Niezbyt zabawna babcia

Podcast dla tych, którzy nie lubią czytać znajdziecie tutaj: Niezbyt zabawna babcia

Nasza portugalska podróż, która rozpoczęła się w Lizbonie, była zupełnie nieplanowana.

Mieliśmy zarezerwowany samochód i po jego odebraniu postanowiliśmy wędrować po okolicy – zero mapy, zero przewodnika! Jestem nawigatorem, który ściga miejsca znalezione w książkach, podążając za drogowskazami i, jeśli to konieczne, biega dookoła, pytając ludzi o drogę. Zabawa w najlepszym wydaniu! W najgorszym przypadku zgubisz drogę tylko po to, aby znaleźć inną, być może bardziej interesującą.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Portugalia jest usiana zamkami i twierdzami. Zamek w Palmeli wyskoczył nam przy drodze jako pierwszy, gdy jechaliśmy autostradą A2 z Lizbony. Jest to gigantyczna budowla górująca nad miastem, siedząca na samym szczycie ogromnego kopca. Byliśmy jednak pewni, że zobaczymy o wiele więcej podobnych miejsc i dlatego po obejrzeniu go z grubsza, postanowiliśmy udać się dalej na południe w poszukiwaniu alkazarów.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Najpierw jednak zauważyliśmy miasto Setubal, które nie brzmiało źle, ale ostatecznie byliśmy bardzo rozczarowani. Takie trochę postkomunistyczne miejsce pełne dziwnych małych straganów sprzedających piękne azjatyckie produkty wszelkiego rodzaju. Jedyne, co nas zainteresowało, to szopka bożonarodzeniowa na placu głównym, więc po wypiciu szybkiej kawy postanowiliśmy uciekać.

Hmmmm…. jak na razie nie najlepiej, pomyśleliśmy…

Wjechaliśmy na autostradę E1 i w kierunku południowym, aby ostatecznie dotrzeć do zachodniego wybrzeża kraju.

Robiło się już późno, gdy wjeżdżaliśmy do położonego nad brzegiem rzeki Sado miasta Alcácer do Sal. Musieliśmy znaleźć nocleg i mieliśmy całkiem dużo szczęścia. Nie jestem pewna, jak udało się nam dostać do tego konkretnego miejsca, ale najprawdopodobniej dzięki mojej niezawodnej metodzie wymachiwania rękoma i mówienia po hiszpańsku do Portugalczyków.

Położony w najstarszej dzielnicy miasta, dosłownie tuż za kościołem św. Santiago, wspaniały mały domek z pięknymi kafelkami azulejo w najwyższej części fasady i maleńką damą, która najprawdopodobniej była jego właścicielką.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Zaparkowaliśmy tuż przed domem, ponieważ tak się składa, że jest tam mały plac z kilkoma miejscami.

Pani miała około hmmm… powiedziałabym, że 70-tki. Maleńka kobietka z siwymi włosami i bardzo opaloną pomarszczoną twarzą. Przywitała nas i spojrzała na nas krytycznym wzrokiem, skanując od stóp do głów. Kompletna i bardzo poważna kontrola przed zakwaterowaniem.

Poszliśmy na górę. Otworzyła pierwsze drzwi po naszej lewej, pokazała MI pokój i wmachała mnie do środka. Spojrzałam na nią trochę niepewna. Tata Chloe chciał uprzejmie wejść, ale na tym etapie mała pani dosłownie wyskoczyła przed niego i zablokowała mu drogę całym ciałem, co wyglądało tak niezwykle zabawnie, ponieważ dosłownie zmieściła by się mu pod pachami.

Wybuchnęliśmy śmiechem, który, naturalnie, bardzo ją zdenerwował. Nagle zaczęła krzyczeć po portugalsku. Staliśmy tam, próbując coś z tego wszystkiego wyciągnąć, ale nie mieliśmy szans.

W końcu babcia się uspokoiła. Wzięła kilka głębokich oddechów i pokazała mu inne drzwi, nieco dalej w dół korytarza.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Nie mogliśmy powstrzymać śmiechu, ale uprzejmie poszliśmy za kobietą, nie mając pojęcia, co robi. Potem otworzyła drzwi do drugiej sypialni i wmachała JEGO do środka, blokując mi drogę. To był moment, w którym zrozumieliśmy powagę sytuacji, w której się znaleźliśmy – oddzielne sypialnie! Żadnego grzeszenia pod dachem tej pani! Pobierała jednak opłatę za jeden pokój.

Nie byliśmy pewni, czy kontakt ma być ograniczony tylko do spania, czy też rozmawiania i siedzenia w jednej sypialni, więc szczerze mówiąc, trochę się zestresowaliśmy. Pani miała duże płuca i na pewno wiedziała, jak wykrzyczeć to, co chce przekazać.

W duchu takiego przerażenia, ale pękając, by tylko się nie zaśmiać, postanowiliśmy dać pani trochę spokoju i szybko zamknęliśmy się w naszych prywatnych kwaterach.

Kobieta była trochę szalona, siedziała w innym pokoju z otwartymi drzwiami i szydełkowała jak nawiedzona. Jej oczy nie przegapiłyby niczego, skanując wszystko w pobliżu, nie tracąc ani sekundy. Przypomniała mi się maleńka surykatka na straży.

Musieliśmy się jednak jakoś porozumieć, więc w końcu spotkaliśmy się na balkonie i postanowiliśmy jak najszybciej ulotnić się na miasto.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Alcácer do Sal to wspaniałe miejsce w godzinach wieczornych. Jego brukowane uliczki idą we wszystkich możliwych kierunkach, otoczone ładnymi starymi domami z odpadającą farbą. Ale wszystko to nadaje miasteczku wyjątkowy charakter.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Spacerowaliśmy w kierunku rzeki w poszukiwaniu miejsca do przycupnięcia i pochłonięcia jakiegoś żradełka. Zdecydowaliśmy się na miejsce zwane A Papinha, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza Podwójny Podbródek 🙂

Nie wyciągnęliśmy z menu zbyt wiele. Na pewno nic, co brzmiałoby jak coś, co znamy i chcemy zjeść, ale postanowiliśmy zaryzykować i zamówić na ślepo.

U mnie skończyło się na wątrobie, co było fantastyczne, ponieważ uwielbiam szczególnie wątróbki drobiowe. Te akurat nie były kurze, ale też całkiem niezłe. Nasz drugi wybór był czymś, co zdecydowaliśmy na koniec, wyglądało, pachniało i smakowało jak nerki! Ale teraz, po przejrzeniu zdjęć, znalazłam paragon z tego miejsca i jestem przekonana, że był to duszony ozor, czyli język. Tylko czego, oto jest pytanie! 😀

Uznałam to za całkowicie paskudne, ale jemu to całkiem siadło i spapał całą michę. Dzięki Bogu seks i całowanie nie były tego wieczoru na talerzu.

Kilka kieliszków piwa i wina później, zebraliśmy się, aby wrócić do naszego uroczego mieszkanka, wziąć prysznic, umyć zęby i przespać się, tylko po to, aby rano jak najszybciej uciec i nigdy więcej nie zobaczyć pani babci.

Dom był cichy i ciemny. Weszliśmy po schodach i stwierdziliśmy, że na miejscu nie ma nocnego strażnika. Chwyciliśmy szczoteczki do zębów i ręczniki i poszliśmy do łazienki. Nie byliśmy jeszcze nawet w połowie wyciskania pasty na szczotki, kiedy krzyk, podobny do tego, który wydaje Mandragora, zmroził nas na miejscu.

Kobieta szalała. Otworzyliśmy drzwi, aby sprawdzić, co się dzieje, a ona stoi tam przed nami cała zaspana i rozczochrana w swojej nocnej koszuli.

Wyglądała trochę jak ta Mandragora, z twarzą pomarszczoną dodatkowymi śladami pozostawionymi przez zagięcia na poszewkach i włosami sterczącymi w każdym kierunku, jak na tych zdjęciach szalonych naukowców zaraz po eksplozji ich chemicznych mikstur.

Stojąc tam, przerażeni jak dwa przedszkolaki przyłapane na gorącym uczynku na kradzieży jabłek od innego dziecka, pokazaliśmy jej szczoteczki do zębów, ale mogliśmy pomarzyć, że babcia na to poleci. Musieliśmy się natychmiast rozdzielić i załatwić sprawy pojedynczo.

Dzięki Bogu udało nam się już wysikać… O rany, gdyby tylko wiedziała! Wyobraźcie sobie!

Jestem przekonana, że powodem babcinego nonsensu było skrzypiące łóżko. Mogę tylko sobie wyobrazić wszystkie wcześniejsze nieprzespane noce, przez które musiała bidula przebrnąć. Nic dziwnego, że wdrożone zostały tak drastyczne środki, i że tak ściśle były one przestrzegane 😀

Obudziliśmy się wcześnie. Zrobiłam sobie zdjęcie z panią babcią, zapłaciła jej uprzejmie a ona równie uprzejmie podarowała nam serwetkę, którą prawdopodobnie zrobiła, trzymając straż dzień wcześniej.

Muszę powiedzieć, że ma niesamowity talent. Wszystko w jej domu było haftowane i szydełkowane. Nadal mam tę małą dekorację i myślę, że była warta być może więcej niż zapłaciliśmy za 2 pokoje.

Zostawiliśmy babcię sobie i jej robótkom i podążyliśmy w dalszą drogę.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Miasto trzeba było jednak zwiedzić. Najpierw wybraliśmy się na spacer pobliskimi uliczkami, aby wchłonąć atmosferę poranka.

W końcu dotarliśmy do alkazaru – od arabskiego słowa al-Qasr, oznaczającego twierdzę. Poniżej widać tylko jego część. Z otaczających go murów roztaczają się najpiękniejsze widoki na rzekę Sado i całe miasto Alcácer do Sal. Po łacinie Salatia oznacza “miasto soli”.

To jednak nie Arabowie zbudowali miasto. Pochodzi ono sprzed ponad tysiąca lat przed Chrystusem i zostało założone przez Fenicjan.

Pod rządami Rzymian jego nazwa brzmiała Salacia. Alcácer miał dla nich duże znaczenie ze względu na strategiczne położenie nad rzeką, co pozwalało na łatwy dostęp i transport towarów między okupowanymi przez Imperium ziemiami śródziemnomorskimi. Miasto posiadało zatem port śródlądowy. Było dobrze znany z produkcji soli, a także pasty rybnej i innych gałęzi przemysłu związanych z peklowaniem solą.

W moim wcześniej wspomnianym artykule o Lizbonie, mówię trochę o Maurach w Europie. Tutaj pojawili się w VIII wieku i pozostali przez setki lat. Ich wpływy, zwłaszcza w architekturze, są imponujące. Miasto stało się wówczas stolicą prowincji Al-Kassr i to stało się głównym powodem do zbudowania twierdzy, na wypadek ataku. Obecnie mieści się w niej Miejskie Muzeum Archeologiczne, będące jednym z najlepszych, jakie widziałem.

This image has an empty alt attribute; its file name is image-1.png

Więc gdzie dalej?

Hmmm….

myślę, że w lewo….

…. a potem dalej na południe po kolejną ekscytującą…. choć tym razem trochę śmierdzącą…. hmmmm…. przygodę….

Do następnego razu!

Ach, Ps. Z powyższej historii wypływa morał – zawsze siusiaj (lub rób kupkę, oczywiście) zaraz po dobiciu się do kibelka. Wszystko inne może poczekać!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Lizbona – majtkowy szał

Dla tych, którym nie chce się czytać, nagrałam podcast. Wystarczy kliknąć tutaj: Lizbona – majtkowy szał

This image has an empty alt attribute; its file name is lisbon-old-city-map.jpg
Historyczna mapa Lizbony, źródło: internet

Był rok 2004. Postanowiłam spędzić Nowy Rok w Amsterdamie (jedyne lepsze sylwestrowe imprezy plenerowe odbywają się w Krakowie). Wiem, temat dotyczy południa Europy, wiem. Ale od tego wszystko się zaczęło.

Miałam jakieś 20 lat i razem z kilkoma dziewczynami zrobiłyśmy zapas szampana i z butelkami w rękach udałyśmy się na plac De Dam. Muzyka grała dziko, ludzie z całego świata, upici i ledwo stojący, próbowali zachować resztki godności. Jakiś amerykański koleś wyjął maleńką płaską metalową buteleczkę whisky, jak te ze starych filmów o dzikim zachodzie, i zaproponował mi łyka. Potem tańczyliśmy i śpiewaliśmy przez chwilę, aż najprawdopodobniej upadł, a ludzie wdeptali go w bruk, chociaż mam nadzieję, że nie.

Zbliżała się północ i dwóch przystojnych nieznajomych pojawiło się obok nas, żeby złożyć życzenia. Mówili zabawnie, pomyślałam, ale kto nie mówił śmiesznie o północy w Sylwestra w Amsterdamie. Zwłaszcza, że główne zaplecze narkotykowe znajduje się dosłownie jedną ulicę dalej i jest wieeeelkie.

I tak poznałam Pedra i Miltona, których potem spotkałam jeszcze kilka razy w Krakowie, ponieważ całkowicie zakochali się w tym mieście i zupełnie się im nie dziwię!

Ci dwaj pochodzili z Portugalii. Myślę, że to było wszystko, czego udało nam się dowiedzieć o sobie tamtej nocy 🙂 Ale poświęciliśmy czas na wymianę numerów telefonów. To była era przed smartfonami, wyobraźcie to sobie!

Dużo studiowałam o architekturze Portugalii i zakochałam się w plateresco i azulejos na długo przed naszym spotkaniem, ale chłopaki dodali mi jeszcze większej ochoty swoimi opowieściami na zwiedzenie ich kraju.

Sporo czasu minęło zanim udało mi się spełnić to marzenie, ale pewnego dnia nadszedł ten czas, by w końcu odwiedzić krainę klifów, oceanu, niesamowitego jedzenia, najlepszych ręcznie robionych butów i tej wspaniałej architektury!

Pierwszym miejscem na liście była Lizbona, siedziba Pedra i Miltona, o której słyszałam tak wiele pięknych historii i odważyłam się uwierzyć, że są prawdziwe.

Przy podejściu do lądowania w LIS (kod IATA dla lotniska w Lizbonie), rzeka Tag jest tym co widzisz z okna samolotu. Wieeelka, największa na Półwyspie Iberyjskim, i przecina miasto na pół. Na szczęście żył tu kiedyś pan Vasco Da Gama, który, jak wiemy, porzucił przekonania, że świat jest żółwiem, a wody skończą się, gdy dopłyniesz do krawędzi jego skorupy i odważył się zaryzykować życie własne i swojej załogi, aby podróżując wokół Afryki, dotrzeć do Indii.

I tak w jego imieniu zbudowano wspaniały most Vasco da Gama, który jest najdłuższym mostem w Europie, a także centrum handlowe w dzielnicy Parque das Nações.

Parque das Nações to najnowsza dzielnica Lizbony, w której znajduje się również najpiękniejsze Oceanarium, jakie osobiście kiedykolwiek odwiedziłam do tej pory. Poza tym przejażdżka kolejką linową jest koniecznością.

Innym słynnym mostem jest Most 25 kwietnia, tuż przy Wieży Belem po drugiej stronie starego miasta. Opiekuje się nim sam Jezus (Sanktuarium Chrystusa Króla). Dokładnie taki, jak ten w Rio. Taki widoczek z europejską mieszanką San Francisco i Rio 🙂

Miasto jest ogromne. Administracyjnie jest ono podzielone na bairros (dzielnice) a każda z nich jest jak zupełnie odmienny świat. Najładniejsze są oczywiście te najstarsze, a każdy centymetr to świetne miejsce na zdjęcie. Zobaczcie kilka poniżej z okolic Rua Augusta (główna ulica z Łukiem Triumfalnym prowadząca do portu) Baixa, Alfama, Alto, Chiado.

Mieszkanie, które wynajęliśmy na 3 dni, znajduje się na Rua dos Funceiros, a więc dosłownie w najbardziej historycznej części miasta. W związku z tym chodzenie było najlepszym sposobem poruszania się i całkowicie to polecam, ponieważ istnieje niesamowita liczba miejsc, do których można dotrzeć pieszo.

Jeśli nie jesteś fanem spacerów, zwłaszcza, że Lizbona jest raczej pagórkowatym miastem, wskocz do jednego ze starych pięknych tramwajów, które są wizytówką tego miasta. Nie można takiej jazdy przegapić! Co w ten sposób jednak na pewno przegapisz to wszystkie te bajecznie kolorowe sklepy z ręcznie robionymi butami i ubraniami, które byłyby tak passe, tutaj w Irlandii. Ach, mentalność mody w słonecznych miejscach opiera się na kolorach, bawełnie i rzemiośle. Ah ah ah….

Położona na małym wzgórzu, w drodze do São Jorge Castelo, znajduje się XXII-wieczna Katedra Metropolitalna Najświętszej Marii Panny Większej. Warto odwiedzić oba miejsca w ciągu jednego dnia, chociaż dojście do zamku wymaga odrobiny wytrzymałości, więc nie dla osób o słabym sercu!

Ale… tramwaj Was tam zabierze.

Jeśli chodzi o katedrę, jest to najstarszy kościół w mieście, przetrwał wiele trzęsień ziemi, dlatego też jest teraz mieszanką architektoniczną. Nie przegapcie i odwiedźcie jej wnętrze. Wkroczycie do podziemi tego budynku. Warstwy wykopanych ruin są odkryte i otwarte dla zwiedzających.

Poza tym, kościół jest majestatyczny, wydaje się być ciężki, ale jego ciemność emanuje ciepło i spokój. Pięknie zaprojektowane, w kształtach i kolorach, witraże tylko dodają tej bajkowej atmosfery i uroku.

Spacer na wzgórze do Zamku São Jorge może być trudny, ale widoki po drodze są bezcenne. Idziecie przez Alfamę, najstarszą część miasta. Azulejos (kolorowe malowane płytki specyficzne dla Portugalii, nie zawsze niebieskie pomimo ich nazwy, azul – niebieski) pokrywają wszystko; domy, szopy, okna, drzwi, chodniki nawet, progi. Azulejowe szaleństwo!

Ubrania wiszące na sznurkach za oknami, wyżej, niżej, splątane ze sobą i rozpostarte między ścianami różnych domów. Pranie wydaje się być tutaj Cosa Nostra 🙂 Ciekawe, czy czasami pomylą sobie majtki 😀

W każdym razie, gdy wspinaczkę macie już za sobą, wchodzicie na dziedziniec. Trochę jak mały ogród z drzewami pomarańczowymi. Ha! tyle tylko, że ten ogród rozpościera przed tobą widok na całe miasto. Wszystko było w zasięgu wzroku królów portugalskich i nic dziwnego, że przez wieki Portugalia należała do najbogatszych i najpotężniejszych krajów Europy.

Rozmiar i kształt twierdzy pochodzi od chrześcijańskich władców, jednak oryginalny budynek został wzniesiony tutaj w XXII wieku przez Maurów. I nie jest to pierwszy ani ostatni z tychże w Portugalii. Kraj jest obsypany ruinami, ale także w pełni stojącymi dowodami potęgi Maurów. To dzięki nim możemy teraz cieszyć się fascynującą architekturą alkazarów i ozdobnych pałaców.

Mauretańczycy to nazwa nadana przez chrześcijan plemionom berberyjskim, później także muzułmanom, którzy przybyli z afrykańskiego regionu Mauretanii (części obecnego Algieru, Maroka, Namibii) i zajmowali Włochy, Maltę, Hiszpanię, Portugalię, a nawet części Francji przez około osiem stuleci.

Bairro Alto i Fado w Chiado dla wyczerpanych, głodnych i spragnionych…

Alto oznacza wysoki i wysoko jest. Ale mądrzy lizbończycy wiedzieli, jak poradzić sobie z tym problemem. Bairro Alto i Chiado, położone są wyżej niż Baixa, a te dwa pierwsze są głównymi gospodarzami nocnego życia miasta.

Kiedyś okupowane przez żeglarzy i kupców w XV wieku. A jeśli pamiętacie “Port Amsterdam” Jaquesa Brella :), to wiecie, jak imprezują żeglarze! Więc jeśli i Wy tak imprezujecie, to pewnie wiecie, że chodzenie zmęczonym, tudzież po pijaku nie jest najbezpieczniejszą akcją do podjęcia się, szczególnie w późnych godzinach nocnych.

Tak też powstała Elevador de Santa Justa, jedyna pionowa winda łącząca wspomniane kwartały. W mieście są jeszcze inne: Elevador da Glória i Elevador do Lavra, ale te są równoległymi (właściwie ukośnymi) pociągami linowymi.

Lata 80-te minionego stulecia zapoczątkowały erę życia nocnego w górnej części miasta. Możecie tu przemierzać strome brukowane uliczki, wybrać się na przejażdżkę kolejką linową da Bica, odwiedzić wspaniały kościół St. Rocha i podziwiać widoki z ogrodu Miradouro de São Pedro de Alcântara.

Obszar ten jest pełen różnorodnych barów, kawiarni, pubów, klubów, domów fado, restauracji, barów z przekąskami, z muzyką rockową, latynoską i electro, miejsc do tańca, jak również takich do delektowania się w spokoju drinkiem. Każdy znajdzie coś dla siebie.

My na przykład znaleźliśmy mnóstwo fajnie wyglądających i niezwykle fotogenicznych hydrantów 🙂 a poza tym wspaniały mikro-bar, który oczarował nas na prawie całą noc. Dosłownie wcisnąłbyś do niego maksymalnie 10 osób na stojaka. Dlatego też wielu po prostu pije na zewnątrz, ale najlepszą rzeczą jest tutaj ser … foremka miękkiego sera z mleka owczego po prostu leży sobie obok chleba. Więc pijesz, jesz i gadasz i to wszystko, ale nigdzie indziej na świecie nie wygląda to właśnie tak.

A co do fado… hmmm ja to nazywam portugalskim jazzem 🙂 ale tak naprawdę to bliżej mu pewnie do hiszpańskiego flamenco, tylko z linii tych mniej żwawych. Coś, co tutaj gra się podczas kolacji lub na barowych sesjach:

Droga Lizbono… Na razie to tyle… ale wrócę!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Odlotowe plaże Loty – Portugalia

Cześć Wam Wszystkim, którym lakurat nie chce się czytać! Tutaj możecie też posłuchać:

Obudziłam się dziś rano ze wspomnieniem Pięknego Snu. Tak, wiem, dużo śnię. A to słowo „lot” magicznie powtarza się przez całe moje życie. W przeróżnych formach i więcej o tym innym razem. Tym razem sprowadziło mnie to z powrotem na plaże Lota w Portugalii.

Był kwiecień 2016 r. i byłam bardzo zmęczona wykonywaniem tych samych codziennych czynności; praca i bycie matką dwulatki i staranie się o życie nigdy nie było łatwe. Postanowiłam więc na chwilę uciec, tylko my Dziewczynki.

Portugalia zawsze była właściwym miejscem, więc wybrałem Portugalię. Musiało być jak najdalej od ludzkości, ale jak najbliżej plaży, abyśmy mogły ogrzać nasze małe białe kości w przyjemnym miejscu.

Kilka dni później znałam lokalizację naszego hotelu, zarezerwowałam samochód i nie potrzebowałam więcej podróżując na moim ulgowym bilecie z pracy – standby-u. To jest fajne doświadczenie. Towarzyszy mu dreszczyk emocji, z racji że nigdy nie wiesz czy wejdziesz na pokład czy nie, jeśli lot jest pełny. Ale mam swoje sposoby, więc zwykle załatwiam to przed dotarciem na lotnisko. Z wyjątkiem tego razu 🙂

Byłam tak podekscytowana wyjazdem, że zupełnie zapomniałam zadzwonić do biura i sprawdzić, ile osób faktycznie leci tym lotem do Faro. A Faro to destynacja numer 1+ w Irlandii, szczególnie w okresie letnim. Więc udałyśmy się na lotnisko tylko po to, by zmienić rezerwację na następny lot – późno w nocy – i niestety wróciłyśmy do domu, aby poczekać na naszą kolej 🙂

Przylot do Faro po północy wcale nie jest taki zły. Po prostu unikasz tego, czego chcesz uniknąć – mas ludzkości z całego świata. Ale był mały problem, Chloe była całkowicie wyczerpana, a nasza wypożyczalnia samochodów obiecała, że przedstawiciel na nas zaczeka. Więcej nie muszę mówić, prawda? Więc po około pół godziny prób zlokalizowania faceta, w końcu się pojawił. Stamtąd zabrał nas oraz kilku innych ludzi z naszego lotu do busika i do ich biura. Wszystko poszło świetnie. Chloe zwymiotowała tylko raz po przyjeździe, ale personel był niesamowity. Super profesjonalni i naprawdę szybcy. Przypuszczam, że głównym powodem ich profesjonalizmu była niechęć do sprzątania ewentualnej kolejnej dawki wymiocin 😀 Tak, naprawdę polecam Centauro Car Rentals. Niesamowici ludzie i obsługa. Ale tak serio.

Jestem trochę kierowcą Formuły 1, ale! jest ale… tak, nie radzę sobie zbyt dobrze z jazdą prawą stroną drogi. Dlatego zawsze dobrze jest wynająć samochód i opłacić pełne ubezpieczenie (jakieś 50 Euro) i w ten sposób z radością uderzyć można w każdy możliwy chodnik. Więc tak też zrobiłam i ja. Zapłąciłam 48 Eur i z radością przy każdej nadarzającej się okazji uderzałam prawą przednią oponą w chodnik 😀 A wszystko to jeżdżąc tym obłędnie wielkim fiatem 500 🙂

Zresztą z wypożyczalni samochodów wystarczyło tylko skręcić w prawo na autostradę w kierunku Hiszpanii. Tak, tam woda jest cieplejsza i nie chodzą po tobie ludzie.

C zasnęła w ciągu kilku sekund i miałam tylko nadzieję, że w ciemności nocy mój Internet działający na roamingu mnie nie zawiedzie… Ale tak się stało. Skręciłam w prawo z autostrady i wylądowałem w jakimś szczerym polu. W ciemności widziałam tylko strasznie wyglądające budynki i duże ogrodzenia wokół każdego hotelu, do którego pojechałam. Zgubiłam się w malutkim miejscu zwanym Manta Rota i dość zdenerwowana wróciłem na pierwsze rondo, które zobaczyłam po drodze.

Przejechałam prosto i co? Nic! Skręciłam w lewo, nic, więc skręciłam w prawo… i tam to było… Zaparkowałam, chwyciłam moje 3 torby: wieeeeelką, mniejszą i najmniejszą, wózek spacerowy, śpiące Dziecko i wreszcie siebie i wniosłam to wszystko do holu, gdzie facet powiedział mi, że będziemy na pierwszym piętrze i nie ma windy: D W porządku. W końcu czy to nie ja dźwigam duże ciężary i naprawdę potrzebuję słońca?

A więc… już trzymałam Dzidzię na rękach, chwyciłam za wózek, powiesiłam na sobie najmniejszą, większą i największą torbę i poszłam do góry. Tyle tylko, że koniec podróży nie był u góry. Pokój był jakieś dobre 50 metrów za rogiem.

Zrobiłam to, udało się! Spałam, dopóki nie obudziła mnie ta cholerna skrzynka z klimatyzacją krzycząca ze ściany. Chloe spała jak kamień. Byłam oczywiście głodna…

Nasz pokój był bardzo ładny, z widokiem na kawiarnię, basen, na morze. Głodna jak diabli, padająca od gorąca, ale z misją: „plaża” w głowie zebrałam siebie, małą C, wózek spacerowy, kremy, czapki, ręczniki, bidony, zabawki i wreszcie nasz niesamowity namiot plażowy, którego jeszcze nigdy nie rozpakowałam, załadowałam to wszystko na mnie i radośnie zeszłam na dół do restauracji. Nigdy nie podróżuj inaczej niż na ofercie B&B! Jedz dużo a więcej pakuj do kieszeni na później…

Więc tak zrobiłyśmy. Później znalazłyśmy małą bramkę w ogrodzeniu przy basenie, która prowadziła na plażę. Hmmmm… kto by pomyślał, że ścieżka będzie zrobiona z maleńkich betonowych kwadracików za małych na kółka wózka, a poza tym wszystkie były zasypane piaskiem… Walka była prawdziwa, ale co tam!? Mamusia to silna kobieta, niosła nas wszystkich w jakichś 40°C przez tę piękną wydmę na plażę (eh! marne 15 minut!) C już jęczała 🙂

Krok 2, namiot. Ojej. Wiatr wiał jak diabli. Wyjęłam instrukcję, ale gdy wszystko wokół mnie latało, a dziecko chciało się bawić, mój mózg nagle stał się tak mały, że naprawdę walczyłam z poskładaniem tego w całość. Na szczęście jakaś niesamowita holenderska para, która najwyraźniej „była tam i robiła to wiele razy”, przyszła na ratunek i po kilku minutach wszyscy byliśmy przygotowani na odpowiedni rodzaj „plażowania”.

13350526_10208244939754688_5664807416250905641_o
13411725_10208244913874041_2361204453064477006_o

Nasz hotel znajdował się w okolicy Lota, w niewielkiej odległości od małej wioski Manta Rota. Wystarczająco cicho, choć już dość turystycznie, więc jeśli chcesz spokoju i prawie pustej ogromnej plaży, zatrzymaj się w Lota lub dalej w kierunku granicy z Hiszpanią.

Za jedyne 7 Euro dziennie można wynająć rower w recepcji hotelu, a jeśli podróżujesz z dziećmi to jest to optymalny sposób na spędzenie kilku fajnych dni. Tak też zrobiłyśmy.

13342904_10208244048412405_4785448170890876843_n

O ile Manta Rota oferowała jedzenie, plażę i pamiątki, to nie tam chciałyśmy być. Pewnego dnia pojechałyśmy rowerem do magicznego miejsca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ponieważ po prostu nigdy nie studiuję miejsc, do których jeżdżę. To zawsze muszą być spontaniczne wyjazdy, tylko wtedy naprawdę można poczuć prawdziwy klimat.

Casela Velha wita rowerzystów dość stromym wzniesieniem, ale na pewno nie przyjechałyśmy tu po to, żeby jęczeć. Ale, O mój Boże! widoki z tej wioski są absolutnie nierealne. Jest to dość mała miejscowość położona na wybrzeżu i niezbyt popularna, ale dlaczego? to pytanie, które zostawię bez odpowiedzi, ponieważ chcę, aby tak zostało.

13392134_10208244982755763_2853042883027925690_o

Na środku placu stoi piękny, wybielony kościół. Jest tam też jedna malutka kawiarnia prowadzona przez przesympatyczną panią. Ale my jak to my poszłyśmy na…. cmentarz. Widzieliście kiedyś portugalski cmentarz? Nie? Cóż, następnym razem, gdy tam będziecie, zróbcie to. To jest absolutnie konieczne. Ten tak naprawdę nie ma grobów. Wszędzie są ściany z małymi kwadratowymi okienkami. A te okna są pięknie zdobione; niektóre ze zdjęciami lub pamiątkami, inne mają miniaturowe firanki i wyglądają jak prawdziwe malutkie domki dla zmarłych.

C znalazła małego kotka i pobiegła za nim jak szalona. Spacerowałam dookoła, zaglądając do tych niezwykłych „domów” i myślałam sobie o tych ludziach; czy byli szczęśliwi, żyjąc tutaj, w tym malutkim raju? Czy urodzili się w Caseli? Czy ich rodziny spędziły tu przed nimi wieki? Cóż, takie zwyczajne pytania egzystencjonalne, tylko że tutaj, było to jakieś magiczne. Ale kot wskoczył na jedną ze ścian, pozostawiając moją córkę dość zdesperowaną, więc aby uratować świat przed Jej łzami, musiałam działać szybko i proponując wyzwanie w formie czegoś nowego i jeszcze niezbadanego.

Rzeczywiście było to wyzwanie, tylko że dla mojego biednego i już obolałego ciała. Tuż przy bramie na cmentarz znajdują się schody… no aaaaaaaaaaaaaaaaaaalle jaaaaakkkkiiiiieeee schody…

Casela Velha jest bliżej Taviry, jednego z największych miast w okolicy, plaża jest już podzielona na dwie części przez wody morskie, jednak w regionie Tavira jest całkowicie oddzielona przez rzekę. To jeden z powodów, dla których w końcu zdecydowałem się pojechać trochę dalej w kierunku Hiszpanii, ponieważ dostęp do plaży w tej części jest bezpośredni, podczas gdy wokół Taviry trzeba wziąć łódkę, co może być trochę kłopotliwe podczas podróży na własną rękę z małym dzieckiem.

I tak zostawiłyśmy nasz pojazd wraz z naszymi zapasami żywności całkowicie niezabezpieczony przed kościółkiem – ale tak serio, kto odważyłby się ukraść rower z fotelikiem dla dziecka spod kościoła, prawda? 🙂 Wzięłam to moje dziecko w ramiona i zeszłyśmy na dół, nawet nie odważając się liczyć schodów. A na dole czekała na nas malutka plaża z malutką łódką i złocistożółtym piaskiem.

13433188_10208244983835790_9141276289980043257_o

Rower szczęśliwie czekał na nas tam, gdzie go zostawiłyśmy. Droga powrotna do hotelu wyglądała jeszcze piękniej niż w przeciwnym kierunku. Śliczne domy z sadami wabiły nas swoimi pochylającymi się od ciężaru owoców gałęziami obsypanymi idealnymi pomarańczami.

Pani w recepcji uśmiechnęła się do nas i jednocześnie spojrzała na sprzątaczkę, aby ta miała się na baczności. Cóż, tego ranka poplamiłyśmy jedną z ich uroczych poduszek w holu i wszyscy wydawali się całkowicie przerażeni, że możemy to zrobić ponownie. Właściwie plama była wielkości paznokcia. Zdarza się, że dziecku spadnie kawałek kiełbaski podczas śniadania. A poduszka była ładnie wyprana i teraz wyglądała jak nowa 🙂

Zdecydowałyśmy, że nie wiedzą, o co w życiu chodzi, uśmiałyśmy się z głębi serca i ruszyłyśmy przed siebie, by kupić kolację w restauracji i zjeść ją na balkonie naszego ładnego pokoju.

… na tym samym balkonie, na którym spędzałam noce, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i słuchając szumu morza…

Ta podróż ma swój koniec… … ale jeszcze nie teraz 🙂

Na razie

Ania

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Angielską wersję znajdziecie tutaj:

Lisbon – a panty frenzy

For all the lazy-daisies that don’t like to read, there’s a podcast here: Lisbon – a panty frenzy.

This image has an empty alt attribute; its file name is lisbon-old-city-map.jpg
Old Map of Libon, source: internet

It was AD 2004. I decided to spend New Year in Amsterdam (the only better New Year’s Eve open air parties happen in Kraków). I know, the subject addresses the south of Europe, I know. But this is where the whole thing started.

I was only in my early 20s and together with some old girlfriends we got a supply of champagne and with these in hands, headed for the Dam Square. Music played wild, people from all over the world stoned, locked and barely standing, were trying to hold on to the last bits of dignity. Some American dude took out a tiny flat metal flask of whiskey (or whisky – can’t tell at this stage), like those seen in old western movies, and offered me a sip. We then danced and sang for a while until he most likely fell and people stepped him into the cobblestones, although I hope not.

At that time though, midninght was nearing and some good looking strangers popped around to offer their best wishes. They spoke funny I thought but then everybody spoke funny at midnight on the New Year’s Eve in Amsterdam. Especially that the main drug supply is literally one street away and is biiiig.

And that’s how I met Pedro and Milton, whom I then met a few times yet in Kraków as they totally fell in love with this city and I totally can’t blame them!

So these two were from Portugal. I think that was all we managed to learn about each other that night 🙂 But we took the time to exchange the phone numbers. It was the pre-smart phone era, imagine that!

And from here to there and through a few catchups, we discussed the beauty of their mother land. I’d studied plenty about the architecture and fell in love with plateresco and azulejos a long while before that. Hence one day the time has finally come to go and visit that land of the cliffs, ocean, amazing food, the best hand made shoes and that fab architecture!

The first spot on the list was Lisbon, Pedro and Milton’s headquarters I heard so many beautiful stories about and dared to believe they were true.

The first thing you see from the aircraft window on approach to LIS (IATA code for Lisbon airport) is the Tagus River. Huuuuge, the largest on the Iberic Peninsula in fact, and cutting the city into halves. Thankfully there once lived Mr Vasco Da Gama, who as we know dropped the beliefs of the world being a turtle and the waters ending once you travel to the edge of its shell and dared to risk his own and the lives of his crew to travel around Africa to reach India. And so in his name, we now have a wonderful bridge built, as well as the shopping centre, in the Parque das Nacoes district. Vasco da Gama bridge is the longest bridge in Europe, a great ride but there is a small toll fee to be paid.

Parque das Nacoes is the newest district of Lisbon where also the most beautiful Oceanarium, I personally have ever visited so far, is located. Other than that, the cable car ride is a must.

Another famous bridge is the Bridge of the 25th of April, just by the Belem Tower on the other side of the old town. It is looked after by Jesus himself (Sanctuary of Christ the King). Yep, one that looks just like the one in Rio. It’s a San Francisco and Rio mix 🙂

The city is huge. Administrationally it is divided into bairros (quarters) and each of these is like a different world altogether. The prettiest are obviously the oldest ones and every centimeter is a great spot for a photo. See some below from around Rua Augusta (main street with Arch of Triumph leading to the port) Baixa, Alfama, Alto, Chiado.

The apartment we rented for 3 days is situated on Rua dos Funceiros hence literally in the most historical part of town. As such, walking was the best way to get around and I totally reccommend it as there is an incredible number of places one can reach on foot. If not a fan of walking, especially that Lisbon is a rather hilly city, there are the old beautiful trams to catch there. How could anyone miss a ride! But this way, you are sure to miss all these fabulously colorful shops with hand made shoes and clothes that would be so passe if worn here in Ireland. Ah the fashion mentality in sunny places is set on colors and cottons and craft. Ah ah ah….

Lisbon 12th century Cathedral – Metropolitan Cathedral of Saint Mary Major

Situated on a little hill, on the way to the Sao Jorge Castelo hence you may want to visit both places in one day, although the latter requires a bit of stamina so not for the faint hearted! Well… the tram will take you there.

As for the cathedral, it is the oldest church in town, survived many earthquakes hence is now an architectural mix however do not miss out and visit inside. You will step into the underworld of this building. Literally! Layers of excavated ruins are uncovered and open for the visitors.

Apart from that, the church is majestic, feels heavy but its darkness gives out warmth and calmness. The beautifully designed in shapes and colors stained glass windows are a must to absorb.

The Castle of San Jorge – the walk up this hill may be a tough one, but the views on the way are priceless. You walk through Alfama, the oldest part of the city. Azulejos (colorful painted tiles specific to Portugal, not always blue despite of their name, azul – blue) cover everything; houses, sheds, windows, doors, pavements even, thresholds. Azulejo Madness.

Clothes hanging on the ropes outside the windows, higher, lower, in between tangled with each other and spread between the walls of various houses. Loundry seems to be a Cosa Nostra in here it looks like 🙂 Wonder if they confuse their underpants on occasion 😀

Anyways, once you leave the ascent behind you, you enter a courtyard. Kinda like a small orange tree garden. Ha! only that this garden gives you a vew on the entire city pretty much. Everything was within the sight of the kings here and no wonder that for centuries Portugal was among the richest and most powerful countries.

The curent size and shape comes from the Christian rulers however the original building had been erected here in the 12th century by the Moorish. And it is not the first or the last one of those in Portugal. The country is sprinkled with the ruins but also fully standing proofs of the Moorish power. It is thanks to them that we can now enjoy the fascinating architecture of the alcazars and decorative palaces.

The Moorish is the name given by the Christians to the Berberic tribes, later also Muslims that came from the african region of Mauretania (parts of current Algier, Morocco, Namibia) and occupied Italy, Malta, Spain, Portugal, even parts of France for some eight centuries.

Bairro Alto and Fado in Chiado for the exhausted, hungry and thirsty…

Alto means high and high it is. But the cheeky Lisbonians knew how to deal with that problem. Bairro Alto and Chiado, are situated higher than Baixa, and the two former ones are the main hosts of the city nightlife.

Once occupied by the sailors and merchants back in 15th century. If you recall Jaques Brell’s “Amsterdam” (eh my Amsterdam again :), you know how the sailors party! So if you do, you will know that walking up tired and then down drunk is not the safest of things to undertake, especially in the late hours of the night.

Here comes Elevador de Santa Justa, the only vertical elevator linking the mentioned quarters. There are others in the city: Elevador da Glória and Elevador do Lavra, but they are parallel (diagonal in fact) rope trains more so.

It was the 1980s that marked the beginning of the era of nightlife in this part of the city. You can traverse the steep cobbled streets, take a ride on the da Bica funicular, visit the magnificent Church of St. Rocha and enjoy the views from the Miradouro de São Pedro de Alcântara garden. The area is packed with various types of bars, cafes, pubs, clubs, fado houses, restaurants, snack bars, bars with rock, latino and electro music, places for dancing and for enjoying a drink in peace. Anyone will find something for themselves. We for instance, found plenty of cool looking and extremely photogenic hydrants 🙂 but other than that, a wonderful micro bar which enchanted us for almost entire length of the night. You would literally squeeze max 10 people standing into it hence many simply drink outside, but the best thing here is the cheese… OMG it is just lying there next to a bread loalf, a roll of that soft sheep milk cheese. And so you just drink, eat and talk and that’s about it but it feels like literally nowhere else in the world.

And as for the fado… hmmm I call it portuguese jazz 🙂 Something you get to enjoy during your dinner here:

Dear Lisboa…

So long for now… but I will be back!

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00

Or enter a custom amount


Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly