Rowerem po Lanzarote

Posłuchajcie sobie podcastu jeśli nie macie ochoty czytać: Rowerem po Lanzarote

English version: Lanzarote by bike

Wyspa Lanzarote w lipcu jest piękna.

Lanzarote w lipcu jest dość napakowana ludźmi.

Lanzarote w lipcu to miejsce, w którym nie chcesz być, jeśli masz zamiar się ograniczyć do siedzenia przy basenie – oparzenie i udar słoneczny będą lżejszymi z możliwych konsekwencji.

Lanzarote w lipcu płonie.

Lanzarote w lipcu to jednak wspaniałe miejsce!

C. i ja poleciałyśmy do Arrecife po raz pierwszy. Widziałyśmy już wcześniej Fuertaventurę i Gran Canarię, a wszyscy mówili, że Lanzarote jest tanie, łatwo dostępne, ładne piaszczyste plaże, dobre jedzenie, mili ludzie. No to co by się nam nie miało podobać!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Na szczęście tym razem wylot był wcześnie rano. Zero konieczności rezerwowania samochodów, bo szybka przejażdżka taksówką do Puerto del Carmen nie była wcale droga. A my chciałyśmy po prostu “odskoczyć od masakry codzienności”.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Znalazłyśmy nasz apartament i zameldowałyśmy się. Pomimo wcześniejszej rezerwacji wyższego piętra, niestety przypadło nam niższe, którego nie byłyśmy w stanie zmienić. No, ale cóż, uroki bycia przeciętnym ludkiem…

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Recepcjonistka była taką miłą panią! Biegle owładała polski, niemiecki, hiszpański i angielski. Jej mama była Polką, ale urodziła się w Niemczech. Jak znalazła się w Hiszpanii? Tego nie wiem, ale śmiem przypuszczać, że była niemiecką turystką, która zakochała się podczas wakacji na Lanzarote. Wyszła za mąż, ponieważ zaszła w ciążę i po drugim bebe, miejscowy rzucił ją na zbity pysk bo rodzina była zbyt dużym zakłóceniem dla jego wolności. Wiem, że była samotną mamą 2 dzieci, więc historia jest bardzo prawdopodobna.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

Poszłyśmy zerknąć na basen a tam banda bardzo głośnych ludzi z Dublina przejęła całą przestrzeń (świetnie, że się nam udało uciec od codzienności!).

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Trzech starszych kolesi wprowadziło się do mieszkania nad nami i siedziało przy stole i gapiło się dookoła.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Dość szybko ruszyłyśmy w poszukiwaniu łatwych tras, które zaprowadziłyby nas do miasteczka i dalej na plażę.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-u.jpg

Puerto del Carmen ma długie piaszczyste plaże. Ta obok starego portu, zwana Playa Chica, jest małym zacisznym zakątkiem skrytym wśród ogromnych skał. Zbyt jednak zatłoczona, bowiem otoczona tysiącem wynajmowanych apartamentów i hoteli.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Na szczęście, zaledwie kilka metrów dalej na północ, znajduje się ogromna plaża, która dzieli się na Playa Blanca i Playa Grande. Tutaj również widać tłumy, jednak rozmiary plaż pomagają zmniejszyć uczucie siedzenia w azjatyckim pociągu.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Zapadał już zmrok. Poszłyśmy na kolację. To był dość konkretny spacer od miejsca, w którym się zatrzymałyśmy, głównie dla C. Wybrałyśmy miejsce po przeciwnej stronie drogi od Playa Blanca, czyli w typowo-hiszpańsko-kurortowo-wypoczynkowo-przybrzeżnej miejscówce, wypełnionej restauracjami wyglądającymi jak stragany, wmieszanymi między sklepiki z pamiątkami.

Zapodałyśmy pizzę i calzone. Jakość, ilość i zadowolenie – typowo hiszpańsko – wakacyjno – przybrzeżne. Niezbyt podekscytowane po takim posiłku, ale już przynajmniej nie głodne i zdecydowanie nie tak gotujące się jak w drodze do tego miejsca, wspięłyśmy się na ulicę, która zaprowadziła nas do naszego mieszkania.

Oczywiście po drodze spotkałyśmy uroczą Brytyjkę, która była w nastroju do prześladowania ludzi, chcących odpocząć i nakarmiła nas jakimś badziewiem o pływaniu z jej byłym mężem w roli głównej. Słuchałyśmy jej jak zgaszonego radia emitującego na niezrozumiałych i bardzo drażniących falach, po czym poszłyśmy spać.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

Mieszkanie było bardzo ładne, ale będąc na parterze, zwłaszcza, że zarezerwowałyśmy wyższe piętro, było trochę denerwujące. Szczególnie dlatego, że okna sypialni były małe.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Rano dokonałyśmy odkrycia sezonu! Spar, za rogiem, wypełniony pysznym lokalnym jedzeniem, świeżo pokrojonymi szynkami, serami, pieczywem i bułkami prosto z pieców. Ah jaki asortyment! Boże! Półki z owocami i warzywami uginały się, a C. i ja po prostu nie mogłyśmy wchłonąć tej wprost nie do ogarnięcia różnorodności smaków, kolorów i zapachów.

Tutaj, w Irlandii, macie wybór… ale całkowicie bezsmakowego jedzenia. Zwłaszcza owoce i warzywa są prawie takie, jakby były nienaturalne. Tak więc możliwość wgryzienia się w coś, co nie tylko ma na celu wypełnienie twojej przestrzeni brzusznej, ale także daje ci przyjemności, jest defo dobrym powodem, aby udać się na południe!

A czy już kiedyś widzieliście hiszpańskiego rzeźnika krojącego jamón? Jamón to szynka hiszpańska, którą się ścina z całego udźca.

Stałyśmy tam z opadniętymi szczękami i wpatrywałyśmy się w faceta, który wyglądał jak Antonio Banderas w wieku 40 lat. Pokaz był bezcenny, mimo że tu był tylko codziennością.

Antonio najpierw założył metalową rękawiczkę, wykonaną z drutu ze stali nierdzewnej, co sprawiło, że wyglądał jak średniowieczny rycerz… Don Kichote jak nic. A potem wyciągnął swój miecz. Och, ale jaki to był miecz! Można by się skaleczyć tylko patrząc na jego zaostrzoną krawędź.

Następnie umieścił przed sobą ogromny kawałek dojrzałego jamón-u, a plasterki, które wychodziły spod tego noża, były prawie przezroczyste, jak papier ryżowy. Chyba nie trzeba wspominać, że nic się nie podarło!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Obejrzyjcie sobie poniżej film o tym fenomenie, jakim jest Jamon Iberico czyli szynka iberyjska:

Kobieta, która poprosiła o pokrojenie szynki, spojrzała na nas. My na nią. Musiałyśmy być wyraźnie głodne, bo chwyciła swoje zawiniątko i szybko uciekła, co najmniej, jakbyśmy miały ją napaść i zeżreć to… W rzeczywistości nie jesteśmy największymi fankami tradycyjnego tłustego jamón-u, droga pani – tak tylko mówię na wypadek, gdybyś to kiedyś przeczytała….

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Chloe, która wtedy była trochę wybredną jadaczką, teraz siedziała przy stole chrupiąc świeżą bagietkę, zanurzając ją w naprawdę smacznym i prześwieżym paszteciku, uzupełniając to wszystko napojem jogurtowym, a następnie mrożoną herbatą, no bo czemu nie? Nie?

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Miałyśmy plan! Dzień wcześniej, w drodze powrotnej do apartamentu, wpadłyśmy do lokalnego sklepu rowerowego. Nie byle jakiego sklepu rowerowego! Facet pracujący tam był artystą. Używał części rowerowych do budowy wspaniałych stołów i przedmiotów dekoracyjnych. Naprawdę przepiękne. Dogadaliśmy się co do wynajmu i, że pojawimy się kolejnego dnia.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Ładnie nakarmione, nakofeinowane i pokryte 10 warstwami kremów do opalania, szczęśliwie wyszłyśmy więc by podążyć w kierunku przygody:

Tu podkreślam słowo: szczęśliwie 🙂

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

Dostałyśmy rower za połowę tego, co oferowały inne miejsca. Jeśli chcecie wiedzieć gdzie, dajcie znać. Facet przymocował siedzenie, zabezpieczył je i wyregulował wszystko, aby upewnić się, że będzie nam naprawdę wygodnie i że nacieszymy się tą rowerową przygodą. Dziękuję za tego Dobrego Człowieka! Jesteś jedną z najmilszych osób, które kiedykolwiek spotkałyśmy podczas naszych podróży!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Robiło się gorąco. Naprawdę gorąco. Ale tym razem upewniłam się, żeby wyszkolić Chloè, aby od czasu do czasu nakładała na moje plecy dużo kremu przeciwsłonecznego. Nie tak jak w Portugalii, kiedy była zbyt mała, aby rozprowadzić krem na plecach, i tak się poparzyłam pierwszego dnia 10-dniowych wakacji, że nie tylko cierpiałam jak diabli, ale najgorsze było, gdy moja skóra zaczęła się łuszczyć i wyglądałam jak dinozaur w trakcie zrzucania łusek. Ludzie przy śniadaniu nie wydawali się zachwyceni widokiem tych ogromnych płatów skóry zwisających z moich pleców i w każdej chwili gotowych do upadku na ich talerze (co nigdy by się nie stało, nawiasem mówiąc, a wiedzieliby o tym, gdyby mieli podstawy biologii). W każdym razie, tak czy inaczej zawsze wymykałyśmy się na patio, a dlaczego oni jedli w środku, gdy na zewnątrz było mnóstwo rattanowych stołów i krzeseł otoczonych pięknymi kwiatami, nie wiem.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Wróćmy jednak do Hiszpanii! Więc tak, tym razem moje dziecko było już dobrze wyszkolone. Mimo że jej strój kąpielowy twierdził, że jest WonderWoman w trakcie treningu

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-u.jpg

Istnieje ładna ścieżka rowerowa, która zaczyna się w Puerto del Carmen, na drodze równoległej do wybrzeża i prowadzi aż do lotniska w Arrecife. Naprawdę fajna!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Wsiadłyśmy więc na nasz pojazd, który był nawet wyposażony w koszyczek. Kierowane doświadczeniem, nie zabrałyśmy jednak ze sobą zbyt wiele. I tak wyruszyłyśmy w kierunku tej przygody.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Najgorszą częścią było wydostanie się z tej ruchliwej drogi w Puerto del Carmen, ponieważ prowadzi przez miasto, a więc samochody, turyści spacerujący i śniący na jawie, dzieci biegające i nie zwracające na nic uwagi – no sami wiecie wszystko, co można znaleźć w turystycznym miejscu takim jak to.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

A potem wydostałyśmy się na otwartą przestrzeń, wzdłuż pięknego wybrzeża Lanzarote z widokiem na niewidzialną Afrykę 🙂

Source: Google maps

Jechałyśmy lekko i radośnie, ciesząc się upałem, ale nie było tak źle dzięki morskiej bryzie. Po lewej same domki wypoczynkowe i hotele, a z kolei po prawej praktycznie tylko plaża, najwyżej jakiś mały bar lub kawiarnia.

I w ten sposób w końcu dotarliśmy do tego, co zaplanowałyśmy jako nasz pierwszy przystanek.

Playa de los Pocillos – JEEEZUUUUU jaka ogromna! Nasza trasa przebiegała bezpośrednio obok, więc pomyślałyśmy, że dobrym pomysłem będzie rozłożenie się na chwilę na piasku i popluskanie się w kropelkach Atlantyku.

Przy wejściu na tą plażę znajduje się piękny hotel i pomyślałyśmy, że coś jest nie tak z tymi ludźmi piekącymi się przy basenie za 2-metrowym szklanym płotem, podczas gdy poza ich akwarium są kilometry takiej plaży.

A potem ogrodzenie akwarium się skończyło i znalazłyśmy się na otwartej, kilometrowej pięknej piaszczystej plaży, która była zwrócona w stronę Afryki i oferowała wspaniały widok na samoloty podchodzące do lądowania na pobliskim pasie lotniska.

Pierwszy podmuch wiatru i już znałyśmy odpowiedzi na wszystkie nasze egzystencjonalne pytania. Odłożyłyśmy rower z nadzieją, że rozłożymy ręcznik, ale nie było na to szans. Piasek już w nas ładował pod każdym kątem. Masakra!

A był to ten piasek z dużymi wulkanicznymi twardymi ziarnami. Chloe zaczęła płakać. Cóż, powiedziałam, skoro zaciągnęłyśmy siebie i rower przez cały ten piasek aż tutaj, to może przynajmniej wejdźmy do wody, ochłodzimy się trochę i zmyjemy ten okrutny piasek (który a propos przykleił się do naszych wykremowanych ciał tak, że absolutnie nic nie mogło go odlepić)?

Ale Chloe miała w nosie to co wygadywałam.

Jeden samolot Ryanair’a i wiadro łez później, postanowiłam się umyć i ruszać dalej, bo to zdecydowanie nie miało sensu. Podobnie jak widok na to szklane ogrodzenie o wysokości 2 m, które hotelowe sprzątaczki polerowały na naszych oczach przy użyciu pięknych białych ściereczek… nie miało sensu….

Weszłam do wody, wpatrując się w moje płaczące dziecko i wciąż próbując zachęcić je, by przynajmniej spróbowało wejść na chwilę. I to właśnie wtedy ta wielka paskudna fala dopadła mnie i ujawniła moje cycki podczas uwalniania się z mojego stroju kąpielowego.

Tamten facet patrzył… i co z tego!

Wyszłam z tej wody naprawdę wściekła. Na tą falę. Zebrałyśmy nas w jedną paczkę wszystkiego i udałyśmy się do restauracji po drugiej stronie ulicy, aby najpierw pozbyć się tego piasku z naszych majtek a potem zjeść jakiś lunch.

Dwa talerze jedzenia i kilka szklanek świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego później, znów ruszyłyśmy w drogę. Och, siedzenie na rowerze tak się podgrzało, że mój tyłek stanął w ogniu. No a przecież podczas jazdy mój tyłek tego siedzonka nie chłodził tylko przytapiał jeszcze bardziej… Kto nie zaznał ten nie zrozumie…

Chwilę później zauważyłyśmy plac zabaw – Parque Infantil Matagorda. W pełnym słońcu, między drogą a morzem. Ani jednego drzewa ani kawałka zadaszenia. Praktycznie więc zdatny do użytku tylko wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. Ale ponieważ nasze gorące tyłki były już gorące, nieco więcej ciepła nie wydawało się nam być zagrożeniem.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Po kilku próbach skorzystania z rozgrzanego w 40stu stopniach sprzętu, zdecydowałyśmy jednak, że nadszedł czas, aby przejść przez to małe ogrodzonko i wskoczyć do wody.

Ta plaża była jak niebo na ziemi. Również tutaj, zobaczyłyśmy tłumy za podobnym szklanym płotem w hotelu Beatriz Playa and Spa po przeciwnej stronie ulicy. Pomyślałyśmy jednak, że tym razem los się do nas uśmiechnie. I tak też się stało. Może jakichś 5 ludziuf, zadało sobie trud, aby przejść się tam, gdzie myśmy szalały w przeciągu całych dwóch godzin, które tam spędziłyśmy….

Playa Lima…. bo tak się owa plaża zwie, znajduje się tylko kilka minut od pasa startowego lotniska. Siedziałyśmy tam i obserwowałyśmy samoloty lądujące i startujące dosłownie nad naszymi głowami.

Udało się. Pas startowy lotniska Arrecife za ogrodzeniem.

Dojechałyśmy aż do końca ścieżki rowerowej, obserwując te samoloty a potem, zawróciłyśmy, wpadając po drodze do Spara po jakieś pićko i przekąski.

Playa Blanca powitała nas takim widokiem:

Pod górę z powrotem do mieszkania prowadziłyśmy naszą brykę. Skorzystałyśmy też z dorodnych liści aloesu. Były ogromne, więc utrata jednego nie zaszkodziła mu, tym bardziej, że jego przeznaczeniem było ratowanie moich pleców. Czy nie warto takiemu aloesowi umrzeć dla tak zacnego celu? Moja urocza przyszła pani weterynarz spędziła cały wieczór, masując jego soki w moje plecy. I wiecie co?! Następnego ranka były jak nowe i gotowe na kolejną krótką rowerową przygodę.

Pewnego dnia tam wrócimy, bo tym razem, nie mając samochodu, odwiedziłyśmy tylko kilka pobliskich miejsc. Do odkrycia pozostała jednak cała wyspa ze wspaniałym Parkiem Wulkanów i winnic, jaskiń i plaż.

Hasta Luego Lanzarote, Vamos a volver pronto.

My, Dziewczynki

Anka i Chloe

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Lanzarote by bike

If you prefer to listen instead of reading, click here: Lanzarote by bike

Lanzarote in July is beautiful.

Lanzarote in July is quite busy.

Lanzarote in July is where you do not want to be if all you wanna do is sit by the pool – sun burn will be the happier of possible outcomes.

Lanzarote in July is burning hot.

Lanzarote in July is a fabulous spot!

C and I flew to Arrecife for the first time. We have already seen Fuertaventura and Gran Canaria. Everyone kept saying that Lanzarote was cheap, everything easily accessible, nice sandy beaches, good food, nice people. Nothing not to like then!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Thankfully this time we departed early in the morning. No cars booked ‘cos a quickie taxi ride to Puerto del Carmen was not expensive at all and we wanted to simply “stay away from the masacre of everyday-ness”.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Found our apartment, checked in. Sadly we were unable to change the ground floor one for something higher, despite of having pre-booked a higher floor.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

The Receptionist was such a nice lady! Speaking Polish, German, Spanish and English. Her mom was Polish but she was born in Germany. How she ended up in Spain I don’t know but I dare to assume she was a German tourist that fell in love during holidays in Lanzarote. Got married because got pregnant and after second bebe, the local damped her ‘cos family was too much of a disruption to his freedom. I know she was a single mom of 2 so the story is very probable. Surely am somewhere close to the truth.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

Later on we walked over to the pool area. A bunch of very loud folks from Dublin (so much for escaping the everydayness!) took over the entire space.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Three older dudes moved into the apartment above us and kept sitting at the table and staring around.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

After this we rather quickly went in search of easy routes that would take us into the town and further to the beach.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-u.jpg

Puerto del Carmen has long sandy beaches. The one next to an old town harbour, called Playa Chica, is a small secluded one among huge rocks. Too crowded though as surrounded by the rental apartments and hotels.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Thankfully, only a few metres further north, there is a huge beach that splits into Blaya Blanca and Playa Grande. Here you can see crowds too, however the beach sizes help to reduce the feel of sitting on an Asian train.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

It was an evening. We went for a dinner. It was quite a walk from where we stayed, for C mainly. We chose a place on the opposite side of the road from Playa Blanca, that is an example of a typical Spanish holiday resort sea front, packed with stall-like looking restaurants mingled between the souvenir shops. We had a pizza and a calzone. Quality, quantity and prize – holiday-town-seafront-like. Typical. Not overly excited after having such a meal, but no longer hungry and definitely not as hot as on the way to this place, we climbed up the street that led us to our apartment. Of course on the way we met a lovely British lady who was in the mood for stalking people who wanted to rest and fed us with some bollix about her ex husband’s swimming. Whatever! Went to sleep.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

The apartment was very nice but being on a ground floor, especially that we booked a higher floor, was a bit annoying. Particularily because the bedroom windows had bars in them and were small. But sure, we did not get an apartment to stay in it afterall.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

In the morning, we made a discovery! Spar, around the other corner, filled with delicious local food, freshly cut hams, cheeses, breads and rolls straight from the ovens. And the assortment! OMG. The shelves with fruits and veggies were bending and C and I just could not absorb this goodness of flavors to choose from.

Here, in Ireland, you do have a choice….but of completely tasteless food. Especially fruits and veggies are almost as if they were fake. So being able to bite into something that is not just made to fill your tommy up but also to give you pleasures is defo a good reason to go to the South!

And have you ever watched a Spanish butcher slicing jamon? Jamon is Spanish ham and it is sliced off of the whole leg.

We were standing there with the jaws dropped and staring at the guy who looked like Antonio Banderas in his late 40s. The show was priceless despite it being an everyday life occurence here. He first put on a metal glove, well made out of some stainless steel wire of sorts which made him look like a medieval knight…. Don Kichote, only from back to the future more like. And then he got his sword out. Oh what sort it has been! You could cut yourself only by looking at its sharpened edge. He then positioned a huge piece of cured and aged jamon in front of him and the slices that were coming out from under that knife were almost see-through, like rice paper. No need to mention no torn bits! – but I must praise him again.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Watch this amazing video about Jamon Iberico (Iberic Peninsula – Spain + Portugal):

The woman who had asked for the ham looked at us. We looked at her. We must have been visibly getting hungry ‘cos she grabbed it and quickly ran away almost as if we were to steal it from her or something…. In fact we are not the gratest fans of traditional fatty jamon, lady – just FYI in case you read this at some stage….

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Chloe, who back then used to be a bit of a picky eater, now sat by the table munching on the fresh baggette dipping it in a really really tasty and so so fresh pate, topping it all up with a yoghurt drink and then ice tea to make things more interesting.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

We had a plan! A day before, on the way back to the apratment, we popped over to a local bike shop. Ha! Not just any bike shop. The guy in there was an artist. He used bicycle parts to build fabulous tables and decorative items. Truly pretty. We made a deal on the rental and promised to appear next mornig.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Nicely fed, caffeinated and covered with 10 layers of sun creams, we happily walked out in the direction of adventure:

Did I mention happily? 🙂

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

We got our bike for half of what other places quoted. If you wanna know which place it is let me know. The guy attached the seat, secured it and adjusted everything to ensure we were actually comfortable and enjoying this cycling adventure. Thank you for this Good Human! You are one of the nicest of people we met on our travels!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

It was getting hot. Real hot. But This time, I ensured to train Chloe to put plenty of sun screen onto my back from time to time. Unlike in Portugal, when she was too small to spread the cream on my back and I got so burnt on the first day of 10-day holidays that not only have I suffered as hell but the worst was when my skin started to peel and I looked like a dinosaur in the middle of shedding. People at breakfast did not seem delighted with this view of huge flakes of skins hanging off of my back and ready to fall onto their plates anytime (which it never would, by the way, and they would know it if they had the basics of biology covered). Anyways, we always used to sneak outside and, why were they eating inside when outside there were plenty of rattan tables and chairs surrounded by beautiful flowers, I do not know.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Back to Spain however! So yea, this time, my baby was well trained already. Even though her swim suit said She was a WonderWoman in training

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-u.jpg

There is a pretty cycling path that starts in Puerto del Carmen, on the road that is parallel to the coastline, and which leads all the way up to the Arrecife airport. How cool is this!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

So we boarded our vehicle that was even equipped with a basket. We did not carry much though, led by experience, and headed for that adventure.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

The worst part was to get out of that busy road in Puerto del Carmen because it leads through the town hence there are cars, tourists walking and daydreaming, children running around and not paying attention – you know all that stuff you get in a touristy place like this.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

And then we went out into an open space, along the coast of beutiful Lanzarote with an invisible view on Africa 🙂

Source: Google maps

We rode chillfully and cheerfully, enjoying the heat, which was not so bad since we were getting a bit of a breeze. Passing smaller and bigger holiday resorts to our left and occasional busy bar/cafe/restaurant on the beach to the right, we finally reached what we planned as our first stop.

Playa de los Pocillos – JEEEZUUUUUS how huge it is! Our route was passing directly beside it, so we thought it would be a good idea to spread on the sand for a while and splash in some droplets of the Atlantic.

There was a beautiful hotel situated by the entrance to that beach and we thought: what’s wrong with these people roasting by the pool behind a 2 meter high glass fence while there are kilometres of such beach outside of their aquarium.

And then, the aquarium fence ended and we ended up on an open, kilometres long beautiful sandy beach that was facing Africa and had stunning view on the aircrafts approaching the nearby airport tarmac.

First gust of wind and we knew the answers to all our existentional questions. Sick sick sick. We put the bike down hoping to spread a blanky but not a chance. The sand was already battering us from every angle.

And it was this sand with big volcanic hard grains. Chloe started to cry. I said: well since we dragged ourselves and the bike all the way accross the sand here, why don’t we at least go to the water and cool down a bit and wash off this sand (that glued itself onto our creamed up bodies and was so stuck that nothing could unstuck it)?

But Chloe would not have it. One Ryanair aircraft and a bucket of tears later, I decided to wash myself and we would head further ‘cos this clearly made no sense. (Just like the hotel housekeepers cleaning the 2m high glass fence with the window cleaner and beautiful white cloths… made no sense…).

Walked backwards into the water staring at my crying child and still trying to encourage her to at least try to step in for a second. And this is when that big nasty wave got me and revealed my boobies when departing from my swimsuit. That guy was staring, yes, and so what!

I came out really angry now myself. Gathered us into one bunch of everything and we headed for the restaurant accross the road to first get rid of that sand from our underpants and follow with some lunch.

Two plates of food and a few glasses of freshly squeezed out orange juice later, we hit the road again. Oh the seat on the bike got so hot I felt like my butt was getting on fire. Especially that the general matter of things is that the longer you cycle the wormer it gets. Not cool!-er.

A little while later, we spotted a playground – Parque Infantil Matagorda. Yes, in the full sun, between the road and the sea. Not a single tree or a piece of a roof cover. So practically usable only in the early morning or late evening. But since our hot butts were already hot, a bit more heat seemed like nothing to fear.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

After a few attempts of sitting on the playground equipment that was literally piping hot and being in the 40C hitting us directly in the middle of a paved area, we decided it was time to move accross that little fence and hop into the water.

This beach was like heaven on Earth. Despite of seeing the crowds behind a similar glass fence in the hotel Beatriz Playa and Spa accross the road, we thought it would be the right one this time. And so it was. And thanks to those people, it was alllllll for us. Well, maybe some additional 5 hoomans that bothered to stroll by within the entire two hours we’ve spent there…. We kept moving from one cool spot to another as the coast is slightly diverse in here. Which was very unusual and welcome.

Playa Lima…. only a few minutes away from the airport runway. We sat there and watched the aircraft landing and taking off literally above our heads.

We made it. The Arrecife airport runway behind the fence.

We went all the way to the end of the cycle path, watched some aircraft and went back, popping over for some drinks and snacks to the nearby Spar.

Playa Blanca welcomed us with this view:

My back did not survive this journey unharmed though. So while dragging ourselves up the hill back to the apartment, we took the adventage of an aloe vera plant. It was huge, so losing one leaf was of no harm to it, especially that it was going to a really good cause. My lovely little future vet lady spent an entire evening massaging its juices into my back. And guess what! Next morning it was like new and ready for another short bike adventure.

One day we will come back there because this time, having no car, we visited only a few nearby places. There is however an entire island still left to be discovered with its wonderful Park of Volcanoes and vineyards, caves and beaches.

Hasta Luego Lanzarote, Vamos a volver pronto.

A & C

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly
Wave images sources: freepic & adobe stock