tu szczególnego rodzaju religijności. Spacerując, można zobaczyć obrazy świętych wciśnięte w nisze skalne i religijne ryciny na niektórych ścianach.

Kaplice powstawały na głównych szlakach komunikacyjnych, których było wiele. Kaplica św. Kingi jest największą i najlepiej zachowaną ze wszystkich kaplic w bocheńskiej kopalni. Do 1782 roku, nazwana Nową Kaplicą Aniołów Stróżów, była to niewielka nisza o wymiarach 1,65 m na 1,65 m, wydrążona w 1747 roku w północnej podłużnej zatoce Szybu August na głębokości 212 metrów pod ziemią. Później kaplica była kilkakrotnie poszerzana. Ślady postępu prac górniczych widoczne są w postaci wyżłobień na suficie i ścianach. Wystrój wnętrz zawdzięczamy pracy profesjonalnych artystów, a także utalentowanych górników.

Praca górnika w kopalni soli nie była łatwa. Jak również niezwykle niebezpieczna. Największymi wrogami górników były: woda, która oczywiście musiała być odprowadzana non stop i niestety nie raz, ani dwa zalała szyby. Sól, jak wiemy, rozpuszcza się w wodzie, ale zanim do tego dojdzie, mięknie, zamieniając ściany w zacier. Na niektórych moich zdjęciach zauważycie małe obszary białej soli. Powstały one w wyniku nacieków wody. Formacje te wyglądają jak małe stalaktyty. To, co widzicie na ścianach i sufitach oraz to, co jest szare, to prawdziwa sól kamienna, minerał wart więcej niż złoto.

Kolejnym wrogiem jest metan.

Spacerując po licznych tunelach, głęboko pod “światem”, który w slangu górników oznacza poziom miasta, weźmiecie udział w interaktywnej wycieczce, podczas której historie opowiadane są przez hologramy królów, rzemieślników i górników, którzy odwiedzali, pracowali i wpływali na bocheńską kopalnię soli na przestrzeni wieków. Przewodnicy opowiedzą Wam również o bardziej szczegółowych i bardzo interesujących faktach. Jeden z nich dotyczy poszukiwaczy metanu, których zadaniem było znalezienie źródeł wszelkich wycieków i oczywiście byli oni kamikaze górniczego biznesu, ponieważ w momencie, gdy znaleźli owe źródło metanu, najprawdopodobniej kończyli swoje życie właśnie tam.

Metan był i do dziś pozostaje najniebezpieczniejszym źródłem większości poważnych katastrof górniczych. Jednak obecnie jest on również wykorzystywany jako źródło energii. W związku z tym wiele kopalń instaluje dziś generatory energii, które gromadzą, absorbują i przekształcają metan w coś pozytywnego. Jeszcze jedno, po wodzie, wietrze i energii słonecznej, genialne źródło energii dane nam za darmo przez Matkę Ziemię.

Konie były ważnym źródłem siły w kopalniach. W Bochni, jak wszędzie indziej na świecie, na stałe mieszkały pod ziemią, tak długo dopóki nie były już w stanie wykonywać pracy. A praca była ciężka.

Istniały dwa rodzaje koni, które pracowały w kopalniach. “Niższe konie” były używane do ciągnięcia ciężkich przedmiotów i dostępu do obszarów, w których niemożliwe było użycie maszyn lub gdzie ludzie nie radzili sobie. Ciągnęły na przykład ciężkie bryły soli zwane “bałwanami”. W średniowieczu jeden z nich mógł Wam kupić wioskę.

W Polsce często mówimy “pracować jak w kieracie”. Kierat był ogromną konstrukcją opartą na kole, do którego przywiązywano konie. Następnie spędzały one codzienność, aż do końca swojego istnienia, chodząc w kółko i ciągnąc ów kierat, którego główną funkcją było zwykle odwadnianie kopalni. Te konie zwane były “kieratne”.

Poniżej możecie zobaczyć kilka zdjęć koni, które pracowały w Kopalni Soli w Wieliczce. Zdjęcia pochodzą z archiwów tej kopalni.

Konie pracowały w polskich kopalniach aż przez pięć wieków. Oficjalnie zostały wycofane z przemysłu wydobywczego na mocy rozporządzenia z 1956 roku. W niektórych kopalniach pozostały one jednak dłużej, jak wyjaśniono, “aby pomóc górnikom pracować w miejscach, w których nie ma szans na wprowadzenie maszyn”. Przykładem jednego z takich koni jest Baśka, ostatni koń, który opuścił polskie kopalnie, po tym jak spędziła 13 lat życia 135 metrów pod ziemią Wieliczki, miasta sąsiadującego z Bochnią.

Źródło: Archiwum Kopalni Soli w Wieliczce

Basia wyszła na światło dzienne 14 marca 2002 roku. Miała wtedy 16 lat i przez kolejne 13 lat mieszkała w sanktuarium wśród swoich końskich przyjaciół. Zmarła w grudniu 2015 roku.

W Bochni Kuba był ostatnim koniem, który opuścił kopalnię, ale to było 40 lat wcześniej niż Baśka, w 1961 roku.

Nie jest jednak jasne, kiedy konie zaczęły pracować pod ziemią w polskich kopalniach. Niektórzy twierdzą, że miało to miejsce na początku XVI wieku, czego dowodem może być wzmianka o koniach “kieratne” (tych, które ciągnęły kieraty, często usytuowane na wyższych poziomach kopalń lub nawet nad ziemią) i “niższych” (pracujących na niższych poziomach) koniach w “Opisie żupy krakowskiej” z 1518 roku.

Pan Józef Charkot, kustosz Muzeum Żup Krakowskich w Wieliczce mówi:

W XVI wieku w wielickim odłamie przebywało łącznie około 30 do ponad 90 zwierząt. W ciągu następnych dwóch stuleci liczba tych zwierząt w wielickiej salinie znacznie przekroczyła sto. Ilości te nie były duże, jeśli porównamy je z liczbą koni pracujących w śląsko-krakowskich kopalniach rudy. W połowie XVI wieku w samym Olkuszu pracowało około 600 koni – głównie na kieratach melioracyjnych – a w Tarnowskich Górach 700 koni.

W 1782 roku w Wieliczce transport podziemny obsługiwał tabor składający się z 60 koni, a kieraty obsługiwało na powierzchni 46 koni. Z kolei w Bochni pracowało odpowiednio 20 i 40 zwierząt. Ulepszone konstrukcje kieratów na przełomie XVIII i XIX wieku oraz pogłębione szyby dzienne umożliwiły bezpośredni transport soli na powierzchnię, nawet z najniższych wówczas pięter kopalni. Zmiany te zmniejszyły zapotrzebowanie na “konie niższe”, ale zasadniczy przełom w tej kwestii nastąpił dopiero w latach 60. XIX wieku, kiedy to rozpoczęto budowę podziemnej kolei i montaż maszyn wyciągowych parowych nad szybami.

Po II wojnie światowej konie pomagały górnikom jedynie przy pracach remontowych i w miejscach trudnych do wprowadzenia mechanizacji. W tym okresie wielicka żupa solna początkowo trzymała pod ziemią cztery konie, jednak od lat 70. XX wieku ich liczba spadła do dwóch, a następnie do jednego – Baśki. Również cztery konie znajdowały się w latach 50. XX wieku w podziemiach bocheńskiej kopalni. Ostatni z nich, Kuba, zakończył tam służbę w 1961 roku.

Konie, które pracowały w kopalniach, prawie nigdy nie opuszczały podziemi żywe. Tylko w nietypowych sytuacjach. Często też ślepły.

Podziemne stajnie są zachowane i zostały przekształcone w małe miejsce piknikowe, w którym można również dowiedzieć się o codziennym życiu zarówno ludzi – na ziemi i pod ziemią – jak i koni kopalnianych. Zachowano również tzw. drogi konne – bezpieczne szlaki komunikacyjne budowane specjalnie dla tych zwierząt pomiędzy poziomami kopalni – aby zachować pamięć o zwierzętach, które przez wieki pomagały górnikom w ich trudnej pracy i w zamian były przez nich bardzo kochane.

Wspomniałam już o geologicznej wyjątkowości Polski, która leży w obrębie Transeuropejskiej Strefy Szwów. Zobaczcie mój wpis na blogu o nazwie A Shaky Story, klikając tutaj na wspomniany tytuł.

Ruchy górotwórcze są bardzo dobrze widoczne na terenie Komory Chrystian i Komory Ważyn w bocheńskiej kopalni. Na poniższych zdjęciach zauważycie pęknięte patyki, które zostały umieszczone między masywami skalnymi, aby udowodnić istnienie naprężeń tektonicznych.

Sól nie jest już wydobywana w Bochni. Tylko znikome ilości, które są przeznaczone na pamiątki, takie jak lampy solne i kosmetyki, posiadające właściwości soli Epsom, które są prawdopodobnie lepiej znane.

Sól kamienna jest również świetnym materiałem rzeźbiarskim i w Bochni znajdziecie piękne dzieła sztuki, zarówno nad, jak i pod ziemią.

To miasto ma o wiele więcej do zaoferowania, a obecnie przechodzi niesamowitą metamorfozę. Czuję wielkie przebudzenie w powietrzu. Bochnia naprawdę na to zasługuje. Historia jej sukcesu jest pełna łez i bólu. Salzberg – Solna Góra Sukcesu, która, swoją drogą wraz z moją Mamusią, sprowadziła na ten świat nikogo innego tylko mnie… 🙂

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonateDonate

Studnia bez dna czyli Nowy Wiśnicz

Jak zawsze, poniżej podcast dla tych, którym nie chce się czytać: Studnia bez dna czyli Nowy Wiśnicz

(Zdjęcie w tytule: M. Tabor – Zamek w Nowym Wiśniczu na tle Tatr)

Nowy Wiśnicz to miasteczko nie małe, ale i nie wielkie a poszczycić się może zamkiem, domem i rodziną Jana Matejki, jednym z najbardziej strzeżonych więzień w Polsce w poklasztornych budynkach no i wiśnickim liceum plastycznym znanym w całym kraju.

Wszystkie te miejsca udało mi się zobaczyć od środka i zdecydowanie polecam przejażdżkę w te okolice.

Będąc jeszcze w liceum, wymyśliłam sobie którejś zimy, że koniecznie muszę pomieszkać chwilę w przyszkolnym internacie. Jedna z dziewczyn w mojej praktycznie męskiej klasie pomieszkiwała tam właśnie i tak się składa, że dzieliła pokój z dziewczyną uczęszczającą do wiśnickiego “plastyka”, czyli liceum plastycznego.

Spędziłyśmy sobie fantastyczną zimę dzieląc pokój we trzy. Zakończenie pobytu przyszło jednak szybko i niespodziewanie po tym, kiedy to kierowniczka któregoś dnia weszła do pokoju, a jedna z odwiedzających koleżanek (z innego pokoju) nie wytrzymała i puściła mega pawia do kosza, centralnie pod nosem kobiety 😀 No ale cóż, dlatego ma się 17 lat, czyż nie?

Zanim zima dobiegła końca, udało mi się jeszcze przedostać cichaczem do plastyka i popodglądać co tam się wyprawia. A wyprawia się wiele. Artystów od liku, z całej Polski. Jedni malują, inni rzeźbią, jeszcze inni tworzą arcydzieła ceramiczne. To tu po raz pierwszy zobaczyłam kiln czyli piec do wypalania ceramiki. Bomba. Nie jednego Jezuska i dzwoneczek ulepiłyśmy razem z gliny 🙂

Mniej więcej w tym samym okresie udało się nam również zrobić coś innego niezwykłego. Koleś, który hajtnął się z córką kolegi z pracy mojego taty, okazał się być świeckim katechetą. Los chciał, że zatrudnił się w liceum, do którego uczęszczałam. Zajęcia z etyki były niezwyczajne i któregoś dnia pojawił się w klasie niezwyczajny człowiek. Jego nazwiska już nie pamiętam, ale zajmuje się on resocjalizacją więźniów z wiśnickiego więzienia.

Zakład Karny w Nowym Wiśniczu to zamknięty zakład karny dla recydywistów. Kary 30 lat do dożywocia. Zakład podlega dyrektorowi okręgowemu Służby Więziennej w Krakowie.

Służba Więzienna zatrudniona w tutejszej jednostce zajmuje się w dużym stopniu resocjalizacją. Prowadzone są programy readaptacyjne, w których udział bierze grupa osadzonych wyselekcjonowana ze względu na określony problem (nadużywanie substancji psychoaktywnych, przemoc domową, problemy z kontrolowaniem emocji, itp). Rocznie około 80 osadzonych bierze udział w kursach zawodowych organizowanych na terenie jednostki w różnych zawodach, głównie budowlanych. Skazani mają możliwość podjęcia pracy na terenie zakładu karnego, oraz na rzecz firm prywatnych.

Wiśnicki zakład karny mieści się w budynkach odziedziczonych po klasztorze Karmelitów Bosych. Wybitne dzieło wczesnego baroku. Wzniesiony na wzgórzu, góruje z sąsiadującym Zamkiem nad całą miejscowością. Klasztor został ufundowany przez Stanisława Lubomirskiego (1583-1649), jako dar wdzięczności za zwycięstwo pod Chocimiem w 1621 r.

W skład zespołu klasztornego wchodzą: budynek klasztorny, kościół Chrystusa Zbawiciela oraz fortyfikacje bastionowe.

Kasatę Klasztoru Karmelitów Bosych ogłosił dekretem z 1783 r. cesarz Józef II. Budynki klasztorne przeznaczono na ciężkie więzienie, a od 1786 roku mieścił się tu również sąd i mieszkania sędziów. Tutaj przyszedł na świat malarz Juliusz Kossak, syn sędziego sądu karnego Michała.

W 1939 roku na początku II  Wojny Światowej, po opanowaniu Polski przez Niemców, więzienie zostało wykorzystane na obóz koncentracyjny- do czasu założenia obozu w Auschwitz.

Kościół klasztorny był systematycznie dewastowany a potem rozebrany. W 1940 Niemcy, aby uczcić aneksję Danii urządzili imprezę na wzór germańskiego święta Walpurgii. Część kościoła została, wówczas spalona. W 1944 r. odbito tutaj więźniów politycznych.

Wiśnickie więzienie funkcjonuje w różnych formach od ponad 230 lat. Dramatycznym wątkiem najnowszej historii jednostki był bunt więźniów i zajęcie zakładu w 1989 roku. Dzięki negocjacjom podjętym przez kierownictwo więzienia bunt skazanych zakończył się bezkrwawo.

W latach 1990, a później 2014-15 skanalizowano budynek, wykonano termomodernizację całego obiektu, doprowadzono centralne ogrzewanie do każdej celi mieszkalnej, wymieniono oświetlenie na nowoczesne czyniąc go nie tylko bardziej funkcjonalnym, ale przede wszystkim tańszym w eksploatacji, a w roku 2020 oddano do użytku nowy pawilon penitencjarny, w którym znajduje się 60 czteroosobowych cel mieszkalnych. 

Z tamtego dnia pamiętam tylko kilka rzeczy. Staliśmy pod bramą więzienia – grupa ok. 25 – ciu siedemnastolatków z trzema lub czterema opiekunami ze szkoły. Wokół nas uzbrojeni zamaskowani strażnicy. W którymś momencie wyszedł jakiś wielki facet z dzikim spojrzeniem. I akurat popatrzył na mnie. Byłam przerażona, mimo że to pewnie był tylko jeden ze strażników, ale atmosfera była raczej ciężka i kiedy zobaczyłam, że podszedł do budki telefonicznej to moja wyobraźnia wymyśliła sobie, że z pewnością był to jakiś niebezpieczny koleś, którego akurat właśnie wypuścili po 30 latach… no sami wiecie… adrenalina.

I wtedy zabzyczało. Otworzono zewnętrzne metalowe drzwi i wysoki starszy pan zaprosił nas do środka. I znowu zabzyczało. Tylko, że teraz byliśmy już w środku. Panika. Kazali nam oddać dowody osobiste i zatrzymali je w takim małym biurze po prawej stronie, gdzie siedział sobie jakiś facet. Po kilku minutach cała nasza grupa przeszła przez kolejną bramę na wielki dziedziniec pod otwartym niebem. Znowu za nami zabzyczało.

Prosto przed nami piękne wielkie obrazy zamku wiśnickiego, który znajduje się zaledwie może kilometr stąd. Wielu spośród więźniów to utalentowani ludzie. Po lewej zabudowania starego klasztoru.

Patrzymy na pozostałości kaplicy. Pan “klawisz” opowiada nam historię tego miejsca. Mówi o kościach, które przez lata przypadkiem znajdowano na dziedzińcu przy okazji mniejszych lub większych remontów. Ponoć były czasy w okresie powojennym kiedy to w czasie gry w piłkę nożną gdzieś na piaszczystym dziedzińcu można było zahaczyć butem o wystającą z ziemi kostkę….

Nagle, po lewej stronie pojawia się grupa więźniów. Już nie pamiętam czy byli w jakikolwiek sposób skuci chociażby kajdankami. Prowadzili ich pracownicy więzienia. Nasz “pan przewodnik” powiedział, że ta akurat grupa szła bodajże do pracy tudzież na jakieś zajęcia. Niestety już nie pamiętam.

Obecnie w wiśnickim więzieniu jest 678 miejsc dla penitencjariuszy, a pełni w nim służbę 224 funkcjonariuszy Służby Więziennej i 30 pracowników cywilnych, w tym 7 nauczycieli.

W 1978 roku powołany został Zespół Szkół przy ZK Nowy Wiśnicz. Średnio w każdym roku szkolnym kształci około 100 osadzonych na poziomie Liceum Ogólnokształcącego, Zasadniczej Szkoły Zawodowej o kierunku monter-elektronik i blacharz,  a od roku szkolnego 2012/2013 powołano Gimnazjum. Po zakończeniu nauki w szkole średniej osadzeni mają możliwość przystąpienia do egzaminu maturalnego, który odbywa się na ogólnych zasadach, jak w szkołach wolnościowych.

Historie opowiadane przez “klawiszów” dozorujących w tym więzieniu są różne. Nasz pan przewodnik kulał troszeczkę. Któregoś dnia oberwał bodajże metalowym prętem od jednego z więźniów w okolicę karku, co uszkodziło jego kręgosłup i doprowadziło do permanentnej dysfunkcji ruchowej.

Od resocjalizatora już wcześniej słyszeliśmy o zupełnie szalonych przypadkach, gdzie ludzie potrafili sobie nawet gwoździe wbijać do głowy między płaty mózgowe, byle tylko dostać się poza mury np. do szpitala i stamtąd próbować ucieczki.

Po takich opowieściach weszliśmy do jednego z pomieszczeń z celami. Tylko na chwilę oczywiście, ale było to raczej nieprzyjemne doświadczenie. W takich momentach człowiek naprawdę zastanawia się nad tym czym my ludzie jesteśmy i jak to możliwe, że takie miejsca w ogóle istnieją i że są de facto zapełnione. Kto ponosi winę? Rodzice? System?

Jakiś czas temu obejrzałam film “Mustang” o więźniach, którzy w ramach resocjalizacji oswajali dzikie mustangi. Spodobała mi się inicjatywa, chociaż oswoić mustanga oznacza uwięzić go, więc taki raczej paradoks. Została mi jednak w pamięci jedna scena, gdzie psycholożka zapytała po kolei każdego z uczestników spotkania ile lat są już w więzieniu, ile im jeszcze zostało oraz ile czasu minęło każdemu z nich pomiędzy podjęciem decyzji o dokonaniu czynu a jego wykonaniem. I wiecie co powiedziała większość z tych mężczyzn? Czyn został dokonany w przeciągu sekund, a kara trwa często całe życie.

Polecam artykuł “Klątwa bycia recydywistą” by móc spojrzeć na tą kwestię z różnych perspektyw.

Niektórzy twierdzą, że wiśnicki klasztor połączony był niegdyś podziemnymi tunelami z zamkiem Kmitów i Lubomirskich, (który orzeczeniem sądu w Tarnowie z 2009 roku został odebrany Lubomirskim i przekazany Skarbowi Państwa). Takie tunele nie byłyby pewnie niczym nadzwyczajnym i niespodziewanym biorąc pod uwagę, iż klasztor powstał na zlecenie panów Lubomirskich. Nikt jednak z obecnych zamkowych pracowników nie potwierdza tego faktu. Nie istnieją ponoć żadne dokumenty tudzież plany, które przychyliłyby się owej teorii.

Źródło: mapa.livecity.pl

Z  Wiśniczem związana jest też legenda o „lotnikach”, która opowiada o zatrudnionych przy budowie fortecy (prawdopodobnie klasztoru, skoro to on był ufundowany po owym zwycięstwie) jeńcach tureckich lub tatarskich, wziętych do niewoli podczas bitwy pod Chocimiem.

Mieli oni próbować ucieczki przy pomocy skonstruowanych przez siebie skrzydeł. Oczywiście żadnemu z nich się to nie udało, a w miejscach, gdzie spadli, ustawiono wysokie, kamienne kolumny, zwieńczone krzyżami.

Zamek wiśnicki, jakżeby inaczej, od zawsze służył jako swoista galeria sztuki dla artystów z pobliskiego plastyka. Kiedy byście się tam nie pojawili, sztuka będzie Wam towarzyszyć na każdym kroku, jak również wystawy o tematyce historycznej, np. niedawno zakończona wystawa replik strojów dziecięcych z okresu XVII do XIX w. itp.

Może nie wszystkim wiadomo, iż królowa Bona, na co dzień zamieszkująca wzgórze wawelskie, była częstym gościem w Wiśniczu. Ówczesny Pan na Zamku, Piotr Kmita herbu Szreniawa był lojalnym stronnikiem Bony. Podobno to właśnie tutaj i właśnie na polecenie Bony, Piotr Kmita podał Barbarze Radziwiłłównie, żonie syna Bony, Zygmunta II Augusta, truciznę o powolnym działaniu. Królowa Bona nienawidziła bowiem swej synowej.

Barbara Radziwiłłówna będąc księżną litewską była poddaną króla polskiego. Po śmierci swego pierwszego męża, nawiązała płomienny romans z młodym królem polskim, Zygmuntem Augustem, a on poślubił ją w sekrecie. Nazywano ją nierządnicą litewską, wyliczając jej rzekomych kochanków. Wybuchł wszechobecny skandal.

Pomimo tej niespokojnej atmosfery w kręgach królewskich, Zygmunt August robił wszystko, by jego ukochana małżonka została koronowana. Stało się to na pół roku przed jej śmiercią, poprzedzoną ciężką chorobą. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. W końcowej fazie choroby ponoć piękne ciało Barbary pokryło się wrzodami i zaczęło wydzielać nieprzyjemną woń do tego stopnia, że nikt ze służby nie chciał jej usługiwać. Barbara zmarła w mękach.

Jej duch ukazuje się czasem w komnatach zamku w Nowym Wiśniczu. A ci, którzy nie mieli okazji jej jeszcze zobaczyć mogą to uczynić za pomocą projekcji VR czyli wirtualnych okularów, gdzie odbywacie lot po wnętrzach zamku, spotykając również jego mieszkańców.

Pogardzana i niezrozumiana przez naród przepiękna Barbara była wielką miłością Króla, tak wielką, iż korzystając z czarów Mistrza Twardowskiego chciał on ściągnąć ją z zaświatów.

Najsławniejszy czarnoksiężnik Krakowa, Jan Twardowski był alchemikiem. Pracował nad wynalezieniem kamienia filozoficznego, który umożliwiłby przemianę dowolnego metalu w złoto. Potrafił też odmładzać i leczyć choroby. To ponoć on usypał położoną niedaleko Krakowa Pustynię Błędowską.

Swoją wiedzę i znajomość magii zawdzięczał Twardowski diabłu, któremu zaprzedał duszę podpisując cyrograf. Chciał jednak przechytrzyć czarta, więc do cyrografu dodał paragraf mówiący o tym, że diabeł może zabrać jego duszę do piekła jedynie w Rzymie, którego przez długie lata mistrz starannie unikał.

Zyskał bogactwo i sławę stając się dworzaninem króla Zygmunta II Augusta, który po śmierci ukochanej małżonki Barbary otoczył się astrologami, alchemikami i magami.

Któregoś dnia zgłosili się do Mistrza Twardowskiego bracia Mniszkowie, proponując Wielkiemu Magowi worek dukatów za przywołanie z zaświatów ducha Barbary Radziwiłłówny. Jej widok miał pocieszyć Króla Zygmunta w jego przeogromnej żałości i uchronić go przed wyniszczającą depresją.

Twardowski poprosił o kilka dni na zastanowienie się. Będąc już w swojej komnacie, wyjął z szuflady czarnoksięską księgę otrzymaną kiedyś od Diabła Trzeciaka. Coś błysnęło i z otwartej księgi wyskoczył niewielki koziołek, który w oka mgnieniu zamienił się Diabła i pokłonił się swemu Panu. Diabelska moc nie była jednak w stanie przywrócić zmarłego zza światów, a tym bardziej, że Barbara wcale do piekła nie trafiła. Twardowski miał zatem problem bo w niebie to już w ogóle wtyków nie miał. Postanowił więc ująć się podstępu.

Bracia Mniszkowie sprowadzili piękną mieszczkę – Barbarę Giżankę. Kobieta ta była niczym lustrzane odbicie Barbary Radziwiłłówny. Do ociemnionej komnaty wprowadzono króla, a przed nim umieszczono lustro, nad którym Mistrz Twardowski czynił magiczne znaki.

Kiedy zegar wybił północ, w lustrze ukazała się niewiasta, do złudzenia przypominająca ukochaną żonę króla. Widok ten tak Zygmuntem wstrząsnął, że zemdlał. Wydarzenie to widocznie uspokoiło królewskie nerwy i mimo, że wciąż nosił żałobne szaty, mniej rozpaczał po Barbarze.

Twardowski i królewski pokojowiec Mniszek nie mieli jednak zamiaru poprzestać na tym. Po kilku tygodniach, ten drugi przedstawił królowi Barbarę Giżankę. Król oszalał na jej punkcie i stała się ona jego niekoronowaną królową. Miała na niego tak ogromny wpływ, iż panowie dworu postanowili się jej pozbyć. By tego uniknąć, król posłał całą rodzinę na Podlasie a sam, schorowany udał się do rezydencji w Knyszynie, gdzie zmarł. Ciało króla ponoć jeszcze nie wystygło, a Giżanka i jej rodzina już rabowali całe królewskie mienie do tego stopnia, że nie było nawet czym przykryć ciała ostatniego z Jagiellonów.

Nie ma pewności co do tego kto wywiózł lustro Twardowskiego do kościoła w Węgrowie. Niektórzy twierdzą, że on sam uciekając przed zemstą Mniszków, inni że ochmistrz Zamku Królewskiego w Warszawie podarował je swemu bratu, proboszczowi parafii, który to skropił je mocno wodą święconą znając historię wywoływania ducha Radziwiłłówny.

Pewnego razu miejscowy kościelny spojrzał w owo lustro i miast własnego odbicia ujrzał straszliwą maszkarę. Bez zastanowienia uderzył w nie ciężkim pękiem kluczy i zwierciadło pękło.

Ksiądz proboszcz kazał je wynieść do zakrystii i zawiesić jak najwyżej, tak by nikt już nigdy nie mógł go dosięgnąć i się w nim przejrzeć.

A Twardowski? Pewnego dnia trafił do karczmy o niefortunnej nazwie… „Rzym”. Ponoć to ta sama, w której można się do dziś najeść i napić w Suchej Beskidzkiej. Jednak gdy zniecierpliwiony diabeł przybył tam po jego duszę, Twardowski wskoczył na koguta i wzbił się w niebo! Podobno wciąż siedzi na Księżycu i tęskni za Krakowem, a jego służący w postaci pająka raz na miesiąc odwiedza miasto, by zebrać najświeższe ploteczki.

Źródło: internet

Posłuchajcie jak nasz wieszcz Adam Mickiewicz o tym pisał: Pani Twardowska – Ballada. Oczywiście jak zwykle kobieta uratowała facetowi tyłek….

Jedna z komnat na wiśnickim zamku skonstruowana jest w taki sposób, że będąc w jednym jej kącie, można usłyszeć nawet bardzo cichą rozmowę odbywającą się w przeciwległym rogu pomieszczenia. W dawnych czasach pokój ten służył do spowiedzi. To tutaj Lubomirski podsłuchiwał spowiedzi swej małżonki. I o ile wyżej wspomniane ciekawostki mogą mieć w sobie mniej lub więcej prawdy, ta akurat jest prawdziwa, a testu dokonałam osobiście.

Ciekawostką na Zamku jest również tzw. trasa Nietoperzy – tajemne podziemne przejście, gdzie znajduje się wystawa narzędzi tortur.

Nie mogę się powstrzymać przed wspomnieniem jeszcze jednej niesamowitej rzeczy, o której mało kto wie, a która jest wyjątkową spuścizną historii polskiej i można się jej przyjrzeć z bliska właśnie w Wiśniczu, mianowicie pompa funebris.

Przepięknie o tej tradycji opowiada Radosław Gajda z kanału Architecture is a good idea:

Pogrzeby szlacheckie na ziemiach Rzeczypospolitej pełne były przepychu, dostojeństwa i ostentacyjnie manifestowanego bogactwa. Sama ceremonia pogrzebowa, zazwyczaj trwała wiele dni i była wydarzeniem z pogranicza teatru. Zmarły, miał się przypatrywać temu widowisku, w którym wychwalano jego i jego zasługi, więc jeszcze za życia fundował sobie portret trumienny, z którego mógł obserwować ową imprezę. Zobaczcie jak to wyglądało. Ten ciekawy zwyczaj opiszę innym razem, bo jest naprawdę niezwykły.

Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum „Zamek Opalińskich” w Sierakowie.
Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum
„Zamek Opalińskich” w Sierakowie Źródło: Wikipedia

Wybrałam się na wirtualną przechadzkę po zamku i udało mi się zrobić fotkę właśnie kilku obrazów trumiennych, które wystawione są w Wiśniczu. Spójrzcie:

Tak się składa, że moja ostatnia ogniskowo-kiełbaskowo-alkoholowa impreza jaką pamiętam odbyła się tuż pod wiśnickim zamkiem. Miałam 19 lat i bodajże tydzień albo 2 później wyjeżdżałam na wakacje do Irlandii. No! Troszkę mi się te wakacje przeciągnęły do szesnastu lat 🙂 no cóż….

Wiśnicz i otaczające go okolice, na przykład Bochnia, o której możecie poczytać lub posłuchać w moim artykule: Solna Góra Sukcesu – Bochnia, są tak bogate w spuściznę kultury, sztuki i historii, że jeszcze Wam o tym poprzynudzam nie raz. Studnia bez dna.

Na razie pozdrawiam,

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly