Niezbyt zabawna babcia

Podcast dla tych, którzy nie lubią czytać znajdziecie tutaj: Niezbyt zabawna babcia

Nasza portugalska podróż, która rozpoczęła się w Lizbonie, była zupełnie nieplanowana.

Mieliśmy zarezerwowany samochód i po jego odebraniu postanowiliśmy wędrować po okolicy – zero mapy, zero przewodnika! Jestem nawigatorem, który ściga miejsca znalezione w książkach, podążając za drogowskazami i, jeśli to konieczne, biega dookoła, pytając ludzi o drogę. Zabawa w najlepszym wydaniu! W najgorszym przypadku zgubisz drogę tylko po to, aby znaleźć inną, być może bardziej interesującą.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Portugalia jest usiana zamkami i twierdzami. Zamek w Palmeli wyskoczył nam przy drodze jako pierwszy, gdy jechaliśmy autostradą A2 z Lizbony. Jest to gigantyczna budowla górująca nad miastem, siedząca na samym szczycie ogromnego kopca. Byliśmy jednak pewni, że zobaczymy o wiele więcej podobnych miejsc i dlatego po obejrzeniu go z grubsza, postanowiliśmy udać się dalej na południe w poszukiwaniu alkazarów.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Najpierw jednak zauważyliśmy miasto Setubal, które nie brzmiało źle, ale ostatecznie byliśmy bardzo rozczarowani. Takie trochę postkomunistyczne miejsce pełne dziwnych małych straganów sprzedających piękne azjatyckie produkty wszelkiego rodzaju. Jedyne, co nas zainteresowało, to szopka bożonarodzeniowa na placu głównym, więc po wypiciu szybkiej kawy postanowiliśmy uciekać.

Hmmmm…. jak na razie nie najlepiej, pomyśleliśmy…

Wjechaliśmy na autostradę E1 i w kierunku południowym, aby ostatecznie dotrzeć do zachodniego wybrzeża kraju.

Robiło się już późno, gdy wjeżdżaliśmy do położonego nad brzegiem rzeki Sado miasta Alcácer do Sal. Musieliśmy znaleźć nocleg i mieliśmy całkiem dużo szczęścia. Nie jestem pewna, jak udało się nam dostać do tego konkretnego miejsca, ale najprawdopodobniej dzięki mojej niezawodnej metodzie wymachiwania rękoma i mówienia po hiszpańsku do Portugalczyków.

Położony w najstarszej dzielnicy miasta, dosłownie tuż za kościołem św. Santiago, wspaniały mały domek z pięknymi kafelkami azulejo w najwyższej części fasady i maleńką damą, która najprawdopodobniej była jego właścicielką.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Zaparkowaliśmy tuż przed domem, ponieważ tak się składa, że jest tam mały plac z kilkoma miejscami.

Pani miała około hmmm… powiedziałabym, że 70-tki. Maleńka kobietka z siwymi włosami i bardzo opaloną pomarszczoną twarzą. Przywitała nas i spojrzała na nas krytycznym wzrokiem, skanując od stóp do głów. Kompletna i bardzo poważna kontrola przed zakwaterowaniem.

Poszliśmy na górę. Otworzyła pierwsze drzwi po naszej lewej, pokazała MI pokój i wmachała mnie do środka. Spojrzałam na nią trochę niepewna. Tata Chloe chciał uprzejmie wejść, ale na tym etapie mała pani dosłownie wyskoczyła przed niego i zablokowała mu drogę całym ciałem, co wyglądało tak niezwykle zabawnie, ponieważ dosłownie zmieściła by się mu pod pachami.

Wybuchnęliśmy śmiechem, który, naturalnie, bardzo ją zdenerwował. Nagle zaczęła krzyczeć po portugalsku. Staliśmy tam, próbując coś z tego wszystkiego wyciągnąć, ale nie mieliśmy szans.

W końcu babcia się uspokoiła. Wzięła kilka głębokich oddechów i pokazała mu inne drzwi, nieco dalej w dół korytarza.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Nie mogliśmy powstrzymać śmiechu, ale uprzejmie poszliśmy za kobietą, nie mając pojęcia, co robi. Potem otworzyła drzwi do drugiej sypialni i wmachała JEGO do środka, blokując mi drogę. To był moment, w którym zrozumieliśmy powagę sytuacji, w której się znaleźliśmy – oddzielne sypialnie! Żadnego grzeszenia pod dachem tej pani! Pobierała jednak opłatę za jeden pokój.

Nie byliśmy pewni, czy kontakt ma być ograniczony tylko do spania, czy też rozmawiania i siedzenia w jednej sypialni, więc szczerze mówiąc, trochę się zestresowaliśmy. Pani miała duże płuca i na pewno wiedziała, jak wykrzyczeć to, co chce przekazać.

W duchu takiego przerażenia, ale pękając, by tylko się nie zaśmiać, postanowiliśmy dać pani trochę spokoju i szybko zamknęliśmy się w naszych prywatnych kwaterach.

Kobieta była trochę szalona, siedziała w innym pokoju z otwartymi drzwiami i szydełkowała jak nawiedzona. Jej oczy nie przegapiłyby niczego, skanując wszystko w pobliżu, nie tracąc ani sekundy. Przypomniała mi się maleńka surykatka na straży.

Musieliśmy się jednak jakoś porozumieć, więc w końcu spotkaliśmy się na balkonie i postanowiliśmy jak najszybciej ulotnić się na miasto.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Alcácer do Sal to wspaniałe miejsce w godzinach wieczornych. Jego brukowane uliczki idą we wszystkich możliwych kierunkach, otoczone ładnymi starymi domami z odpadającą farbą. Ale wszystko to nadaje miasteczku wyjątkowy charakter.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Spacerowaliśmy w kierunku rzeki w poszukiwaniu miejsca do przycupnięcia i pochłonięcia jakiegoś żradełka. Zdecydowaliśmy się na miejsce zwane A Papinha, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza Podwójny Podbródek 🙂

Nie wyciągnęliśmy z menu zbyt wiele. Na pewno nic, co brzmiałoby jak coś, co znamy i chcemy zjeść, ale postanowiliśmy zaryzykować i zamówić na ślepo.

U mnie skończyło się na wątrobie, co było fantastyczne, ponieważ uwielbiam szczególnie wątróbki drobiowe. Te akurat nie były kurze, ale też całkiem niezłe. Nasz drugi wybór był czymś, co zdecydowaliśmy na koniec, wyglądało, pachniało i smakowało jak nerki! Ale teraz, po przejrzeniu zdjęć, znalazłam paragon z tego miejsca i jestem przekonana, że był to duszony ozor, czyli język. Tylko czego, oto jest pytanie! 😀

Uznałam to za całkowicie paskudne, ale jemu to całkiem siadło i spapał całą michę. Dzięki Bogu seks i całowanie nie były tego wieczoru na talerzu.

Kilka kieliszków piwa i wina później, zebraliśmy się, aby wrócić do naszego uroczego mieszkanka, wziąć prysznic, umyć zęby i przespać się, tylko po to, aby rano jak najszybciej uciec i nigdy więcej nie zobaczyć pani babci.

Dom był cichy i ciemny. Weszliśmy po schodach i stwierdziliśmy, że na miejscu nie ma nocnego strażnika. Chwyciliśmy szczoteczki do zębów i ręczniki i poszliśmy do łazienki. Nie byliśmy jeszcze nawet w połowie wyciskania pasty na szczotki, kiedy krzyk, podobny do tego, który wydaje Mandragora, zmroził nas na miejscu.

Kobieta szalała. Otworzyliśmy drzwi, aby sprawdzić, co się dzieje, a ona stoi tam przed nami cała zaspana i rozczochrana w swojej nocnej koszuli.

Wyglądała trochę jak ta Mandragora, z twarzą pomarszczoną dodatkowymi śladami pozostawionymi przez zagięcia na poszewkach i włosami sterczącymi w każdym kierunku, jak na tych zdjęciach szalonych naukowców zaraz po eksplozji ich chemicznych mikstur.

Stojąc tam, przerażeni jak dwa przedszkolaki przyłapane na gorącym uczynku na kradzieży jabłek od innego dziecka, pokazaliśmy jej szczoteczki do zębów, ale mogliśmy pomarzyć, że babcia na to poleci. Musieliśmy się natychmiast rozdzielić i załatwić sprawy pojedynczo.

Dzięki Bogu udało nam się już wysikać… O rany, gdyby tylko wiedziała! Wyobraźcie sobie!

Jestem przekonana, że powodem babcinego nonsensu było skrzypiące łóżko. Mogę tylko sobie wyobrazić wszystkie wcześniejsze nieprzespane noce, przez które musiała bidula przebrnąć. Nic dziwnego, że wdrożone zostały tak drastyczne środki, i że tak ściśle były one przestrzegane 😀

Obudziliśmy się wcześnie. Zrobiłam sobie zdjęcie z panią babcią, zapłaciła jej uprzejmie a ona równie uprzejmie podarowała nam serwetkę, którą prawdopodobnie zrobiła, trzymając straż dzień wcześniej.

Muszę powiedzieć, że ma niesamowity talent. Wszystko w jej domu było haftowane i szydełkowane. Nadal mam tę małą dekorację i myślę, że była warta być może więcej niż zapłaciliśmy za 2 pokoje.

Zostawiliśmy babcię sobie i jej robótkom i podążyliśmy w dalszą drogę.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Miasto trzeba było jednak zwiedzić. Najpierw wybraliśmy się na spacer pobliskimi uliczkami, aby wchłonąć atmosferę poranka.

W końcu dotarliśmy do alkazaru – od arabskiego słowa al-Qasr, oznaczającego twierdzę. Poniżej widać tylko jego część. Z otaczających go murów roztaczają się najpiękniejsze widoki na rzekę Sado i całe miasto Alcácer do Sal. Po łacinie Salatia oznacza “miasto soli”.

To jednak nie Arabowie zbudowali miasto. Pochodzi ono sprzed ponad tysiąca lat przed Chrystusem i zostało założone przez Fenicjan.

Pod rządami Rzymian jego nazwa brzmiała Salacia. Alcácer miał dla nich duże znaczenie ze względu na strategiczne położenie nad rzeką, co pozwalało na łatwy dostęp i transport towarów między okupowanymi przez Imperium ziemiami śródziemnomorskimi. Miasto posiadało zatem port śródlądowy. Było dobrze znany z produkcji soli, a także pasty rybnej i innych gałęzi przemysłu związanych z peklowaniem solą.

W moim wcześniej wspomnianym artykule o Lizbonie, mówię trochę o Maurach w Europie. Tutaj pojawili się w VIII wieku i pozostali przez setki lat. Ich wpływy, zwłaszcza w architekturze, są imponujące. Miasto stało się wówczas stolicą prowincji Al-Kassr i to stało się głównym powodem do zbudowania twierdzy, na wypadek ataku. Obecnie mieści się w niej Miejskie Muzeum Archeologiczne, będące jednym z najlepszych, jakie widziałem.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Więc gdzie dalej?

Hmmm….

myślę, że w lewo….

…. a potem dalej na południe po kolejną ekscytującą…. choć tym razem trochę śmierdzącą…. hmmmm…. przygodę….

Do następnego razu!

Ach, Ps. Z powyższej historii wypływa morał – zawsze siusiaj (lub rób kupkę, oczywiście) zaraz po dobiciu się do kibelka. Wszystko inne może poczekać!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly