Solna Góra Sukcesu – Bochnia

Posłuchaj podcastu: Solna Góra Sukcesu – Bochnia

Here you can find an English version: Salzberg of Success – Bochnia

Prawdopodobnie słyszeliście o górze lodowej sukcesu, na której cała niewidzialna ciężka praca znajduje się pod powierzchnią wody, a jedyna widoczna część, rzeczywisty sukces, jest tylko wierzchołkiem góry.

Źródło: internet

Taka jest historia Bochni.

Bochnia to miasto, które podobnie jak Rzym czy Lizbona położone jest na siedmiu wzgórzach. Jest to najstarsze miasto Małopolski i jedno z najstarszych w Polsce. Położone nad rzeką Rabą, otaczającą miasto od północy, znajduje się zaledwie rzut kamieniem od najwyższych polskich gór w regionie Zakopanego, na granicy ze Słowacją.

Pierwsza zachowana wzmianka o osadzie pod nazwą Bochnia (“Bochegna”) pochodzi z 1198 roku, w której jerozolimski patriarcha Monachus potwierdził nadanie soli z tego miejsca przez rycerza o nazwisku Mikor Gryfit, klasztorowi Zakonu Bożogrobców z Miechowa.

Kopia dokumentu, w którym Po raz pierwszy wspomniana jest Bochnia, Źródło: internet

Oczywiście wspomniana tu sól odnosi się do soli odparowywanej, pozyskiwanej w Bochni ze słonych źródeł znanych już w neolicie. Uważa się, że polska nazwa Bochni wywodzi się od słowiańskiego słowa “bohy”, które oznacza bagna, mokradła. Powodem tego może być to, że pierwsze solanki i warzelnie znajdowały się na takich właśnie obszarach wokół rzeki Babica – drugiej rzeki, która przepływa przez centrum miasta.

Miasto położone było wzdłuż bardzo ważnych szlaków handlowych. Biorąc to pod uwagę i zdolność do wytwarzania tak ważnego w dawnych czasach produktu, jakim była sól, powszechnie stosowanego na całym świecie jako środek konserwujący wszystkie rodzaje żywności, jakie można sobie wyobrazić, najprawdopodobniej zawsze by się rozwijało. Jednak odkrycie soli kamiennej w 1248 roku na zawsze zmieniło jego historię.

Legenda głosi, że Mały Bolesław, znany później jako Wstydliwy, przyszły władca Polski, który niestety bardzo wcześnie stracił swego królewskiego ojca, często odwiedzał Królestwo Węgier. Bawił się tam z młodszą od niego o kilka lat księżniczką Kingą i razem delektowali się uroczymi, słonymi w smaku naleśnikami.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego w domu, w Polsce nie mieli tak uroczych naleśników. Jego rosyjska matka, Grzymisława, wyjaśniła mu, że niestety w Polsce nie ma soli kamiennej, a ilości soli produkowanej przez odparowanie wody, wystarczają tylko na zaspokojenie ważniejszych spraw.

Mały przyszły król nie mógł przestać o tym marzyć. Nie pragnął niczego więcej, jak tylko pewnego dnia nakarmić swój lud tak smacznymi naleśnikami.

Kiedy oboje dzieci dorosło, książę Krakowa i Sandomierza, Bolesław Wstydliwy, poprosił węgierską księżniczkę Kingę o rękę. Przenieśli się do Krakowa i zamieszkali na Wawelu.

Jednak przed ślubem Kinga poprosiła swojego ojca, króla Belę IV, aby nie wręczał jej wartościowych rzeczy, ponieważ są one przepełnione ludzkimi łzami i potem. Nie chciała też służby, ponieważ był to znak dumy. Pragnęła daru soli, ale nie dla siebie. Chciała tego dla swych ludzi.

Pewnej jesieni król Bela IV zaprosił młodą parę w odwiedziny. Niestety Bolesław nie mógł przyjechać, ale Kinga była bardzo podekscytowana ponownym spotkaniem z rodziną. Po drodze poświęciła mnóstwo czasu na modlitwy w wielu przydrożnych kaplicach.

Po przybyciu i rozpakowaniu młoda księżniczka poprosiła ojca o przejażdżkę po królestwie, szczególnie chciała zobaczyć kopalnie soli. Pojechali do najbogatszej kopalni Siedmiogrodu w Marmaroszu (wtedy Węgry, dziś Rumunia), którą dobrze pamiętała z czasów dzieciństwa.

Stojąc tam i bawiąc się kryształami soli, posmutniała i pomyślała, jak ten minerał mógłby zmienić życie ludzi w jej nowym kraju. Jej ojciec zauważył jej smutek i wiedział, że nie może zrobić nic lepszego, jak tylko podarować jej tę kopalnię.

W tym momencie Kunegunda (Kinga) podeszła do szybu solnego, zdjęła z palca cenny pierścionek zaręczynowy i wrzuciła go bezpośrednio do szybu. Pierścień zniknął w głębi otchłani. Niezwykłe światło pojawiło się jednak w tej ciemności.

W drodze powrotnej do Krakowa po raz kolejny nie przegapiła żadnej z przydrożnych kaplic, upewniając się, by w każdej z nich zostawić kryształ soli z kopalni w Marmaroszu. Była tak pochłonięta swoimi modlitwami, że przez całą drogę nie przemówiła ani słowa na głos.

Po przybyciu wyznała Bolesławowi, że poświęciła swój pierścionek dla większych bogactw. Następnie poprosiła go, aby towarzyszył jej w małej przejażdżce konnej. Przybyli do pięknej wiejskiej okolicy, gdzie ludzie byli wyjątkowo mili.

Byli w Bochni. Bolesław wyjaśnił, że obszar ten obfitował w słone źródła zwane solankami i to stamtąd miejscowa ludność pozyskiwała warzoną sól poprzez odparowywanie wody. Niestety, ostatnio nie udało się uzyskać soli z tych źródeł pomimo pogłębiania studni solankowych.

Księżna krakowska nie wyglądała jednak na zmartwioną. Wręcz przeciwnie, jej oczy zaczęły błyszczeć i kiedy zobaczyła piękny ogród, za zgodą jego właściciela, szewca, poprosiła o wykopanie w tym miejscu studni.

Kiedy łopaty uderzyły w twardą skałę, mężczyźni myśleli, że to kamień i że nic innego tam nie można znaleźć. Jeden z górników zauważył jednak, że to wcale nie skała, tylko sól kamienna. I podał grudkę księżnej.

W tej bryle soli był pierścień. Ten sam cenny pierścionek, który Kinga wrzuciła do szybu solnego kopalni podarowanej jej przez ojca.

15 marca 2022 r., Bochnia przywitała wspaniały 3,2-tonowy, nowy posąg autorstwa Czesława Dźwigaja, przedstawiający Legendę o Pierścieniu św. Kingi. Znajduje się on przed szybem Sutoris, który jest jednym z pierwszych szybów bocheńskich, a niektórzy uważają, że to ten sam, w którym znaleziono pierścień.

Źródło: Tomasz Stodolny bochnianin.pl

A zaledwie w lipcu zeszłego roku Chloè i ja siedziałyśmy sobie na tym małym placu, jedząc najlepsze pączki, jakie ten świat kiedykolwiek wyprodukował, w otoczeniu mas gołębi i myśląc, jak puste jest to miejsce i jak by fajnie było, na przykład, postawić tam posąg… 🙂

Bardziej realistyczna wersja opowieści jest taka, że być może odkrycie soli kamiennej nastąpiło przez przypadek, w wyniku nadmiernego pogłębiania studni solankowych przez Wierzbięta Gryfita – ówczesnego właściciela terenu.

Tak czy inaczej, na początku nie było łatwo uruchomić tutaj wydobycia, zarówno z technicznego, jak i finansowego punktu widzenia. Dokonano tego w 1251 roku, kiedy to do Bochni sprowadzono cystersów z Wąchocka, aby to oni zarządzali budową pierwszego szybu w celu umożliwienia wydobycia soli kamiennej na dużą skalę.

Widząc zyski pochodzące z kopalń, 27 lutego 1253 r. w Korczynie, Bolesław Wstydliwy nadał osadzie liczne przywileje. Miasto zostało ulokowane pod nazwą Salzberg – Góra Solna – Bochnia, na prawie magdeburskim, które było w dawnych czasach jednym ze stylów projektowania miast. Trochę jak taki szablon, który można było wykorzystać do aranżacji ulic, stworzenia siatki głównych funkcji i stanowisk miasta, itp. Obie nazwy są wymienione w akcie fundacyjnym, ponieważ wielu nowych osadników pochodziło z regionu Śląska, historycznie mieszanego regionu, bogatego głównie w węgiel, z której też przyczyny był on powodem odwiecznych walk pomiędzy Polakami i Prusami.

Kopalnia była magnesem dla każdego, kto mógł zarabiać na soli, rzemiośle i handlu związanym z jej wydobyciem. Mieszkańcom okolicy płacono nawet za osiedlanie się w tym regionie. Pierwszy cech powstał w 1316 roku. W latach największej świetności miasta było ich 13.

Żadne inne miasto w Polsce nie otrzymało przywilejów podobnych do tych, które otrzymała Bochnia. Sam Kraków nie był jeszcze nawet miastem przez kolejne cztery lata, a sąsiednia Wieliczka, która obecnie jest chyba najsłynniejszą z polskich kopalni soli, była tylko maleńką wsią, marzącą o odkryciu soli w jej okolicy.

Kopalnia Soli w Bochni jest najstarszą kopalnią soli w Polsce.

Położona na szlakach handlowych z Europy Zachodniej na Ruś i Azję Mniejszą oraz z Węgier nad Morze Bałtyckie, Bochnia została włączona do handlu międzynarodowego, stając się ważnym ośrodkiem tranzytowym.

Okres świetności miasta to czas panowania króla Kazimierza Wielkiego. Ten wielki władca zreorganizował żupę, nadając jej zarządzenie górnicze i rozbudowując zamek żupny, w którym wielokrotnie przebywał wraz ze swoim dworem. Z jego inicjatywy w 1357 roku powstał pierwszy w Polsce szpital-przytułek dla chorych górników. Miasto, które w tym czasie liczyło około 3000 mieszkańców, otoczone było murami obronnymi, a radni miejscy sprawowali urząd w okazałym, gotyckim ratuszu na rynku.

29 maja 1871 roku odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika króla trzymającego statut wiślicki. Wysoką na ponad dwa metry, wyrzeźbioną w wapieniu pińczowskim przez znanego rzeźbiarza Walerego Gadomskiego, postać wielkiego króla umieszczono na neogotyckiej kolumnie, na której cokole znajdują się kamienne płaskorzeźby przedstawiające nadanie owych statutów wiślickich, fundację Akademii Krakowskiej, godło polskie i inskrypcję; “Królowi chłopów, ich dobroczyńcy, Strażnikowi Miast Kazimierzowi Wielkiemu, Bochnia 1871”.

Król Kazimierz Wielki

Na uroczystości obecny był sam Jan Matejko, jeden z najwybitniejszych polskich malarzy. To właśnie za jego sugestią jego szwagier – ówczesny marszałek powiatu Leonard Serafiński opracował plan upamiętnienia wielkiego króla.

Bochnia kwitła pomiędzy XIV a XVI wiekiem, do tego stopnia, że już wtedy miała miejski wodociąg. Bogactwo miasta przyniosło ze sobą również kulturę i rozwój. Odwiedziło je wielu królów polskich, m.in.: Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary z Boną i ich synem Augustem, a także król Stefan Batory. W średniowieczu i renesansie wielu artystów, w tym malarzy, pisarzy czy złotników, było zatrudnianych albo przez miasto, albo w pobliskim zamku w Nowym Wiśniczu, o którym wspominam w innym wpisie na blogu, popatrzcie tutaj:

Różnorodne i bogate księgozbiory oraz działająca od końca XIV wieku szkoła parafialna, związana z Akademią Krakowską, obecnie Uniwersytetem Jagiellońskim, świadczyły o wysokim poziomie wykształcenia bocheńskich mieszczan.

Niestety wszystkie te świadectwa świetności Bochni i bogactwa jej mieszkańców nie przetrwały do naszych czasów. XVII wiek był dla Bochni serią nieustannych nieszczęść: epidemie, przemarsze wojsk, podpalenia, rabunki.

W połowie XVII wieku w czasie wojen szwedzkich zniszczeniu uległy fortyfikacje miejskie, kościół parafialny i ratusz. Wojska szwedzkie pozostały w Bochni, plądrując ją doszczętnie. Dewastację kontynuowały wojska siedmiogrodzkie Franciszka Rakoczego, a później Kozacy. W wyniku tych zdarzeń, w 1664 roku w mieście przetrwały tylko 54 domy.

Początkowa degradacja świetności Bochni przerodziła się w jej ostateczny upadek. Miastem wstrząsnęły kolejne pożary, ale najbardziej niszczycielski ze wszystkich był regres Żupy – jak nazywamy tu sól kamienną, do którego doszło w wyniku zaniedbań w eksploatacji złóż i kradzieży dokonywanych przez administratorów kopalni.

Źródło: muzeum-bochnia.pl, Karol Fleckhammer, Bochnia. Fragment przekroju pierwszego poziomu kopalni, 1777

W lutym 1772 r. wojska rosyjskie zajęły Bochnię, a w czerwcu tego samego roku, w wyniku I rozbioru (było ich jeszcze 2), Polska została rozdarta między Rosję, Niemcy i Austrię i zniknęła całkowicie z map Europy do 1918 r. Austriacy, czy też Habsburgowie, jeśli wolicie, przejęli kontrolę nad południową Polską. Region ten znany był wówczas jako Galicja.

Po wielu buntach, Bochnianie w końcu zaczęli widzieć odrodzenie swojego miasta na początku XIX wieku.

Gimnazjum założone w 1817 roku przyczyniło się do intelektualnego odrodzenia Bochni. Później biskupstwo tynieckie i seminarium miały swoją tymczasową siedzibę w mieście. Pod koniec XIX wieku, w 1856 roku została utworzona linia kolejowa Wiedeń – Kraków – Dębica, biegnąca przez Bochnię.

W tym okresie budowano nowe domy, kształtujące reprezentacyjne ulice. W 1908 roku powstał jeden z najnowocześniejszych miejskich wodociągów w Galicji, a w późniejszych latach miasto zostało skanalizowane. Zmodernizowano także kopalnię soli, ale szybki rozwój konkurencyjnych soli galicyjskich sprawił, że nigdy nie odzyskała ona dawnego znaczenia.

Bochnia na przełomie wieków rozkwitała pod względem życia kulturalnego. W 1886 roku powstała pierwsza biblioteka publiczna. W 1913 roku otwarto pierwsze stałe kino.

Samo miasto Bochnia oraz jego okolice były świadkami walk między wojskami austriackimi i rosyjskimi podczas I Wojny Światowej. Armia rosyjska niechlubnie wpisała się w historię miasta licznymi grabieżami i krwawymi morderstwami.

W grudniu 1939 r. w Bochni miała miejsce jedna z pierwszych nazistowskich egzekucji w Polsce, gdzie okupant zastosował zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Atak ruchu oporu na posterunek niemieckiej policji zakończył się powieszeniem dwóch przywódców na słupach latarnianych przed budynkiem policji, a 52 innych zastrzelono w grupowej masakrze na Uzborni.

Łapanki, deportacje do obozów koncentracyjnych i deportacje na roboty przymusowe w Niemczech były codziennością dla każdego, kto tam żył, bez względu na korzenie. A skoro już o tym mowa, w Archiwum Miejskim znajduje się fascynujący zbiór nazwisk Bochnian. Kiedyś spędziłam godziny na ich przeglądaniu i nie mogłam uwierzyć w różnorodność pochodzenia mieszkańców Bochni i okolic.

Żydów w Bochni było wielu, a ci, którzy wierzyli, że udało im się przetrwać najgorsze, zakończyli swoje egzystencje w krwawej likwidacji getta żydowskiego w 1943 roku. Znajduje się tu dobrze zachowany i chroniony cmentarz żydowski, którego zwiedzanie można wcześniej zorganizować za pośrednictwem biura Muzeum Bocheńskiego. Niestety, musi pozostać zamknięty, ponieważ został zbezczeszczony i zdewastowany przez Niemców, którzy zniszczyli lub zabrali wiele nagrobków. Cmentarz ten był miejscem licznych egzekucji Żydów i miejscem pochówku pomordowanych zarówno w getcie, jak i poza nim.

Istnieje przewodnik po tym miejscu napisany przez Panią Iwonę Zawicką.

Źródło: internet

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Bochnia powiększyła swoją powierzchnię i populację i obecnie zajmuje około 30 kilometrów kwadratowych i liczy około 30 000 mieszkańców. Jest siedzibą władz powiatu bocheńskiego i wchodzi w skład województwa małopolskiego.

Dzisiaj, odwiedzając kopalnię, zapisujesz się na prawdziwą ucztę. Około 2,5 – 3 godzin marszu, pomiędzy 60 a 212 metrem pod powierzchnią chodnika 🙂

Źródło: muzeum-bochnia.pl, Jeden z wielu planów podziemnych wyrobisk bocheńskiej kopalni w zbiorach Muzeum w Bochni

Turyści rozpoczynają zejście windą przy szybie Campi, który pochodzi z XVI wieku i jest najbardziej odległym ze wszystkich szybów w Bochni. 12 lat zajęło przekopanie się przez ukryte warstwy mokrej gleby, aby znaleźć tutaj bogate złoża soli kamiennej. Początkowo nosił on nazwę Fajgel, od nazwy budowniczego szybu, ale później, ze względu na swoje odległe położenie na obrzeżach miasta, wziął obecną nazwę Campi od łacińskiego słowa campus – pole.

Znajduje się tu restauracja i mały sklep z pamiątkami, w którym można wybierać między prawdziwymi dziełami sztuki wykonanymi z soli, w tym lampami i rzeźbami solnymi.

To również tutaj można odwiedzić Osadę Siedmiu Oraczy, skansen, który ożywia czasy wczesnych osad w regionie.

Jest jedna główna zasada podczas wizyty w kopalni – idziesz z grupą i podążasz za swoim przewodnikiem.

Wycieczka rozpoczyna się krótką przejażdżką pociągiem, który po starych torach kopalnianych dowozi Was do kaplicy św. Kingi, gdzie często odbywają się msze, nawet Pasterki, i gdzie absolutnie wszystko jest zrobione, z soli lub drewna. Możecie wziąć tutaj ślub lub ochrzcić swoje dziecko, jeśli chcecie.

Górnicy byli bardzo religijnymi ludźmi. Rodzaj niebezpieczeństwa, które można było napotkać tylko w kopalni, doprowadził do powstania tu szczególnego rodzaju religijności. Spacerując, można zobaczyć obrazy świętych wciśnięte w nisze skalne i religijne ryciny na niektórych ścianach.

Kaplice powstawały na głównych szlakach komunikacyjnych, których było wiele. Kaplica św. Kingi jest największą i najlepiej zachowaną ze wszystkich kaplic w bocheńskiej kopalni. Do 1782 roku, nazwana Nową Kaplicą Aniołów Stróżów, była to niewielka nisza o wymiarach 1,65 m na 1,65 m, wydrążona w 1747 roku w północnej podłużnej zatoce Szybu August na głębokości 212 metrów pod ziemią. Później kaplica była kilkakrotnie poszerzana. Ślady postępu prac górniczych widoczne są w postaci wyżłobień na suficie i ścianach. Wystrój wnętrz zawdzięczamy pracy profesjonalnych artystów, a także utalentowanych górników.

Praca górnika w kopalni soli nie była łatwa. Jak również niezwykle niebezpieczna. Największymi wrogami górników były: woda, która oczywiście musiała być odprowadzana non stop i niestety nie raz, ani dwa zalała szyby. Sól, jak wiemy, rozpuszcza się w wodzie, ale zanim do tego dojdzie, mięknie, zamieniając ściany w zacier. Na niektórych moich zdjęciach zauważycie małe obszary białej soli. Powstały one w wyniku nacieków wody. Formacje te wyglądają jak małe stalaktyty. To, co widzicie na ścianach i sufitach oraz to, co jest szare, to prawdziwa sól kamienna, minerał wart więcej niż złoto.

Kolejnym wrogiem jest metan.

Spacerując po licznych tunelach, głęboko pod “światem”, który w slangu górników oznacza poziom miasta, weźmiecie udział w interaktywnej wycieczce, podczas której historie opowiadane są przez hologramy królów, rzemieślników i górników, którzy odwiedzali, pracowali i wpływali na bocheńską kopalnię soli na przestrzeni wieków. Przewodnicy opowiedzą Wam również o bardziej szczegółowych i bardzo interesujących faktach. Jeden z nich dotyczy poszukiwaczy metanu, których zadaniem było znalezienie źródeł wszelkich wycieków i oczywiście byli oni kamikaze górniczego biznesu, ponieważ w momencie, gdy znaleźli owe źródło metanu, najprawdopodobniej kończyli swoje życie właśnie tam.

Metan był i do dziś pozostaje najniebezpieczniejszym źródłem większości poważnych katastrof górniczych. Jednak obecnie jest on również wykorzystywany jako źródło energii. W związku z tym wiele kopalń instaluje dziś generatory energii, które gromadzą, absorbują i przekształcają metan w coś pozytywnego. Jeszcze jedno, po wodzie, wietrze i energii słonecznej, genialne źródło energii dane nam za darmo przez Matkę Ziemię.

Konie były ważnym źródłem siły w kopalniach. W Bochni, jak wszędzie indziej na świecie, na stałe mieszkały pod ziemią, tak długo dopóki nie były już w stanie wykonywać pracy. A praca była ciężka.

Istniały dwa rodzaje koni, które pracowały w kopalniach. “Niższe konie” były używane do ciągnięcia ciężkich przedmiotów i dostępu do obszarów, w których niemożliwe było użycie maszyn lub gdzie ludzie nie radzili sobie. Ciągnęły na przykład ciężkie bryły soli zwane “bałwanami”. W średniowieczu jeden z nich mógł Wam kupić wioskę.

W Polsce często mówimy “pracować jak w kieracie”. Kierat był ogromną konstrukcją opartą na kole, do którego przywiązywano konie. Następnie spędzały one codzienność, aż do końca swojego istnienia, chodząc w kółko i ciągnąc ów kierat, którego główną funkcją było zwykle odwadnianie kopalni. Te konie zwane były “kieratne”.

Poniżej możecie zobaczyć kilka zdjęć koni, które pracowały w Kopalni Soli w Wieliczce. Zdjęcia pochodzą z archiwów tej kopalni.

Konie pracowały w polskich kopalniach aż przez pięć wieków. Oficjalnie zostały wycofane z przemysłu wydobywczego na mocy rozporządzenia z 1956 roku. W niektórych kopalniach pozostały one jednak dłużej, jak wyjaśniono, “aby pomóc górnikom pracować w miejscach, w których nie ma szans na wprowadzenie maszyn”. Przykładem jednego z takich koni jest Baśka, ostatni koń, który opuścił polskie kopalnie, po tym jak spędziła 13 lat życia 135 metrów pod ziemią Wieliczki, miasta sąsiadującego z Bochnią.

Źródło: Archiwum Kopalni Soli w Wieliczce

Basia wyszła na światło dzienne 14 marca 2002 roku. Miała wtedy 16 lat i przez kolejne 13 lat mieszkała w sanktuarium wśród swoich końskich przyjaciół. Zmarła w grudniu 2015 roku.

W Bochni Kuba był ostatnim koniem, który opuścił kopalnię, ale to było 40 lat wcześniej niż Baśka, w 1961 roku.

Nie jest jednak jasne, kiedy konie zaczęły pracować pod ziemią w polskich kopalniach. Niektórzy twierdzą, że miało to miejsce na początku XVI wieku, czego dowodem może być wzmianka o koniach “kieratne” (tych, które ciągnęły kieraty, często usytuowane na wyższych poziomach kopalń lub nawet nad ziemią) i “niższych” (pracujących na niższych poziomach) koniach w “Opisie żupy krakowskiej” z 1518 roku.

Pan Józef Charkot, kustosz Muzeum Żup Krakowskich w Wieliczce mówi:

W XVI wieku w wielickim odłamie przebywało łącznie około 30 do ponad 90 zwierząt. W ciągu następnych dwóch stuleci liczba tych zwierząt w wielickiej salinie znacznie przekroczyła sto. Ilości te nie były duże, jeśli porównamy je z liczbą koni pracujących w śląsko-krakowskich kopalniach rudy. W połowie XVI wieku w samym Olkuszu pracowało około 600 koni – głównie na kieratach melioracyjnych – a w Tarnowskich Górach 700 koni.

W 1782 roku w Wieliczce transport podziemny obsługiwał tabor składający się z 60 koni, a kieraty obsługiwało na powierzchni 46 koni. Z kolei w Bochni pracowało odpowiednio 20 i 40 zwierząt. Ulepszone konstrukcje kieratów na przełomie XVIII i XIX wieku oraz pogłębione szyby dzienne umożliwiły bezpośredni transport soli na powierzchnię, nawet z najniższych wówczas pięter kopalni. Zmiany te zmniejszyły zapotrzebowanie na “konie niższe”, ale zasadniczy przełom w tej kwestii nastąpił dopiero w latach 60. XIX wieku, kiedy to rozpoczęto budowę podziemnej kolei i montaż maszyn wyciągowych parowych nad szybami.

Po II wojnie światowej konie pomagały górnikom jedynie przy pracach remontowych i w miejscach trudnych do wprowadzenia mechanizacji. W tym okresie wielicka żupa solna początkowo trzymała pod ziemią cztery konie, jednak od lat 70. XX wieku ich liczba spadła do dwóch, a następnie do jednego – Baśki. Również cztery konie znajdowały się w latach 50. XX wieku w podziemiach bocheńskiej kopalni. Ostatni z nich, Kuba, zakończył tam służbę w 1961 roku.

Konie, które pracowały w kopalniach, prawie nigdy nie opuszczały podziemi żywe. Tylko w nietypowych sytuacjach. Często też ślepły.

Podziemne stajnie są zachowane i zostały przekształcone w małe miejsce piknikowe, w którym można również dowiedzieć się o codziennym życiu zarówno ludzi – na ziemi i pod ziemią – jak i koni kopalnianych. Zachowano również tzw. drogi konne – bezpieczne szlaki komunikacyjne budowane specjalnie dla tych zwierząt pomiędzy poziomami kopalni – aby zachować pamięć o zwierzętach, które przez wieki pomagały górnikom w ich trudnej pracy i w zamian były przez nich bardzo kochane.

Wspomniałam już o geologicznej wyjątkowości Polski, która leży w obrębie Transeuropejskiej Strefy Szwów. Zobaczcie mój wpis na blogu o nazwie A Shaky Story, klikając tutaj na wspomniany tytuł.

Ruchy górotwórcze są bardzo dobrze widoczne na terenie Komory Chrystian i Komory Ważyn w bocheńskiej kopalni. Na poniższych zdjęciach zauważycie pęknięte patyki, które zostały umieszczone między masywami skalnymi, aby udowodnić istnienie naprężeń tektonicznych.

Sól nie jest już wydobywana w Bochni. Tylko znikome ilości, które są przeznaczone na pamiątki, takie jak lampy solne i kosmetyki, posiadające właściwości soli Epsom, które są prawdopodobnie lepiej znane.

Sól kamienna jest również świetnym materiałem rzeźbiarskim i w Bochni znajdziecie piękne dzieła sztuki, zarówno nad, jak i pod ziemią.

To miasto ma o wiele więcej do zaoferowania, a obecnie przechodzi niesamowitą metamorfozę. Czuję wielkie przebudzenie w powietrzu. Bochnia naprawdę na to zasługuje. Historia jej sukcesu jest pełna łez i bólu. Salzberg – Solna Góra Sukcesu, która, swoją drogą wraz z moją Mamusią, sprowadziła na ten świat nikogo innego tylko mnie… 🙂

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonateDonate

Studnia bez dna czyli Nowy Wiśnicz

Jak zawsze, poniżej podcast dla tych, którym nie chce się czytać: Studnia bez dna czyli Nowy Wiśnicz

(Zdjęcie w tytule: M. Tabor – Zamek w Nowym Wiśniczu na tle Tatr)

Nowy Wiśnicz to miasteczko nie małe, ale i nie wielkie a poszczycić się może zamkiem, domem i rodziną Jana Matejki, jednym z najbardziej strzeżonych więzień w Polsce w poklasztornych budynkach no i wiśnickim liceum plastycznym znanym w całym kraju.

Wszystkie te miejsca udało mi się zobaczyć od środka i zdecydowanie polecam przejażdżkę w te okolice.

Będąc jeszcze w liceum, wymyśliłam sobie którejś zimy, że koniecznie muszę pomieszkać chwilę w przyszkolnym internacie. Jedna z dziewczyn w mojej praktycznie męskiej klasie pomieszkiwała tam właśnie i tak się składa, że dzieliła pokój z dziewczyną uczęszczającą do wiśnickiego “plastyka”, czyli liceum plastycznego.

Spędziłyśmy sobie fantastyczną zimę dzieląc pokój we trzy. Zakończenie pobytu przyszło jednak szybko i niespodziewanie po tym, kiedy to kierowniczka któregoś dnia weszła do pokoju, a jedna z odwiedzających koleżanek (z innego pokoju) nie wytrzymała i puściła mega pawia do kosza, centralnie pod nosem kobiety 😀 No ale cóż, dlatego ma się 17 lat, czyż nie?

Zanim zima dobiegła końca, udało mi się jeszcze przedostać cichaczem do plastyka i popodglądać co tam się wyprawia. A wyprawia się wiele. Artystów od liku, z całej Polski. Jedni malują, inni rzeźbią, jeszcze inni tworzą arcydzieła ceramiczne. To tu po raz pierwszy zobaczyłam kiln czyli piec do wypalania ceramiki. Bomba. Nie jednego Jezuska i dzwoneczek ulepiłyśmy razem z gliny 🙂

Mniej więcej w tym samym okresie udało się nam również zrobić coś innego niezwykłego. Koleś, który hajtnął się z córką kolegi z pracy mojego taty, okazał się być świeckim katechetą. Los chciał, że zatrudnił się w liceum, do którego uczęszczałam. Zajęcia z etyki były niezwyczajne i któregoś dnia pojawił się w klasie niezwyczajny człowiek. Jego nazwiska już nie pamiętam, ale zajmuje się on resocjalizacją więźniów z wiśnickiego więzienia.

Zakład Karny w Nowym Wiśniczu to zamknięty zakład karny dla recydywistów. Kary 30 lat do dożywocia. Zakład podlega dyrektorowi okręgowemu Służby Więziennej w Krakowie.

Służba Więzienna zatrudniona w tutejszej jednostce zajmuje się w dużym stopniu resocjalizacją. Prowadzone są programy readaptacyjne, w których udział bierze grupa osadzonych wyselekcjonowana ze względu na określony problem (nadużywanie substancji psychoaktywnych, przemoc domową, problemy z kontrolowaniem emocji, itp). Rocznie około 80 osadzonych bierze udział w kursach zawodowych organizowanych na terenie jednostki w różnych zawodach, głównie budowlanych. Skazani mają możliwość podjęcia pracy na terenie zakładu karnego, oraz na rzecz firm prywatnych.

Wiśnicki zakład karny mieści się w budynkach odziedziczonych po klasztorze Karmelitów Bosych. Wybitne dzieło wczesnego baroku. Wzniesiony na wzgórzu, góruje z sąsiadującym Zamkiem nad całą miejscowością. Klasztor został ufundowany przez Stanisława Lubomirskiego (1583-1649), jako dar wdzięczności za zwycięstwo pod Chocimiem w 1621 r.

W skład zespołu klasztornego wchodzą: budynek klasztorny, kościół Chrystusa Zbawiciela oraz fortyfikacje bastionowe.

Kasatę Klasztoru Karmelitów Bosych ogłosił dekretem z 1783 r. cesarz Józef II. Budynki klasztorne przeznaczono na ciężkie więzienie, a od 1786 roku mieścił się tu również sąd i mieszkania sędziów. Tutaj przyszedł na świat malarz Juliusz Kossak, syn sędziego sądu karnego Michała.

W 1939 roku na początku II  Wojny Światowej, po opanowaniu Polski przez Niemców, więzienie zostało wykorzystane na obóz koncentracyjny- do czasu założenia obozu w Auschwitz.

Kościół klasztorny był systematycznie dewastowany a potem rozebrany. W 1940 Niemcy, aby uczcić aneksję Danii urządzili imprezę na wzór germańskiego święta Walpurgii. Część kościoła została, wówczas spalona. W 1944 r. odbito tutaj więźniów politycznych.

Wiśnickie więzienie funkcjonuje w różnych formach od ponad 230 lat. Dramatycznym wątkiem najnowszej historii jednostki był bunt więźniów i zajęcie zakładu w 1989 roku. Dzięki negocjacjom podjętym przez kierownictwo więzienia bunt skazanych zakończył się bezkrwawo.

W latach 1990, a później 2014-15 skanalizowano budynek, wykonano termomodernizację całego obiektu, doprowadzono centralne ogrzewanie do każdej celi mieszkalnej, wymieniono oświetlenie na nowoczesne czyniąc go nie tylko bardziej funkcjonalnym, ale przede wszystkim tańszym w eksploatacji, a w roku 2020 oddano do użytku nowy pawilon penitencjarny, w którym znajduje się 60 czteroosobowych cel mieszkalnych. 

Z tamtego dnia pamiętam tylko kilka rzeczy. Staliśmy pod bramą więzienia – grupa ok. 25 – ciu siedemnastolatków z trzema lub czterema opiekunami ze szkoły. Wokół nas uzbrojeni zamaskowani strażnicy. W którymś momencie wyszedł jakiś wielki facet z dzikim spojrzeniem. I akurat popatrzył na mnie. Byłam przerażona, mimo że to pewnie był tylko jeden ze strażników, ale atmosfera była raczej ciężka i kiedy zobaczyłam, że podszedł do budki telefonicznej to moja wyobraźnia wymyśliła sobie, że z pewnością był to jakiś niebezpieczny koleś, którego akurat właśnie wypuścili po 30 latach… no sami wiecie… adrenalina.

I wtedy zabzyczało. Otworzono zewnętrzne metalowe drzwi i wysoki starszy pan zaprosił nas do środka. I znowu zabzyczało. Tylko, że teraz byliśmy już w środku. Panika. Kazali nam oddać dowody osobiste i zatrzymali je w takim małym biurze po prawej stronie, gdzie siedział sobie jakiś facet. Po kilku minutach cała nasza grupa przeszła przez kolejną bramę na wielki dziedziniec pod otwartym niebem. Znowu za nami zabzyczało.

Prosto przed nami piękne wielkie obrazy zamku wiśnickiego, który znajduje się zaledwie może kilometr stąd. Wielu spośród więźniów to utalentowani ludzie. Po lewej zabudowania starego klasztoru.

Patrzymy na pozostałości kaplicy. Pan “klawisz” opowiada nam historię tego miejsca. Mówi o kościach, które przez lata przypadkiem znajdowano na dziedzińcu przy okazji mniejszych lub większych remontów. Ponoć były czasy w okresie powojennym kiedy to w czasie gry w piłkę nożną gdzieś na piaszczystym dziedzińcu można było zahaczyć butem o wystającą z ziemi kostkę….

Nagle, po lewej stronie pojawia się grupa więźniów. Już nie pamiętam czy byli w jakikolwiek sposób skuci chociażby kajdankami. Prowadzili ich pracownicy więzienia. Nasz “pan przewodnik” powiedział, że ta akurat grupa szła bodajże do pracy tudzież na jakieś zajęcia. Niestety już nie pamiętam.

Obecnie w wiśnickim więzieniu jest 678 miejsc dla penitencjariuszy, a pełni w nim służbę 224 funkcjonariuszy Służby Więziennej i 30 pracowników cywilnych, w tym 7 nauczycieli.

W 1978 roku powołany został Zespół Szkół przy ZK Nowy Wiśnicz. Średnio w każdym roku szkolnym kształci około 100 osadzonych na poziomie Liceum Ogólnokształcącego, Zasadniczej Szkoły Zawodowej o kierunku monter-elektronik i blacharz,  a od roku szkolnego 2012/2013 powołano Gimnazjum. Po zakończeniu nauki w szkole średniej osadzeni mają możliwość przystąpienia do egzaminu maturalnego, który odbywa się na ogólnych zasadach, jak w szkołach wolnościowych.

Historie opowiadane przez “klawiszów” dozorujących w tym więzieniu są różne. Nasz pan przewodnik kulał troszeczkę. Któregoś dnia oberwał bodajże metalowym prętem od jednego z więźniów w okolicę karku, co uszkodziło jego kręgosłup i doprowadziło do permanentnej dysfunkcji ruchowej.

Od resocjalizatora już wcześniej słyszeliśmy o zupełnie szalonych przypadkach, gdzie ludzie potrafili sobie nawet gwoździe wbijać do głowy między płaty mózgowe, byle tylko dostać się poza mury np. do szpitala i stamtąd próbować ucieczki.

Po takich opowieściach weszliśmy do jednego z pomieszczeń z celami. Tylko na chwilę oczywiście, ale było to raczej nieprzyjemne doświadczenie. W takich momentach człowiek naprawdę zastanawia się nad tym czym my ludzie jesteśmy i jak to możliwe, że takie miejsca w ogóle istnieją i że są de facto zapełnione. Kto ponosi winę? Rodzice? System?

Jakiś czas temu obejrzałam film “Mustang” o więźniach, którzy w ramach resocjalizacji oswajali dzikie mustangi. Spodobała mi się inicjatywa, chociaż oswoić mustanga oznacza uwięzić go, więc taki raczej paradoks. Została mi jednak w pamięci jedna scena, gdzie psycholożka zapytała po kolei każdego z uczestników spotkania ile lat są już w więzieniu, ile im jeszcze zostało oraz ile czasu minęło każdemu z nich pomiędzy podjęciem decyzji o dokonaniu czynu a jego wykonaniem. I wiecie co powiedziała większość z tych mężczyzn? Czyn został dokonany w przeciągu sekund, a kara trwa często całe życie.

Polecam artykuł “Klątwa bycia recydywistą” by móc spojrzeć na tą kwestię z różnych perspektyw.

Niektórzy twierdzą, że wiśnicki klasztor połączony był niegdyś podziemnymi tunelami z zamkiem Kmitów i Lubomirskich, (który orzeczeniem sądu w Tarnowie z 2009 roku został odebrany Lubomirskim i przekazany Skarbowi Państwa). Takie tunele nie byłyby pewnie niczym nadzwyczajnym i niespodziewanym biorąc pod uwagę, iż klasztor powstał na zlecenie panów Lubomirskich. Nikt jednak z obecnych zamkowych pracowników nie potwierdza tego faktu. Nie istnieją ponoć żadne dokumenty tudzież plany, które przychyliłyby się owej teorii.

Źródło: mapa.livecity.pl

Z  Wiśniczem związana jest też legenda o „lotnikach”, która opowiada o zatrudnionych przy budowie fortecy (prawdopodobnie klasztoru, skoro to on był ufundowany po owym zwycięstwie) jeńcach tureckich lub tatarskich, wziętych do niewoli podczas bitwy pod Chocimiem.

Mieli oni próbować ucieczki przy pomocy skonstruowanych przez siebie skrzydeł. Oczywiście żadnemu z nich się to nie udało, a w miejscach, gdzie spadli, ustawiono wysokie, kamienne kolumny, zwieńczone krzyżami.

Zamek wiśnicki, jakżeby inaczej, od zawsze służył jako swoista galeria sztuki dla artystów z pobliskiego plastyka. Kiedy byście się tam nie pojawili, sztuka będzie Wam towarzyszyć na każdym kroku, jak również wystawy o tematyce historycznej, np. niedawno zakończona wystawa replik strojów dziecięcych z okresu XVII do XIX w. itp.

Może nie wszystkim wiadomo, iż królowa Bona, na co dzień zamieszkująca wzgórze wawelskie, była częstym gościem w Wiśniczu. Ówczesny Pan na Zamku, Piotr Kmita herbu Szreniawa był lojalnym stronnikiem Bony. Podobno to właśnie tutaj i właśnie na polecenie Bony, Piotr Kmita podał Barbarze Radziwiłłównie, żonie syna Bony, Zygmunta II Augusta, truciznę o powolnym działaniu. Królowa Bona nienawidziła bowiem swej synowej.

Barbara Radziwiłłówna będąc księżną litewską była poddaną króla polskiego. Po śmierci swego pierwszego męża, nawiązała płomienny romans z młodym królem polskim, Zygmuntem Augustem, a on poślubił ją w sekrecie. Nazywano ją nierządnicą litewską, wyliczając jej rzekomych kochanków. Wybuchł wszechobecny skandal.

Pomimo tej niespokojnej atmosfery w kręgach królewskich, Zygmunt August robił wszystko, by jego ukochana małżonka została koronowana. Stało się to na pół roku przed jej śmiercią, poprzedzoną ciężką chorobą. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. W końcowej fazie choroby ponoć piękne ciało Barbary pokryło się wrzodami i zaczęło wydzielać nieprzyjemną woń do tego stopnia, że nikt ze służby nie chciał jej usługiwać. Barbara zmarła w mękach.

Jej duch ukazuje się czasem w komnatach zamku w Nowym Wiśniczu. A ci, którzy nie mieli okazji jej jeszcze zobaczyć mogą to uczynić za pomocą projekcji VR czyli wirtualnych okularów, gdzie odbywacie lot po wnętrzach zamku, spotykając również jego mieszkańców.

Pogardzana i niezrozumiana przez naród przepiękna Barbara była wielką miłością Króla, tak wielką, iż korzystając z czarów Mistrza Twardowskiego chciał on ściągnąć ją z zaświatów.

Najsławniejszy czarnoksiężnik Krakowa, Jan Twardowski był alchemikiem. Pracował nad wynalezieniem kamienia filozoficznego, który umożliwiłby przemianę dowolnego metalu w złoto. Potrafił też odmładzać i leczyć choroby. To ponoć on usypał położoną niedaleko Krakowa Pustynię Błędowską.

Swoją wiedzę i znajomość magii zawdzięczał Twardowski diabłu, któremu zaprzedał duszę podpisując cyrograf. Chciał jednak przechytrzyć czarta, więc do cyrografu dodał paragraf mówiący o tym, że diabeł może zabrać jego duszę do piekła jedynie w Rzymie, którego przez długie lata mistrz starannie unikał.

Zyskał bogactwo i sławę stając się dworzaninem króla Zygmunta II Augusta, który po śmierci ukochanej małżonki Barbary otoczył się astrologami, alchemikami i magami.

Któregoś dnia zgłosili się do Mistrza Twardowskiego bracia Mniszkowie, proponując Wielkiemu Magowi worek dukatów za przywołanie z zaświatów ducha Barbary Radziwiłłówny. Jej widok miał pocieszyć Króla Zygmunta w jego przeogromnej żałości i uchronić go przed wyniszczającą depresją.

Twardowski poprosił o kilka dni na zastanowienie się. Będąc już w swojej komnacie, wyjął z szuflady czarnoksięską księgę otrzymaną kiedyś od Diabła Trzeciaka. Coś błysnęło i z otwartej księgi wyskoczył niewielki koziołek, który w oka mgnieniu zamienił się Diabła i pokłonił się swemu Panu. Diabelska moc nie była jednak w stanie przywrócić zmarłego zza światów, a tym bardziej, że Barbara wcale do piekła nie trafiła. Twardowski miał zatem problem bo w niebie to już w ogóle wtyków nie miał. Postanowił więc ująć się podstępu.

Bracia Mniszkowie sprowadzili piękną mieszczkę – Barbarę Giżankę. Kobieta ta była niczym lustrzane odbicie Barbary Radziwiłłówny. Do ociemnionej komnaty wprowadzono króla, a przed nim umieszczono lustro, nad którym Mistrz Twardowski czynił magiczne znaki.

Kiedy zegar wybił północ, w lustrze ukazała się niewiasta, do złudzenia przypominająca ukochaną żonę króla. Widok ten tak Zygmuntem wstrząsnął, że zemdlał. Wydarzenie to widocznie uspokoiło królewskie nerwy i mimo, że wciąż nosił żałobne szaty, mniej rozpaczał po Barbarze.

Twardowski i królewski pokojowiec Mniszek nie mieli jednak zamiaru poprzestać na tym. Po kilku tygodniach, ten drugi przedstawił królowi Barbarę Giżankę. Król oszalał na jej punkcie i stała się ona jego niekoronowaną królową. Miała na niego tak ogromny wpływ, iż panowie dworu postanowili się jej pozbyć. By tego uniknąć, król posłał całą rodzinę na Podlasie a sam, schorowany udał się do rezydencji w Knyszynie, gdzie zmarł. Ciało króla ponoć jeszcze nie wystygło, a Giżanka i jej rodzina już rabowali całe królewskie mienie do tego stopnia, że nie było nawet czym przykryć ciała ostatniego z Jagiellonów.

Nie ma pewności co do tego kto wywiózł lustro Twardowskiego do kościoła w Węgrowie. Niektórzy twierdzą, że on sam uciekając przed zemstą Mniszków, inni że ochmistrz Zamku Królewskiego w Warszawie podarował je swemu bratu, proboszczowi parafii, który to skropił je mocno wodą święconą znając historię wywoływania ducha Radziwiłłówny.

Pewnego razu miejscowy kościelny spojrzał w owo lustro i miast własnego odbicia ujrzał straszliwą maszkarę. Bez zastanowienia uderzył w nie ciężkim pękiem kluczy i zwierciadło pękło.

Ksiądz proboszcz kazał je wynieść do zakrystii i zawiesić jak najwyżej, tak by nikt już nigdy nie mógł go dosięgnąć i się w nim przejrzeć.

A Twardowski? Pewnego dnia trafił do karczmy o niefortunnej nazwie… „Rzym”. Ponoć to ta sama, w której można się do dziś najeść i napić w Suchej Beskidzkiej. Jednak gdy zniecierpliwiony diabeł przybył tam po jego duszę, Twardowski wskoczył na koguta i wzbił się w niebo! Podobno wciąż siedzi na Księżycu i tęskni za Krakowem, a jego służący w postaci pająka raz na miesiąc odwiedza miasto, by zebrać najświeższe ploteczki.

Źródło: internet

Posłuchajcie jak nasz wieszcz Adam Mickiewicz o tym pisał: Pani Twardowska – Ballada. Oczywiście jak zwykle kobieta uratowała facetowi tyłek….

Jedna z komnat na wiśnickim zamku skonstruowana jest w taki sposób, że będąc w jednym jej kącie, można usłyszeć nawet bardzo cichą rozmowę odbywającą się w przeciwległym rogu pomieszczenia. W dawnych czasach pokój ten służył do spowiedzi. To tutaj Lubomirski podsłuchiwał spowiedzi swej małżonki. I o ile wyżej wspomniane ciekawostki mogą mieć w sobie mniej lub więcej prawdy, ta akurat jest prawdziwa, a testu dokonałam osobiście.

Ciekawostką na Zamku jest również tzw. trasa Nietoperzy – tajemne podziemne przejście, gdzie znajduje się wystawa narzędzi tortur.

Nie mogę się powstrzymać przed wspomnieniem jeszcze jednej niesamowitej rzeczy, o której mało kto wie, a która jest wyjątkową spuścizną historii polskiej i można się jej przyjrzeć z bliska właśnie w Wiśniczu, mianowicie pompa funebris.

Przepięknie o tej tradycji opowiada Radosław Gajda z kanału Architecture is a good idea:

Pogrzeby szlacheckie na ziemiach Rzeczypospolitej pełne były przepychu, dostojeństwa i ostentacyjnie manifestowanego bogactwa. Sama ceremonia pogrzebowa, zazwyczaj trwała wiele dni i była wydarzeniem z pogranicza teatru. Zmarły, miał się przypatrywać temu widowisku, w którym wychwalano jego i jego zasługi, więc jeszcze za życia fundował sobie portret trumienny, z którego mógł obserwować ową imprezę. Zobaczcie jak to wyglądało. Ten ciekawy zwyczaj opiszę innym razem, bo jest naprawdę niezwykły.

Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum „Zamek Opalińskich” w Sierakowie.
Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum
„Zamek Opalińskich” w Sierakowie Źródło: Wikipedia

Wybrałam się na wirtualną przechadzkę po zamku i udało mi się zrobić fotkę właśnie kilku obrazów trumiennych, które wystawione są w Wiśniczu. Spójrzcie:

Tak się składa, że moja ostatnia ogniskowo-kiełbaskowo-alkoholowa impreza jaką pamiętam odbyła się tuż pod wiśnickim zamkiem. Miałam 19 lat i bodajże tydzień albo 2 później wyjeżdżałam na wakacje do Irlandii. No! Troszkę mi się te wakacje przeciągnęły do szesnastu lat 🙂 no cóż….

Wiśnicz i otaczające go okolice, na przykład Bochnia, o której możecie poczytać lub posłuchać w moim artykule: Solna Góra Sukcesu – Bochnia, są tak bogate w spuściznę kultury, sztuki i historii, że jeszcze Wam o tym poprzynudzam nie raz. Studnia bez dna.

Na razie pozdrawiam,

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

A well with no bottom – New Wiśnicz

For the non readers 🙂 – a podcast here: A well with no bottom – New Wiśnicz

(Title photo: M. Tabor – Castle in Nowy Wiśnicz with Tatry mountains in the background)

Nowy Wiśnicz is a village that’s neither big nor small. You can however find a variety of super interesting places out there: a castle, house and descendants of Jan Matejko – one of the most famous of Polish painters, one of the most guarded prisons in Poland located in post-monastery buildings and a Wiśnicz high school of fine arts known throughout the country.

I managed to see all these places from the inside and I definitely recommend a ride to this area.

When still in high school, one winter I came up with this ingenious idea to live in a school boarding buildings for a while. One of the girls in my practically male class lived there and it so happens that she shared a room with a girl attending “plastyk”, the art high school in Wiśnicz.

Three of us spent a fantastic winter sharing a room. The end of the stay however came quickly and unexpectedly when the manager entered our room one evening, and one of the visiting colleagues (from another room) could not hold it in and let go of a mega puke into the first bin bucket she managed to locate. And all that right under the nose of the woman…

Before winter came to such an abrupt end, I managed to sneak into that art school in Nowy Wiśnicz and become a part of  what was going on there. And a lot was going on in there. Artists from all over Poland. Some painters, others sculptors, yet others potters, making ceramic masterpieces. It was here where I saw a kiln for firing ceramics for the first time. Awesomeness. We made more than one Jesus and a Christmas bell together out of clay there. 🙂

Around the same time, we also managed to do something else unusual. The guy who got hooked with the daughter of a colleague of my dad’s from work, turned out to be a lay catechist. As fate would have it, he got a job at the high school I attended. Ethics classes were unusual, and one day an unusual man appeared in the classroom. I do not remember his name anymore, but he deals with the rehabilitation of prisoners from the Wiśnicz prison.

The Penitentiary in Nowy Wiśnicz is a closed prison for repeat offenders. Sentences of 30 years to life imprisonment. The department reports to the district director of the Prison Service in Kraków.

Who are considered the qualifying offenders according to the Polish Penal Code can be found here: Polish Penal Code

The Prison Service employed in the local unit deals, to a large extent with resocialization. There are readaptation programs in which a group of inmates selected for a specific problem (substance abuse, domestic violence, problems with controlling emotions, etc.) participates.

Annually, about 80 inmates take part in professional courses organized on the territory of the unit in various professions, mainly construction. Convicts have the opportunity to work in a penitentiary and for private companies outside the prison. All convicts have the opportunity to use the common rooms, and with the consent of the Director and after a positive opinion of the doctor, from the room for recreational activities. During the summer, sports activities are conducted. There is a well-equipped library as well as a Roman Catholic chapel, where services are celebrated, and in addition, the convicts hold meetings with representatives of other churches and religious associations.

The Wiśnicz penitentiary is located in buildings inherited from the monastery of the Discalced Carmelites. An outstanding work of the early Baroque. Erected on a hill, it towers, together with the neighboring Castle, over the entire village. The monastery was founded by Stanisław Lubomirski (1583-1649) as a gift of gratitude for the victory at Chocim in 1621.

The monastery complex includes: the monastery building, the church of Christ the Saviour and bastion fortifications.

You can read more about this building and, above all, see beautiful photographs here: The monastery that became a prison

The dissolute of the Discalced Carmelite Monastery was proclaimed by a decree of 1783 by Emperor Joseph II. The monastery buildings were intended for a heavy prison, and from 1786 it also housed a court and judges’ apartments. It was here that the painter Juliusz Kossak, the son of the judge of the criminal court Michał, was born.

In 1939, at the beginning of World War II, after the Germans took over, the prison was used for a concentration camp – until the Auschwitz camp was founded.

The monastery church was systematically devastated and then demolished. In 1940, the Germans held a party modeled on the Germanic holiday of Walpurgis to celebrate the annexation of Denmark. Part of the church was burned at that time. In 1944, political prisoners were recaptured here.

The Wiśnicz prison has been operating in various forms for over 230 years. A dramatic thread of the recent history of the unit was the rebellion of prisoners and the seizure of the institution in 1989. Thanks to the negotiations undertaken by the prison management, the riot of the convicts ended bloodlessly.

In 1990, the buildings were canalized and central heating installations were brought to each residential cell.

In the years 2014-15, using external means, thermal modernization of the entire facility was carried out, the lighting was replaced with modern ones, making it not only more functional, but above all cheaper to operate.

In 2020, a new penitentiary pavilion was put into use, in which there are 60 four-person residential cells.

I only remember a few things from that day. We were standing at the prison gate – a group of about 25 – seventeen-year-olds with three or four guardians from the school. Around us armed masked guards. At some point, a big guy came out. Had a wild look on him. And he just out of nowhere suddenly looked at me. I was terrified, even though it was probably only one of the guards, but the atmosphere was rather heavy and when I saw that he went to the phone booth, my imagination went wild too and in my head he was certainly some dangerous guy they had just released after 30 years behind the bars… well, you know… adrenaline.

And then we suddenly heard buzzing. A huge heavy outside metal door was opened and a tall old man invited us inside. And then it buzzed again. Only now we were inside. Panic. They told us to give up our ID cards and left them in a small office to the right, where one guy was sitting. After a few minutes, our whole group passed through another gate to a large courtyard under an open sky. It buzzed behind us again.

Straight ahead we saw huge beautiful paintings of the Wiśnicz Castle, which is only maybe a kilometer away. Many of the prisoners are talented people. On the left, the buildings of the old monastery.

We look at the remains of the chapel. Mr. “klawisz” (a slang way to call the prison guard) tells us the story of this place. He talks about bones that for years could accidentally be found in the courtyard on the occasion of smaller or larger renovations, etc. Apparently, there were times in the post-war period when, while playing football, somewhere in the sandy courtyard, you could stumble on a bone protruding from the ground….

Suddenly, a group of prisoners appears on the left. I don’t remember if they were handcuffed even. They were led by prison staff. Our “Mr. Guide” said that this particular group was probably going to work or to some classes. Unfortunately, I don’t remember anymore.

Currently, there are 678 places for penitentiaries in the Wiśnicz prison, and 224 officers of the Prison Service and 30 civilian employees, including 7 teachers.

In 1978, the School Complex at ZK Nowy Wiśnicz was established. On average, in each school year, it educates about 100 inmates at the level of the High School, the Basic Vocational School in the field of electronics fitter and tinsmith, and since the school year 2012/2013 a Gymnasium has been established.  After completing their secondary school education, inmates have the opportunity to obtain the leaving cert. The exam is held on general principles, as in libertarian schools.

The stories of the guards in this prison are pretty shocking. Our Mr. Guide limped a little. One day, he was hit with a metal bar by one of the prisoners into the neck area. This damaged his spine and led to permanent motor dysfunction.

From the resocializer we have already heard (prior to that) about completely crazy situations, where inmates could even insert nails into their heads between the brain lobes, just to get outside the walls, e.g. to the hospital and try to escape from there.

After such stories, we entered one of the pavillions with cells. Only for a moment, of course, but it was a rather unpleasant experience. In such moments, one really wonders what we humans are and how it is possible that such places exist at all and that they are de facto filled up. Who is to blame? Parents? System?

I once watched the movie “Mustang” about prisoners who tamed wild mustangs as part of rehabilitation. I liked the initiative, but to tame a mustang means to imprison it, so it’s a bit paradoxical. However, I remember one scene where the psychologist asked each of the participants of the meeting how many years they were already in prison, how much time they still had left and how much time it took each of them between making the decision to perform the act and its execution. And you know what most of those men said? The act was done in seconds, and the punishment often lasts a lifetime.

I recommend an article “The Curse of Being a Repeat Offender” to be able to look at this issue from a different perspective.

Some claim that the Wiśnicz monastery was once connected by underground tunnels with the Kmit and Lubomirski castle (which by the court ruling in Tarnów in 2009 was taken away from Lubomirski family and handed over to the State Treasury). Such tunnels would probably not be unusual and unexpected considering that the monastery was built at the request of the Lubomirski lords. However, none of the current castle employees confirms this fact. Apparently, there are no documents or plans that would support this theory.

Wiśnicz is also associated with the legend of “aviators”, which tells about Turkish or Tatar prisoners employed in the construction of the fortress (probably a monastery, since it was founded after this victory), taken hostage during the Battle of Chocim.

They were to try to escape with the help of wings constructed by themselves. Of course, none of them succeeded, and in the places where they fell, tall, stone columns were set up, topped with crosses.

The Wiśnicki Castle, how else, has always served as a kind of art gallery for artists from the nearby art school. No matter where you go there, art will accompany your every step, as well as historical exhibitions, e.g. the recently ended exhibition of children’s costumes from the seventeenth to the nineteenth century, etc.

A beautifully told story of the creation of the castle can be found here: History of Wiśnicz Castle

One of the chambers is constructed in such a way that being in one corner of it, you can hear even a very quiet conversation taking place in the opposite corner of the room. In olden times, this room was used for confession. It was here that Lubomirski eavesdropped on his wife’s confessions. And while the above-mentioned curiosities may contain more or less truth in them, this one is true, and I tested it personally.

An interesting fact at the Castle is also the so-called Bat Route – a secret underground passage, where there is an exhibition of torture instruments.

Maybe not everyone knows that Queen Bona, who resided on the Wawel Hill on a daily basis, was a frequent guest at the castle in Wiśnicz. The then Lord of the Castle, Piotr Kmita of the Szreniawa coat of arms, was a loyal supporter of Bona. Apparently, it was here, and at the behest of Bona, that Piotr Kmita gave Barbara Radziwiłłówna, the wife of Bona’s son, Sigismund II Augustus, a slow-acting poison. Queen Bona hated her daughter-in-law.

Barbara Radziwiłłówna, was a Lithuanian princess. At the time Lithuania was under the ruling of the Polish king. After the death of her first husband, she began a fiery affair with the young Sigismund Augustus, and he married her in secret. She was called a Lithuanian harlot with allegedly many secret lovers. A pervasive scandal broke out. However, despite this restless atmosphere in royal circles, Sigismund Augustus did everything to ensure that his beloved wife was crowned. This happened six months before her death, preceded by a serious illness. Doctors helplessly spread their hands. In the final phase of the disease, Barbara’s supposedly beautiful body was covered with ulcers and began to emit an unpleasant smell to such an extent that no servant wanted to look after her. Barbara died in torment.

The ghost of Barbara Radziwiłłówna sometimes appears in the chambers of the castle in Nowy Wiśnicz.

And those who have not yet had the opportunity to see it can do it with the help of a novelty which is VR projection using virtual glasses, where we take a flight around the interiors of the castle, also meeting its inhabitants.

Despised and misunderstood by the nation, beautiful Barbara was the King’s great love. So great that using the spells of Master Twardowski he wanted to bring her from the afterlife.

The most famous sorcerer of Kraków, Jan Twardowski, was an alchemist. He worked to invent the philosopher’s stone, which would make it possible to turn any metal into gold. He was also able to rejuvenate and cure diseases. Apparently, it was he who built the Błędowska Desert located near Kraków.

Twardowski owed his knowledge and knowledge of magic to the devil, to whom he sold his soul by signing a cyrograph. However, he wanted to outwit the devil, so he added a paragraph to the cyrograph saying that the devil could take his soul to hell only in Rome, which for many years the master carefully avoided.

He gained wealth and fame, eventually becoming a courtier of King Sigismund II Augustus, who after the death of his beloved wife Barbara surrounded himself with astrologers, alchemists and magicians.

One day, the Mniszko brothers reported to Master Twardowski, offering the Great Mage a bag of ducats for summoning the spirit of Barbara Radziwiłłówna from the afterlife. Its sight was to comfort King Sigismund in his icing sorrow and protect him from debilitating depression.

Twardowski asked for a few days to think. Once in his chamber, he took out of his drawer a sorcery book he had once received from the Devil Trzeciak. Something flashed and a small goat jumped out of the open book, which in the blink of an eye turned into a Devil that bowed to his Lord. The devil’s power, however, was not able to restore the deceased from other worlds, and even more so because Barbara did not go to hell at all. Twardowski had a problem because in heaven he did not have any plugs at all. So he decided to use a trick.

The Mniszko brothers brought a beautiful townswoman – Barbara Giżanka. This woman was like a mirror image of Barbara Radziwiłłówna. The king was brought into the dark chamber where a mirror was placed in front of him. Over that mirror, Master Twardowski made magical signs.

When the clock struck midnight, a woman appeared in the mirror, deceptively resembling the king’s beloved wife. This sight shocked Zygmunt so much that he fainted. This event apparently calmed the king’s nerves, and although he still wore mourning robes, he was less lamented by Barbara.

Twardowski and the royal peacekeeper Mniszek, however, had no intention of stopping there. After a few weeks, the latter introduced Barbara Giżanka to the king. The king went crazy for her and she became his uncrowned queen. She had such a huge influence on the king that the lords decided to get rid of her. To avoid this, the king sent the whole family to Podlasie and himself, sick, went to the residence in Knyszyn, where he died. Apparently, the king’s body had not yet cooled down, and Giżanka and her family were already robbing all the royal property to such an extent that there was nothing left to cover the body of the last of the Jagiellonians.

There is no certainty as to who took Twardowski’s mirror to the church in Węgrów. Some say that he himself, fleeing from the revenge of the Mniszko brothers, others that the servant of the Royal Castle in Warsaw gave it to his brother, the parish priest, who sprinkled it heavily with holy water, knowing the history of evoking the spirit of Radziwiłłówna.

Once, a local churchman looked into the mirror and instead of his own reflection he saw a terrible mascara. Without thinking he hit it with a heavy set of keys and the mirror cracked.

The parish priest ordered that it be taken to the sacristy and hung so high that no one could look into it again.

And Twardowski? One day he ended up in an inn with an unfortunate name… “Rome”. Apparently, it is the same one in which you can still eat and drink in Sucha Beskidzka. However, when the impatient devil came there for his soul, Twardowski jumped on the rooster and soared into the sky! Apparently, he is still sitting on the moon and longing for Kraków. Only his spider-like servant visits the city once a month to collect the latest gossip.

I can’t help but mention one more amazing thing, which few people know about, and which is a unique legacy of Polish history and you can take a closer look at it in Wiśnicz, namely the pompa funebris.

Radosław Gajda from the Channel Architecture is a good idea talks beautifully about this tradition: 

The video is in Polish however it is supported by plenty of visuals and therefore is quite easy to understand.

Noble funerals in the lands of Middle Age Poland were full of splendour, dignity and ostentatiously manifested wealth. The funeral ceremony itself usually lasted many days and was a very theatrical event. The deceased was supposed to watch this spectacle, in which he and his merits were praised, so while he was still alive he funded a coffin portrait from which he could observe this party. See below what it looked like. I will describe this interesting custom another time, because it is really unusual.

Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum „Zamek Opalińskich” w Sierakowie.
Sarkofagus of Jan Karol Opaliński in „Zamek Opalińskich” Museum in Sieraków, Source: Wikipedia

I went on a virtual walk around the castle and I managed to take a photo of just a few coffin paintings that are exhibited in Wiśnicz. Take a look:

It so happens that my last bonfire-sausage-alcoholic party that I remember took place just under the Wiśnicz castle. I was 19 years old and probably a week or 2 later I was going on holidays to Ireland. Yes! My vacation has dragged a little bit and became sixteen years long 🙂 well….

Wiśnicz and its surroundings are so rich in the legacy of culture, art and history that I will tell you about it more than once. Bottomless well.

For now – so long,

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Tu możesz poczytać po polsku:

Hejnał na deser z okazji 750-lecia lokacji Krakowa

Słuchaj podcastu tutaj:

Była to jedna z corocznych wizyt w domu rodziców niedaleko Krakowa. Był rok 2007. Wiadomo, kiedy się gdzieś mieszka lub często bywa to zwykle planowanie wycieczek w te miejsca nie jest sprawą oczywistą. No i tak też było tym razem. Pewnie gdzieś po drodze z Lotniska w Balicach mignęło nam przed oczami obwieszczenie o 750-leciu fundacji naszej Cracovii, więc nie można było takiej akcji w ogóle przepuścić!

Nie każdy wie o co z tym Krakowem chodzi. Jedni mówią, że to dwa miasta były, inni o smoku i Kraku, jeszcze inni o Wandzie, która Niemca nie chciała. Jest i Bazyliszek, no i Pan Twardowski oczywiście. No, legend aż się roi, ale gdzie tu iść i na co patrzeć kiedy 750-e urodziny się świętuje?

To proste, tam gdzie zawsze 🙂 Na Floriańską, w stronę Rynku a potem to już samo się idzie.

Tylko zanim wkroczycie w objęcia pozostałości średniowiecznych murów Krakowa, a dostaniecie się tam Bramą Floriańską, trzeba wam moi drodzy poznać budowlę nie zwyczajną; piękną i bogatą architektonicznie, będącą niezwykłą ozdobą Plant, ale przede wszystkim budowlą której funkcję mało kto rozumie, a już z pewnością mało kto ogląda od środka. A mianowicie Barbakan. Obecnie można zwiedzać od środy do niedzieli w godzinach 10-17

Barbakan w średniowiecznym Krakowie służył jako przedbrama do miasta. Wjazd do niego znajdował się po prawej stronie, nie od frontu, co w razie ataku umożliwiało ostrzał flankowy, czyli z boku. Jego głównym celem była obrona wjazdu do miasta. Warto stanąć przy murze Barbakanu i spojrzeć w górę. Zobaczycie tam prostokątne otwory, które również służyły celom obronnym, tak zwane machikuły, przez które można było atakujących polewać wrzącą smołą na przykład.

Średniowieczny Barbakan oraz mury Krakowa (źródło foto – wiki)

Miasto samo w sobie otoczone było murami, w których co jakiś czas pojawiała się wieża. Obecnie tych baszt pozostało tylko trzy: Pasamoników, Ciesielska i Stolarska, ponieważ niestety w XIX wieku nastąpiła tzw. burzymurka na ziemiach Rzeczypospolite,j w czasie której średniowieczne mury miasta Kraka nie zostały oszczędzone, poza widocznym fragmentem w okolicach Bramy Floriańskiej, do której wjeżdżało się kiedyś przez Barbakan i najstarszą bramą Rzeźniczą, która jest częścią zabudowań klasztoru na Gródku.

Kto przeszedł przez Bramę Floriańską już wie gdzie jest i dokąd podąża. A mianowicie prosto przed siebie, gdzie na horyzoncie jawi się sylwetka przepięknego Kościoła Mariackiego.

Na początek jednak mijamy mury, które obwieszone są rękodziełami i obrazami, kilka metrów dalej po lewej dom Jana Matejki, po prawej knajpa Pod Złotą Pipą, Hotel pod Różą, który był pierwszym hotelem w Krakowie i faktycznie zaczął swą karierę jako zajazd ze stajnią dla koni. Obecnie Hotel mieści się w dawnym, renesansowym pałacu Prospera Provany, dworzanina królowej Bony. Od XVII wieku przyjmuje najznamienitszych gości. Zatrzymywali się tu, między innymi, car rosyjski Aleksander I, wielki książę Konstanty, poseł perski do Napoleona – Mohamed Riza, Franciszek Liszt i Honoré de Balzac.
A przez kilka pięknych lat rolę jego kierownika sprawował jeden z moich ulubionych wykładowców na uniwersytecie, który kochał to miejsce ponad wszystko.

Na Floriańskiej malował też kiedyś fajne karykatury Włodek Gonczarenko. W życiu poza Floriańską, Włodek jest ukraińskiego pochodzenia malarzem o niezwykłym talencie, który wybrał Kraków na swój dom.

Grzechem byłoby zapomnieć o Gruzińskim Chaczapuri. na rogu z Marka. Restauracja ta pojawiła się za moich czasów studenckich i Lawasz, który tam robili normalnie roztapiał mózg. Niesamowita sprawa i mam nadzieję, że nadal można liczyć na jakość za dobre pieniądze.

Rocznica lokacji miasta Krakowa to jednak nie byle gradka i nie jakaś tam Noc Muzeów. To mega impra z darmowym wstępem do miejsc normalnie niedostępnych, artyści na ulicach, korowody, pochody, kwiaty, muzyka, fajerwerki. No ale przede wszystkich wszechobecna historia.

Niewiele jest miast, które poszczycić się mogą tytułem Europejskiego Miasta Kultury, gdzie średniowiecze miesza się z wiekiem XXI. Gdzie więcej artystów i studentów niż mieszkańców, gdzie łatwiej spotkać Żyda w tradycyjnym stroju i z pejsami zwisającymi spod kapelusza niż w Izraelu i gdzie jak się wychodzi z domu, to idzie się na pole 🙂

Wreszcie, kto słyszał, ten wie, że to w Krakowie, co godzinę cały Rynek wypełniają tłumy by zadrzeć głowy w górę i obserwować niezwykłe widowisko jakim jest hejnał z wieży mariackiej.

Wieża mariacka to oczywiście wieża Kościoła Najświętszej Marii Panny. Maria = mariacki

Legenda o hejnale mariackim nawiązuje do historycznych wydarzeń mających miejsce w 1241 roku, gdy oddziały tatarskie zaatakowały miasto Kraków. Średniowiecznym zwyczajem było czatowanie strażnika na wieży i ostrzeganie miasta w razie niebezpieczeństw. Legenda opowiada o czasach, gdy ziemie polskie były pustoszone przez Tatarów, którzy w pewnym momencie postanowili napaść na Sandomierz i Kraków.

Pewnego ranka, kiedy wszyscy w Krakowie jeszcze spali, wokół unosiła się gęsta mgła a półmrok wciąż nie ustąpił światłu dnia, hordy Tatarów podkradły się cichaczem pod mury miasta. Trębacz pracujący w Kościele Mariackim jak co dzień wybierał się na wieżę. Gdy był już na jej szczycie, przygotowując się do pracy ujrzał przed bramami miasta całe zastępy armii wroga. Czym prędzej postanowił ostrzec mieszkańców przed niebezpieczeństwem, trąbiąc w instrument z całych sił. Początkowo zaspani mieszkańcy miasta nie reagowali, jednak po chwili zrozumieli, że wzmożone trąbienie jest ostrzeżeniem.

Tatarzy rozgniewani czujnością hejnalisty przeszyli jego gardło strzałą z łuku urywając zawodzenie trąbki. Każdy, kto mógł, chwycił jednakże za broń i wkrótce rozpętała się prawdziwa walka o Kraków, której wojska wroga nie uniosły.

Pamięć o odwadze trębacza rozeszła się po świecie i od czasu najazdu Tatarów hejnał wygrywano z Hejnalicy na mariackiej wieży nieprzerwanie aż do końca XVIII wieku, kiedy to na jakiś czas konieczne było wycofanie funkcji hejnalisty z powodu braku możliwości finansowania takiego pracownika. Zwyczaj ten powrócił do Krakowa gdy prywatni darczyńcy – Tomasz i Julianna Krzyżanowscy ofiarowali w testamencie sporą sumę pieniędzy na utrzymanie trębacza. Od 1810 do 1939 roku hejnał znów zatem rozbrzmiewał bez przeszkód każdego dnia. Zakazano go jedynie w okresie okupacji hitlerowskiej. Po pewnym czasie Niemcy zgodzili się, by z wieży trąbiono o godzinie dwunastej i dziewiętnastej. Hejnał krakowski ma tak wielkie znaczenie dla Polaków, że w latach 20. XX wieku Polska Rozgłośnia Radiowa rozpoczęła zwyczaj bezpośredniej transmisji z wieży. Hejnał rozbrzmiewa zatem dokładnie tak samo jak tego pamiętnego dnia również w eterze, zawsze o godzinie dwunastej w południe.

Kiedy byłam małą dziewczynką i telewizja czarno-biała mnie nie kręciła (kolorowa też mnie wyjątkowo nie kręci) często słuchałam z mamą właśnie radia; hejnału i bajek czytanych dzieciom na antenie. To z tych oto czasów pochodzi cała moja wiedza życiowa. Ah no i te najpiękniejsze piosenki dla dzieci, których już nikt nie słucha.

A skoro mowa o Kościele Mariackim, to zapewne trzeba by wspomnieć o co najmniej trzech rzeczach. Mianowice: 1. Drewniany ołtarz w wykonaniu Wita Stwosza, 2. Żółta ciżemka i wreszcie 3. Polski gotyk.

Dlatego też ten kościół – legenda zasługuje na własną historię.

Tak więc do następnego razu!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

See the English version of this article here: