Studnia bez dna czyli Nowy Wiśnicz

Jak zawsze, poniżej podcast dla tych, którym nie chce się czytać: Studnia bez dna czyli Nowy Wiśnicz

(Zdjęcie w tytule: M. Tabor – Zamek w Nowym Wiśniczu na tle Tatr)

Nowy Wiśnicz to miasteczko nie małe, ale i nie wielkie a poszczycić się może zamkiem, domem i rodziną Jana Matejki, jednym z najbardziej strzeżonych więzień w Polsce w poklasztornych budynkach no i wiśnickim liceum plastycznym znanym w całym kraju.

Wszystkie te miejsca udało mi się zobaczyć od środka i zdecydowanie polecam przejażdżkę w te okolice.

Będąc jeszcze w liceum, wymyśliłam sobie którejś zimy, że koniecznie muszę pomieszkać chwilę w przyszkolnym internacie. Jedna z dziewczyn w mojej praktycznie męskiej klasie pomieszkiwała tam właśnie i tak się składa, że dzieliła pokój z dziewczyną uczęszczającą do wiśnickiego “plastyka”, czyli liceum plastycznego.

Spędziłyśmy sobie fantastyczną zimę dzieląc pokój we trzy. Zakończenie pobytu przyszło jednak szybko i niespodziewanie po tym, kiedy to kierowniczka któregoś dnia weszła do pokoju, a jedna z odwiedzających koleżanek (z innego pokoju) nie wytrzymała i puściła mega pawia do kosza, centralnie pod nosem kobiety 😀 No ale cóż, dlatego ma się 17 lat, czyż nie?

Zanim zima dobiegła końca, udało mi się jeszcze przedostać cichaczem do plastyka i popodglądać co tam się wyprawia. A wyprawia się wiele. Artystów od liku, z całej Polski. Jedni malują, inni rzeźbią, jeszcze inni tworzą arcydzieła ceramiczne. To tu po raz pierwszy zobaczyłam kiln czyli piec do wypalania ceramiki. Bomba. Nie jednego Jezuska i dzwoneczek ulepiłyśmy razem z gliny 🙂

Mniej więcej w tym samym okresie udało się nam również zrobić coś innego niezwykłego. Koleś, który hajtnął się z córką kolegi z pracy mojego taty, okazał się być świeckim katechetą. Los chciał, że zatrudnił się w liceum, do którego uczęszczałam. Zajęcia z etyki były niezwyczajne i któregoś dnia pojawił się w klasie niezwyczajny człowiek. Jego nazwiska już nie pamiętam, ale zajmuje się on resocjalizacją więźniów z wiśnickiego więzienia.

Zakład Karny w Nowym Wiśniczu to zamknięty zakład karny dla recydywistów. Kary 30 lat do dożywocia. Zakład podlega dyrektorowi okręgowemu Służby Więziennej w Krakowie.

Służba Więzienna zatrudniona w tutejszej jednostce zajmuje się w dużym stopniu resocjalizacją. Prowadzone są programy readaptacyjne, w których udział bierze grupa osadzonych wyselekcjonowana ze względu na określony problem (nadużywanie substancji psychoaktywnych, przemoc domową, problemy z kontrolowaniem emocji, itp). Rocznie około 80 osadzonych bierze udział w kursach zawodowych organizowanych na terenie jednostki w różnych zawodach, głównie budowlanych. Skazani mają możliwość podjęcia pracy na terenie zakładu karnego, oraz na rzecz firm prywatnych.

Wiśnicki zakład karny mieści się w budynkach odziedziczonych po klasztorze Karmelitów Bosych. Wybitne dzieło wczesnego baroku. Wzniesiony na wzgórzu, góruje z sąsiadującym Zamkiem nad całą miejscowością. Klasztor został ufundowany przez Stanisława Lubomirskiego (1583-1649), jako dar wdzięczności za zwycięstwo pod Chocimiem w 1621 r.

W skład zespołu klasztornego wchodzą: budynek klasztorny, kościół Chrystusa Zbawiciela oraz fortyfikacje bastionowe.

Kasatę Klasztoru Karmelitów Bosych ogłosił dekretem z 1783 r. cesarz Józef II. Budynki klasztorne przeznaczono na ciężkie więzienie, a od 1786 roku mieścił się tu również sąd i mieszkania sędziów. Tutaj przyszedł na świat malarz Juliusz Kossak, syn sędziego sądu karnego Michała.

W 1939 roku na początku II  Wojny Światowej, po opanowaniu Polski przez Niemców, więzienie zostało wykorzystane na obóz koncentracyjny- do czasu założenia obozu w Auschwitz.

Kościół klasztorny był systematycznie dewastowany a potem rozebrany. W 1940 Niemcy, aby uczcić aneksję Danii urządzili imprezę na wzór germańskiego święta Walpurgii. Część kościoła została, wówczas spalona. W 1944 r. odbito tutaj więźniów politycznych.

Wiśnickie więzienie funkcjonuje w różnych formach od ponad 230 lat. Dramatycznym wątkiem najnowszej historii jednostki był bunt więźniów i zajęcie zakładu w 1989 roku. Dzięki negocjacjom podjętym przez kierownictwo więzienia bunt skazanych zakończył się bezkrwawo.

W latach 1990, a później 2014-15 skanalizowano budynek, wykonano termomodernizację całego obiektu, doprowadzono centralne ogrzewanie do każdej celi mieszkalnej, wymieniono oświetlenie na nowoczesne czyniąc go nie tylko bardziej funkcjonalnym, ale przede wszystkim tańszym w eksploatacji, a w roku 2020 oddano do użytku nowy pawilon penitencjarny, w którym znajduje się 60 czteroosobowych cel mieszkalnych. 

Z tamtego dnia pamiętam tylko kilka rzeczy. Staliśmy pod bramą więzienia – grupa ok. 25 – ciu siedemnastolatków z trzema lub czterema opiekunami ze szkoły. Wokół nas uzbrojeni zamaskowani strażnicy. W którymś momencie wyszedł jakiś wielki facet z dzikim spojrzeniem. I akurat popatrzył na mnie. Byłam przerażona, mimo że to pewnie był tylko jeden ze strażników, ale atmosfera była raczej ciężka i kiedy zobaczyłam, że podszedł do budki telefonicznej to moja wyobraźnia wymyśliła sobie, że z pewnością był to jakiś niebezpieczny koleś, którego akurat właśnie wypuścili po 30 latach… no sami wiecie… adrenalina.

I wtedy zabzyczało. Otworzono zewnętrzne metalowe drzwi i wysoki starszy pan zaprosił nas do środka. I znowu zabzyczało. Tylko, że teraz byliśmy już w środku. Panika. Kazali nam oddać dowody osobiste i zatrzymali je w takim małym biurze po prawej stronie, gdzie siedział sobie jakiś facet. Po kilku minutach cała nasza grupa przeszła przez kolejną bramę na wielki dziedziniec pod otwartym niebem. Znowu za nami zabzyczało.

Prosto przed nami piękne wielkie obrazy zamku wiśnickiego, który znajduje się zaledwie może kilometr stąd. Wielu spośród więźniów to utalentowani ludzie. Po lewej zabudowania starego klasztoru.

Patrzymy na pozostałości kaplicy. Pan “klawisz” opowiada nam historię tego miejsca. Mówi o kościach, które przez lata przypadkiem znajdowano na dziedzińcu przy okazji mniejszych lub większych remontów. Ponoć były czasy w okresie powojennym kiedy to w czasie gry w piłkę nożną gdzieś na piaszczystym dziedzińcu można było zahaczyć butem o wystającą z ziemi kostkę….

Nagle, po lewej stronie pojawia się grupa więźniów. Już nie pamiętam czy byli w jakikolwiek sposób skuci chociażby kajdankami. Prowadzili ich pracownicy więzienia. Nasz “pan przewodnik” powiedział, że ta akurat grupa szła bodajże do pracy tudzież na jakieś zajęcia. Niestety już nie pamiętam.

Obecnie w wiśnickim więzieniu jest 678 miejsc dla penitencjariuszy, a pełni w nim służbę 224 funkcjonariuszy Służby Więziennej i 30 pracowników cywilnych, w tym 7 nauczycieli.

W 1978 roku powołany został Zespół Szkół przy ZK Nowy Wiśnicz. Średnio w każdym roku szkolnym kształci około 100 osadzonych na poziomie Liceum Ogólnokształcącego, Zasadniczej Szkoły Zawodowej o kierunku monter-elektronik i blacharz,  a od roku szkolnego 2012/2013 powołano Gimnazjum. Po zakończeniu nauki w szkole średniej osadzeni mają możliwość przystąpienia do egzaminu maturalnego, który odbywa się na ogólnych zasadach, jak w szkołach wolnościowych.

Historie opowiadane przez “klawiszów” dozorujących w tym więzieniu są różne. Nasz pan przewodnik kulał troszeczkę. Któregoś dnia oberwał bodajże metalowym prętem od jednego z więźniów w okolicę karku, co uszkodziło jego kręgosłup i doprowadziło do permanentnej dysfunkcji ruchowej.

Od resocjalizatora już wcześniej słyszeliśmy o zupełnie szalonych przypadkach, gdzie ludzie potrafili sobie nawet gwoździe wbijać do głowy między płaty mózgowe, byle tylko dostać się poza mury np. do szpitala i stamtąd próbować ucieczki.

Po takich opowieściach weszliśmy do jednego z pomieszczeń z celami. Tylko na chwilę oczywiście, ale było to raczej nieprzyjemne doświadczenie. W takich momentach człowiek naprawdę zastanawia się nad tym czym my ludzie jesteśmy i jak to możliwe, że takie miejsca w ogóle istnieją i że są de facto zapełnione. Kto ponosi winę? Rodzice? System?

Jakiś czas temu obejrzałam film “Mustang” o więźniach, którzy w ramach resocjalizacji oswajali dzikie mustangi. Spodobała mi się inicjatywa, chociaż oswoić mustanga oznacza uwięzić go, więc taki raczej paradoks. Została mi jednak w pamięci jedna scena, gdzie psycholożka zapytała po kolei każdego z uczestników spotkania ile lat są już w więzieniu, ile im jeszcze zostało oraz ile czasu minęło każdemu z nich pomiędzy podjęciem decyzji o dokonaniu czynu a jego wykonaniem. I wiecie co powiedziała większość z tych mężczyzn? Czyn został dokonany w przeciągu sekund, a kara trwa często całe życie.

Polecam artykuł “Klątwa bycia recydywistą” by móc spojrzeć na tą kwestię z różnych perspektyw.

Niektórzy twierdzą, że wiśnicki klasztor połączony był niegdyś podziemnymi tunelami z zamkiem Kmitów i Lubomirskich, (który orzeczeniem sądu w Tarnowie z 2009 roku został odebrany Lubomirskim i przekazany Skarbowi Państwa). Takie tunele nie byłyby pewnie niczym nadzwyczajnym i niespodziewanym biorąc pod uwagę, iż klasztor powstał na zlecenie panów Lubomirskich. Nikt jednak z obecnych zamkowych pracowników nie potwierdza tego faktu. Nie istnieją ponoć żadne dokumenty tudzież plany, które przychyliłyby się owej teorii.

Źródło: mapa.livecity.pl

Z  Wiśniczem związana jest też legenda o „lotnikach”, która opowiada o zatrudnionych przy budowie fortecy (prawdopodobnie klasztoru, skoro to on był ufundowany po owym zwycięstwie) jeńcach tureckich lub tatarskich, wziętych do niewoli podczas bitwy pod Chocimiem.

Mieli oni próbować ucieczki przy pomocy skonstruowanych przez siebie skrzydeł. Oczywiście żadnemu z nich się to nie udało, a w miejscach, gdzie spadli, ustawiono wysokie, kamienne kolumny, zwieńczone krzyżami.

Zamek wiśnicki, jakżeby inaczej, od zawsze służył jako swoista galeria sztuki dla artystów z pobliskiego plastyka. Kiedy byście się tam nie pojawili, sztuka będzie Wam towarzyszyć na każdym kroku, jak również wystawy o tematyce historycznej, np. niedawno zakończona wystawa replik strojów dziecięcych z okresu XVII do XIX w. itp.

Może nie wszystkim wiadomo, iż królowa Bona, na co dzień zamieszkująca wzgórze wawelskie, była częstym gościem w Wiśniczu. Ówczesny Pan na Zamku, Piotr Kmita herbu Szreniawa był lojalnym stronnikiem Bony. Podobno to właśnie tutaj i właśnie na polecenie Bony, Piotr Kmita podał Barbarze Radziwiłłównie, żonie syna Bony, Zygmunta II Augusta, truciznę o powolnym działaniu. Królowa Bona nienawidziła bowiem swej synowej.

Barbara Radziwiłłówna będąc księżną litewską była poddaną króla polskiego. Po śmierci swego pierwszego męża, nawiązała płomienny romans z młodym królem polskim, Zygmuntem Augustem, a on poślubił ją w sekrecie. Nazywano ją nierządnicą litewską, wyliczając jej rzekomych kochanków. Wybuchł wszechobecny skandal.

Pomimo tej niespokojnej atmosfery w kręgach królewskich, Zygmunt August robił wszystko, by jego ukochana małżonka została koronowana. Stało się to na pół roku przed jej śmiercią, poprzedzoną ciężką chorobą. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. W końcowej fazie choroby ponoć piękne ciało Barbary pokryło się wrzodami i zaczęło wydzielać nieprzyjemną woń do tego stopnia, że nikt ze służby nie chciał jej usługiwać. Barbara zmarła w mękach.

Jej duch ukazuje się czasem w komnatach zamku w Nowym Wiśniczu. A ci, którzy nie mieli okazji jej jeszcze zobaczyć mogą to uczynić za pomocą projekcji VR czyli wirtualnych okularów, gdzie odbywacie lot po wnętrzach zamku, spotykając również jego mieszkańców.

Pogardzana i niezrozumiana przez naród przepiękna Barbara była wielką miłością Króla, tak wielką, iż korzystając z czarów Mistrza Twardowskiego chciał on ściągnąć ją z zaświatów.

Najsławniejszy czarnoksiężnik Krakowa, Jan Twardowski był alchemikiem. Pracował nad wynalezieniem kamienia filozoficznego, który umożliwiłby przemianę dowolnego metalu w złoto. Potrafił też odmładzać i leczyć choroby. To ponoć on usypał położoną niedaleko Krakowa Pustynię Błędowską.

Swoją wiedzę i znajomość magii zawdzięczał Twardowski diabłu, któremu zaprzedał duszę podpisując cyrograf. Chciał jednak przechytrzyć czarta, więc do cyrografu dodał paragraf mówiący o tym, że diabeł może zabrać jego duszę do piekła jedynie w Rzymie, którego przez długie lata mistrz starannie unikał.

Zyskał bogactwo i sławę stając się dworzaninem króla Zygmunta II Augusta, który po śmierci ukochanej małżonki Barbary otoczył się astrologami, alchemikami i magami.

Któregoś dnia zgłosili się do Mistrza Twardowskiego bracia Mniszkowie, proponując Wielkiemu Magowi worek dukatów za przywołanie z zaświatów ducha Barbary Radziwiłłówny. Jej widok miał pocieszyć Króla Zygmunta w jego przeogromnej żałości i uchronić go przed wyniszczającą depresją.

Twardowski poprosił o kilka dni na zastanowienie się. Będąc już w swojej komnacie, wyjął z szuflady czarnoksięską księgę otrzymaną kiedyś od Diabła Trzeciaka. Coś błysnęło i z otwartej księgi wyskoczył niewielki koziołek, który w oka mgnieniu zamienił się Diabła i pokłonił się swemu Panu. Diabelska moc nie była jednak w stanie przywrócić zmarłego zza światów, a tym bardziej, że Barbara wcale do piekła nie trafiła. Twardowski miał zatem problem bo w niebie to już w ogóle wtyków nie miał. Postanowił więc ująć się podstępu.

Bracia Mniszkowie sprowadzili piękną mieszczkę – Barbarę Giżankę. Kobieta ta była niczym lustrzane odbicie Barbary Radziwiłłówny. Do ociemnionej komnaty wprowadzono króla, a przed nim umieszczono lustro, nad którym Mistrz Twardowski czynił magiczne znaki.

Kiedy zegar wybił północ, w lustrze ukazała się niewiasta, do złudzenia przypominająca ukochaną żonę króla. Widok ten tak Zygmuntem wstrząsnął, że zemdlał. Wydarzenie to widocznie uspokoiło królewskie nerwy i mimo, że wciąż nosił żałobne szaty, mniej rozpaczał po Barbarze.

Twardowski i królewski pokojowiec Mniszek nie mieli jednak zamiaru poprzestać na tym. Po kilku tygodniach, ten drugi przedstawił królowi Barbarę Giżankę. Król oszalał na jej punkcie i stała się ona jego niekoronowaną królową. Miała na niego tak ogromny wpływ, iż panowie dworu postanowili się jej pozbyć. By tego uniknąć, król posłał całą rodzinę na Podlasie a sam, schorowany udał się do rezydencji w Knyszynie, gdzie zmarł. Ciało króla ponoć jeszcze nie wystygło, a Giżanka i jej rodzina już rabowali całe królewskie mienie do tego stopnia, że nie było nawet czym przykryć ciała ostatniego z Jagiellonów.

Nie ma pewności co do tego kto wywiózł lustro Twardowskiego do kościoła w Węgrowie. Niektórzy twierdzą, że on sam uciekając przed zemstą Mniszków, inni że ochmistrz Zamku Królewskiego w Warszawie podarował je swemu bratu, proboszczowi parafii, który to skropił je mocno wodą święconą znając historię wywoływania ducha Radziwiłłówny.

Pewnego razu miejscowy kościelny spojrzał w owo lustro i miast własnego odbicia ujrzał straszliwą maszkarę. Bez zastanowienia uderzył w nie ciężkim pękiem kluczy i zwierciadło pękło.

Ksiądz proboszcz kazał je wynieść do zakrystii i zawiesić jak najwyżej, tak by nikt już nigdy nie mógł go dosięgnąć i się w nim przejrzeć.

A Twardowski? Pewnego dnia trafił do karczmy o niefortunnej nazwie… „Rzym”. Ponoć to ta sama, w której można się do dziś najeść i napić w Suchej Beskidzkiej. Jednak gdy zniecierpliwiony diabeł przybył tam po jego duszę, Twardowski wskoczył na koguta i wzbił się w niebo! Podobno wciąż siedzi na Księżycu i tęskni za Krakowem, a jego służący w postaci pająka raz na miesiąc odwiedza miasto, by zebrać najświeższe ploteczki.

Źródło: internet

Posłuchajcie jak nasz wieszcz Adam Mickiewicz o tym pisał: Pani Twardowska – Ballada. Oczywiście jak zwykle kobieta uratowała facetowi tyłek….

Jedna z komnat na wiśnickim zamku skonstruowana jest w taki sposób, że będąc w jednym jej kącie, można usłyszeć nawet bardzo cichą rozmowę odbywającą się w przeciwległym rogu pomieszczenia. W dawnych czasach pokój ten służył do spowiedzi. To tutaj Lubomirski podsłuchiwał spowiedzi swej małżonki. I o ile wyżej wspomniane ciekawostki mogą mieć w sobie mniej lub więcej prawdy, ta akurat jest prawdziwa, a testu dokonałam osobiście.

Ciekawostką na Zamku jest również tzw. trasa Nietoperzy – tajemne podziemne przejście, gdzie znajduje się wystawa narzędzi tortur.

Nie mogę się powstrzymać przed wspomnieniem jeszcze jednej niesamowitej rzeczy, o której mało kto wie, a która jest wyjątkową spuścizną historii polskiej i można się jej przyjrzeć z bliska właśnie w Wiśniczu, mianowicie pompa funebris.

Przepięknie o tej tradycji opowiada Radosław Gajda z kanału Architecture is a good idea:

Pogrzeby szlacheckie na ziemiach Rzeczypospolitej pełne były przepychu, dostojeństwa i ostentacyjnie manifestowanego bogactwa. Sama ceremonia pogrzebowa, zazwyczaj trwała wiele dni i była wydarzeniem z pogranicza teatru. Zmarły, miał się przypatrywać temu widowisku, w którym wychwalano jego i jego zasługi, więc jeszcze za życia fundował sobie portret trumienny, z którego mógł obserwować ową imprezę. Zobaczcie jak to wyglądało. Ten ciekawy zwyczaj opiszę innym razem, bo jest naprawdę niezwykły.

Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum „Zamek Opalińskich” w Sierakowie.
Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum
„Zamek Opalińskich” w Sierakowie Źródło: Wikipedia

Wybrałam się na wirtualną przechadzkę po zamku i udało mi się zrobić fotkę właśnie kilku obrazów trumiennych, które wystawione są w Wiśniczu. Spójrzcie:

Tak się składa, że moja ostatnia ogniskowo-kiełbaskowo-alkoholowa impreza jaką pamiętam odbyła się tuż pod wiśnickim zamkiem. Miałam 19 lat i bodajże tydzień albo 2 później wyjeżdżałam na wakacje do Irlandii. No! Troszkę mi się te wakacje przeciągnęły do szesnastu lat 🙂 no cóż….

Wiśnicz i otaczające go okolice, na przykład Bochnia, o której możecie poczytać lub posłuchać w moim artykule: Solna Góra Sukcesu – Bochnia, są tak bogate w spuściznę kultury, sztuki i historii, że jeszcze Wam o tym poprzynudzam nie raz. Studnia bez dna.

Na razie pozdrawiam,

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Puff Puff Puff…. Oder…. river cruise….

Version for the lazy: Puff Puff Puff…. Oder…. river cruise….

Wrocław. Heat. Over 30 °C. We melt. What can we do here on such a day? We found ourselves under the trees in the park. It didn’t help. So we continued to melt the fat and squirm with stuffiness. And then a miracle happened.

Wrocław, everyone knows, lies on the river Oder. We, however, unaccustomed to similar views from Ireland, did not expect to be in the place from which a river excursion boat departs.

Ha! What more beautiful could have happened to us on that day! Ostrów Tumski could not even dream to compare with such a fascinating attraction.

Three tired bosmen sat on a fence along the shore waiting for the next cruise and dreaming of a sofa, a TV and a bottle of chilled beer… 🙂

We bought the tickets and after a few moments Passenger Ship Driada left the quay, from the stop under the aforementioned Ostrów Tumski and with a beautiful gentle murmur of the engine we caught the wind in the sails 🙂 Well, no! There were no sails. But it was still good.

Wrocław, as many probably know, is an exceptionally beautiful city. Particularily in its centre. More on this in a second. But is it equally beautiful on the outskirts? Well, not really. The road from the airport, for example, by bus route, leads between rather neglected blocks of flats.

Wrocław’s location in the Lower Silesia region means it has many German influences, but above all Prussian. Some of the edifices, inhabited of course, which remained from those centuries of the foreign rulings, are however in a deplorable state, scaring visiting tourists.

And how is it from the Oder side? Well, it is different. Personally, being an admirer of nature and open spaces, I was definitely impressed by swamps and rushes with a diversity of birds and other creatures that repeatedly jumped out in front of our noses.

The heat was merciless. We walked back and forth around the deck, slurping cooled mineral water. Guys on board took off their T-shirts, which was not necessarily a welcome occurance, because their sweat, which previously had an opportunity to soak into the material, now spread its deadly venom without any inhibitions. Hence we were forced to evacuate ourselves to the opposite side of the boat….

Ah whatever… there is one bridge in front of us, then another, a little further away a dude in a boat and a few canoeists. We choo choo slowly, without making any unnecessary maneuvers and not piling up the water neither behind us nor on the sides. Because what for… Lazy means lazy.

At that moment I thought of my beloved Mississipi River. You surely all know Mr. Samuel Langhorn Clemens. No? And how about Mark Twain? Yes? O.K. well, that’s the same guy.

As a child I could not stop reading books about Hackelberry Finn and Tom Sawyer. Remember how much of it involved the Mississipi River?

There is a similar cruiser that runs from the city of New Orleans which I plan to board one day but in reality, I’d love to go on a boat trip accross the entire country along with the currents of this Queen of the Rivers. Who’s with me? Think of all the places along the way!

Source: internet

There is a house in New Orleans

Ufff I must have cought some sunstroke from all that heat ‘cos seem to be raving…

…so, yea, we blissfully sailed until it was time to turn back. Well, nothing good lasts forever.

We were definitely reluctant to go ashore again but rumbling tummies forced us to hit the city in search of some food.

The food tastes delicious in Wrocław and there are cult places that are always worth a visit. Many of them at the Market Square and in the vicinity of Stare Jatki, a street remembering thirteenth century. At that time, it was a butcher’s quarter – 42 wooden houses arranged in two rows, intended for the meat trade. To this day, only 12 tenement houses from pre-war times have survived. It is an artistic and gastronomic centre. And to commemorate the old times, a very peculiar monument “In honor of slaughter animals” was erected here. And not long ago the dwarf Butcher too. But later about the dwarfs.

The boundaries of the Wrocław Market Square were also marked out in the thirteenth century. Its current area is about 40,000 m², which puts it in the 5th place according to the size among all Polish medieval market squares. However, this one is one of the few in Poland where there are urban buildings with a network of streets in its centre. There are as many as 11 streets there.

In the central part of the Market Square stands the Old Town Hall, which is an extraordinary achievement of Gothic on a European scale. Its construction lasted about 250 years. Until the first half of the nineteenth century, when the New Town Hall was built, to which the city authorities moved, the Old Town Hall served as the seat of the court and the city council. Today, the Old Town Hall is a branch of the Wrocław City Museum. The mayor of the city also has his office here and this is where the meetings of the City Council are held.

Who likes, can stand in the middle of the square and turn himself into a wirlpool 🙂 You are surrounded by sixty tenement houses funded by urban patricians and one is more beautiful than the other. The most famous are: the tenement house under the Blue Sun, under the Seven Electors or under the Griffins. And my favorites are definitely the Tenement House under the Golden Deer and Hansel and Gretel. Behind the latter is the entrance to the magical world of Wrocław dwarfs. “Is it a fairy tale, or not a fairy tale, think whatever you want….”

Imagine that yet until the 70s of the 20th century trams ran through the Market Square. There was also a gas station there.

I invite you to watch the vlog of Radosław Gajda from Architecture is a good idea about Wrocław’s Market Square, just switch on the subtitles!

After Radosław, I will only add a few curiosities related to the three buildings about which he talked so beautifully.

The Barasch Brothers department store, today known as Phoenix, once had a beautiful ornament, a 6.5-meter, glass globe on top of the building, which was destroyed by a lightning strike in 1929.

Zobacz obraz źródłowy
Source: radiowroclaw

In the Tenement House Under the Golden Sun (Rynek 6, do not confuse with the Tenement House Under the Blue Sun standing next to it at number 7) there is a Museum of Pan Tadeusz – Różewicz, a Polish writer. (Pan Tadeusz is also a title of one of the most Polish of Polish books, there’s a bit of a pan here for the Polish natives).

And in the aforementioned modernist office building designed by Heinrich Rump from 1930 (at the corner of the Market Square and Salt Square), there is one of the few “paternoster” elevators in Poland, which runs without stopping and you get into it on the run. Unfortunately, it is not generally available.

And finally, what few people know, and what must not be forgotten – the monument to Alexander Count Fredro! Previously, it stood in Lviv and on the Wrocław Market Square it replaced a monument of none other than the King of Prussia himself, Frederick William III. Well, how not, when Aleksander Fredro is considered the most outstanding comedian in Polish literature of the Romantic era, and on an earlier monument the inscription proclaimed “An mein Volk”, which was to commemorate the proclamation of this king published in Wrocław in 1813. Poles are not Prussians and have their own language….

However, this romanticism of Fredro is not necessarily reflected in a romantic way in his works, an example of which can be: The Tale of three Brothers and Princess (definitely not for children!). Both manuscripts of his most famous play “Revenge” are kept in the Ossoliński National Institute in Wrocław. Fredro himself came from the Podkarpackie Voivodeship and was an outstanding not only artist, but also a politician and Freemason. Well, he was a Count and that’s it. And he had the “guts” to write about taboo topics. Super cool dude!

We settled on Pigeon Square, next to the “Zdrój” fountain, named after the city President, Mr. Zdrojewski, in 2000, when it took its honorable place on the Wrocław Market Square. A nice souvenir in the style of “I will give it to myself by myself”.

And finally, full, tired and burned by the sun, we go for a well-deserved rest to a nearby hotel, only to find ourselves at the beautiful Central Station the next morning and take a train to where the sun rises…

On the way, however, we pass another very worth mentioning thing – a gas lamp:

In Wrocław they still exist and day after day they are lit and dashed by a Lamplighter – one of the last in Poland.

In the very center of the city, on Ostrów Tumski, every night he lights up (in the summer at 9 p.m. and in the winter at about 4 p.m.) and extinguishes, just before dawn, a total of 103 lanterns. He devotes about ninety minutes to complete this task.

The first municipal gas lanterns were launched in 1809 in London. You’ve probably watched Mary Poppins!

10 years later, they were already operating in Paris. The trend continued on the mainland and German cities such as Berlin, Leipzig and Austrian Vienna soon after treated themselves to similar forms of urban lighting.

Robert Louis Stevenson, sick in his childhood with tuberculosis, often dreamt to be Leerie, the Lamplighter:

THE LAMPLIGHTER (published in 1885 in his book: A Child’s Garden of Verses)

My tea is nearly ready and the sun has left the sky;
It’s time to take the window to see Leerie going by;
For every night at teatime and before you take your seat,
With lantern and with ladder he comes posting up the street.

Now Tom would be a driver and Maria go to sea,
And my papa’s a banker and as rich as he can be;
But I, when I am stronger and can choose what I’m to do,
O Leerie, I’ll go round at night and light the lamps with you!

For we are very lucky, with a lamp before the door,
And Leerie stops to light it as he lights so many more;
And O! before you hurry by with ladder and with light,
O Leerie, see a little child and nod to him to-night!

To little Robert, something that was considered a banal work by everyone else, was magical and unique.

On May 23, 1847, punctually at twenty o’clock, a festively dressed Lamplighter lit the first city gas lantern on the streets of Wrocław and so this continues to this day. It was on the day on which, after the completion of construction works on the new municipal gas plant, gas flowed from it for the first time.

The construction of the gas plant itself was inspired by the trend emerging in the west and the first gas lamp, which was lit up here in the Złota Gęś restaurant on June 16, 1843 in the company of the mayor and members of the magistrate. The authorities of the town, fascinated by such technical novelty, at this very moment made the decision to immediately implement it to the urban life of Wrocław.

The above mentioned gas plant was built at Tęczowa Street 🙂 how else! Less than six months later, more than 700 gas lanterns lit up the city. However, they did not shine as brightly as those that illuminate Ostrów Tumski today. The source of their light was a single flame. It was not until Auer’s grids, invented in 1885, that the brightness of the lanterns significantly improved. At that time, gas was used not only to illuminate the streets of Wrocław, but also hotels, restaurants, factories, schools and private apartments.

At the end of the 19th century, when the city authorities decided to replace the entire lighting system with mercury lamps, those at Ostrów Tumski were on the verge of disappearing too.

I managed to find a Job Offer for the Lamplighter. I liked this passage the most:

According to the ZDiUM guidelines, the Lamplighter must wear a black cylinder in the chimney sweep style and a two-piece black cape – long to the knees and short covering the shoulders. Capes must be waterproof, with a stand-up collar and made of the same material. In addition, the cape is fastened with two gold metal buttons. On a short cape you should embroider the coat of arms of Wrocław. A lamplighter at work should wear dark pants made of tailoring material and black leather shoes. Shoes must be clean.

Dear ZDiUM (Roads and City Maintenance Authority) – wouldn’t it be easier to make such uniforms available to employees? Maybe someone came up with this idea between the offer from 2020 and today. If not, then I think it is worth normalizing this issue. Particularily that a Lamplighter is a magical person indeed and should be valued as one.

And since we are talking about Wrocław, I would also like to mention Mr. Antoni Gucwiński, who, together with his wife, delighted me as a child with stories about animals. He was the Director of the Wrocław Zoo and to this day I remember how they both held animals on their laps and talked about them in the program called “With a camera among animals”. Antoni Gucwiński – I wish you to settle on a soft cloud, surrounded by animal sprites. In such a private, unique Eden in heaven 🙂

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Zobacz też polską wersję tutaj:

Páirc an Chrócaigh

Listen to the podcast here: Páirc an Chrócaigh

Working at the Dublin’s Temple Bar Hotel had its pros and cons. I left the cons behind me a long time ago and decided to concentrate on the pros only.

In this particular venue, reception work could be a nightmare. Obviously due to its location, name and the in house pub and night club.

As in any hotel you would meet people from all over the world but in this one, I got to come face to face with some famous ones too.

Barry McGuigan was one of them for example. This lovely gent usually appeared with some young guys that trained with him. On daily basis he can be seen in a wax form at the Dublin’s Wax Museum just around the corner. Whether Temple Bar hotel is still on his list of places to sleep in, I do not know.

One day, and it was a long time ago because in 2008, I heard my mother tongue spoken coming from behind my right shoulder. Nothing unsual but this time the voice seemed very familiar. I turned my head in the direction of the speaker and I saw four men getting out of the lift and heading out of the hotel.

The very man himself, Dariusz Szpakowski, a legendary figure in the Polish sports and TV,  accompanied by three guys from TVP turned around to say hello. I greeted them back in Polish, hearing which they happily turned around and we had our chit chat which led us to my final question – what are you up to here?

The answer was Poland vs Ireland friendly match in Croke Park.

Source: internet

From here to there, and after mentioning I already had the tickets, the guys jumped with joy! We will interview you tomorrow! And I was silly enough to say: Sure fine 🙂

The boys disappeared into the darkness of Fleet Street to enjoy their evening of freedom.

Next morning they caught me quite early, which surprised me ‘cos I sure would not be getting up early after a night out in Dublin. But I guess they take their work seriously.

The moment cameras went on, I went all red with embarassement and started blabbing something silly, which, a few days later was shared with me by a friend. I had no idea it was to be streamed in the main evening news 🙂 Ah! My old neighbors must have had a blast!

Of course I took a picture with Mr Szpakowski, but sadly it is still somewhere out there in my work colleague’s phone :/ Quit trying to retrieve it after 5 years or so. (Robert if you read it or listen to it, I would still like to have that photo! Thank you!)

Anyway….

Croke Park is a GAA stadium. Who knows nothing about Ireland should know that GAA – The Gaelic Athletic Association looks after Irish sports called Gaelic football, Gaelic handball, Rounders and Hurling.

Gaelic football – I have watched male and female playing this weird thing for many years, trying to understand what it is all about and I have to say that I am confused 16 years later still…. Sorry neighbors! And Ms Byrne, who teaches in a local school and along with her sister and their team raised County Meath to the status of Legends in 2021.

The game is a mix of rugby, soccer and God knows what else. Ball can be touched by both, hands and legs and the goals are also double, H-shaped. If you score the under bar goal, you get 3 points and if the over bar goal then 1 point.

Hurling – my favorite of them all. To watch. It is a super dangerously looking game. Apparently the fastest game in the world. Played with flat wooden hockey-like sticks, only not equally long and the end is rounded. These are called hurleys.  Every 10th Irish person’s last name is Hurley too. The players are called the hurlers. The ball is hard and resembles the cricket or baseball’s one, helmet is a must. A friend of mine who plays it his entire life says that there are very few hits that would give you the pain similar to the one you can score from a hurley.

Like everyone else in here, I have a set of hurleys at home. Hardly ever used. Locals use them regularly to throw balls for their dogs to chase on the beach 🙂

Gaelic handball and Rounders – nobody really talks about these two (hover over the names here to find out what they are about). Here it’s all about the football and hurling as well as rugby, but that’s another story altogether. Although this one is also played at the Croke Park Stadium.

Croke Park can squeeze 82,300 supporters or concert goers, depending on what’s on the menu. It’s construction started in 1880 and it opened 4 years later. Below you can watch the transformation of Croke Park over the years.

On the day of 21.11.1920, during the Irish War of Independence, The British Auxiliary Division along with the police, entered the stadium during the Gaelic football match between Dublin and Tipperary and started a 90 second long nonstop massacre which ended up with 13 civilians being shot as well as one of the Tipperary team players, Michael Hogan.

This was a revenge. That morning Michael Collins and his boys killed 15 British intelligence members sent to Ireland to spy on and assasinate the main IRA members. They were called Cairo Gang due to them being often seen sitting at the Grafton Street Cairo Cafe. This killing was planned as one of the first similar actions to be executed by the IRA. To the left is a plaque in memory of the  Bloody Sunday.

U2 played a few concerts in Croke Park. Their Song, Bloody Sunday is related to the Easter Rising of 1916 however. You will also hear about Bloody Sunday in relation to the shootings in Derry in 1972. This name was used for the Croke Park shooting ‘cos in the hearts of the people, it was comparable to the day from 1916. Bono talks here about his song:

Even longer time ago than my Temple Bar Hotel experience, I used to live just around a corner from Croke Park, on Withworth Road. The times were tough for tenants. Dublin had a very law number and quality of places for rent and the Celtic Tiger was still roaring.

Our house was divided into 4 micro apartments with kitchenlets the size of a one person standing, bathroom very similar in size. Bedroom could fit only one double bed and the only space that was, let’s say livable, was the mini living area with a small window. Double glazed. Only that in the outer glass panel there was a hole…. from the bullet. Nice ha?!

We did not live there too long as the lady we rented from did not give broken f*cks, took adventage of the situation on the market and knew that the next day she’d have 20 other people begging for this lovely space where, after living for a few months, our clothes got covered with mould and an occasional slug or snail slithered accross the bathroom wall 🙂

Underneath us, there was a Chinese couple that sported growing weed. I cannot imagine this being done on a big scale given the size of their place but there were days we were walking high as kites. Here I can understand how one US President was smoking but never inhaling 🙂 We were not smoking but inhaling 😀

These were times when we lived on love though mainly as it was our first time living together. It cost a fortune by the way. We must have been paying extra for the snails and living on the volcano vaporiser.

And accross from us, there was a French married couple. The guy was a complete slipper. She stomped her foot and he was jumping around. The fourth space was kept uninhabited. The place was in a need of a compete and serious renovation but I can bet it is unchanged till this day! I would never want to live there again but I have to say there was always something worth looking out the window for in there.

It is when living here, that I got to learn about the importance of Croke Park in Ireland and its significance to the Irish people.

I may be uninformed when it comes to the Gaelic games, but I sure am not an ignorant. I’d simply rather watch ski jumping instead if I had a choice. Most of all I truly admire the spirit with which the locals support their teams. These games rock the island. On the day of a match, there is not enough air in Dublin to breath because the Stadium is full and after the match the city seems to be swollowed by the crowds. Every pub, every restaurant, every take away is simply packed with people. Entire families; grannies, grandpas, kids, everyone follows, supports and celebrates.

At the same time in Kraków you risk an axe into your back when one or two hooligans hop onto the same bus after the match of two rivaling soccer teams.

The streets were as busy as on any other big event day when we walked over to the Stadium to queue for our stand. Masses of people flooded the area.

Polish and Irish somehow magically found an unwritten and unspoken type of affection for each other over the years and therefore mixed groups of supporters were all too excited to have a few moments of competition that would bring many more days or weeks of topics for conversations around the pint.

There was a very light and happy atmosphere there. Gadget sellers lined up along all surrounding streets, were shouting heeeeaaad cups and hats, flaaags, heeeeaaad cups and hats, flaaags!!!! And I have to say they were well stacked on the merchandisers.

I took this one on another occasion but here to illustrate what it looks like

Finally we got in. It was my first time inside the Croke Park and I found it impressive. Its dimentions differ from the regular soccer stadium hence for many years it caused a lot of hassle for the organisers of non GAA matches to fit it well for purpose. Now there’s the Aviva Stadium around a corner built for those.

Our sector was packed with Polish supporters all dressed in the national colors, white and red, as our flag. An occasional green Alien 🙂 appeared in between. A Braveheart!

We watched the players doing their warm-up chores for a while sipping on our first pints of beer and chatting with the crowds.

Finally, strangely looking, huge headed creatures pretending to be the footballers came out and walked around. After that a well known Irish singer, whose name I can’t remember, popped out to sing a bit.

And then the teams started to appear on the field followed by the orchestra. The party was getting started.

The teams looked as follows:

Polish Team, source: laczynaspilka
Irish Team, source: laczynaspilka

The shows of light and smoke followed by the confetti set everybody in the right mood and an enormous Polish flag started to wander around.

I have to say being under such a flag is some experience. Claustrophobic to certain extent – it’s neverending, so at some stage you feel like you’r trapped, especially when surronded so tightly by the crowd, but most of all somehow fascinating. You simply get carried away by the show. The party under the flag was even better at moments than out in the open 😀

So the guys were kicking. Running and kicking. It was loud and busy with occasional big ooooohs and aaaahs and so on. Poland ended up with 3, Ireland with 2 goals.

  • In the 3rd minute Mariusz Lewandowski 18 (not related to Robert Lewandowski 14) scores the first goal for PL
  • End of the 1st and beginning of the 2nd half
  • 46th minute first change PL: Błaszczykowski out, Guerreiro in and Brożek out, Robert Lewandowski in
  • 47th minute Guerreiro goal for PL
  • 59th minute 1st change IRL: McShane out, Bruce in
  • 60th minute 2nd change IRL: Keogh out, Stephen Hunt in and Doyle out, Noel Hunt in
  • 67th minute 3rd change IRL: Duff out, Long in
  • 70th minute 2d change PL: Boguski out, Peszko in
  • 72nd minute 4th change IRL: Gibson out, Andrews in
  • 81st minute 3rd change PL: Krzynówek out, Jodłowiec in
  • 88th minute Stephen Hunt goal for IRL
  • 89th minute Robert Lewandowski goal for PL
  • 90th minute Keith Andrews goal for IRL

During all the above, my boys from the hotel, dressed in pretty purple vests moved nicely around filming, as they would. Mr Szpakowski was at his spot above everyone commenting on the show. I am pretty sure we had a lovely zoomy moment there, never saw it streamed yet 🙂

After the match, the merry crowds spread like ants around the ant hill and into the night.

Our bus was living from Drumcondra Road so we took Clonliffe Road to get there and this way we were forced to pass by one more place we had once rented for a few weeks. A few weeks, yes! It was a shocker of a place and we vacated it with the speed of light.

Moved in there straight from the Withworth Road. I used to cycle to work in Clontarf back then and this area suited me perfectly. There was nothing for rent out there though hence we decided to move into whatever and take time to search for an alternative place and escape as soon as an opportunity arises.

This granny was well off. Owning a few of the old huge houses on both, Drumcondra Road and Clonliffe Road. She had them split into as many apartmets as possible. They were also as unkept as possible. All she cared about was walking around and collecting the rent from her tenants.

The place we got for our short adventure was on the top, 5th floor. The last one she had left. Not too expensive and no wonder. As much as the outside of the building would suggest a city mansion, the moment you walked in you stopped lying to yourself. Although the staircase could pass too, ‘cos it was nice and wide despite of being covered with a nasty carpet. The walls were already screaming for help though. At least 100 years old wall paper was coming off and scruffy walls were throwing sneaky peeks at the stair climbers.

Our living room/ kitchen was spacious but equipped with the oldest and most nasty looking furniture topped with a well walked carpet. Dark dingy hole. But spacious.

This was not everything. The living room/ kitchen area was accross the corridor from the bathroom and the bedroom, which were meant to be a part of our living space and sounds about right, right? Well… wrong! The mentioned corridor was used by the tenants from a neighbouring apartment. So to summerise, they had their full apartment behind one door which could be closed with one key. We had 3 doors to 3 separate spaces with a shared hall 🙂

The neighbors happened to be Czechs which made my other half happy because that’s what he is. I was not overly excited but sure, we had to live somewhere.

Thankfully there were new houses being built on the outskerts of the town and despite of them being totally overpriced and falling apart straight after having been built, we rushed out of that place like crazy chickens.

The granny had a good heart and believed in our very serious reasons for leaving. We could not have told her that the cat repellent she kept outside was swelling our eardrums to the point of explosion and that we have lost 10 kg each because we were unable to make food in this smelly den.

But I did see the granny roaming the streets of Drumcondra in search of her loot many o’times afterwars which would suggest she’s well in the business still.

Ah Dublin and its property market. A God forgotten zone back then. The changes are noticeable now but the isolation from the mainland still puts Ireland well behind in comparison to the quality and choices offered over there.

More about this some other time.

Have a nice day!

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00

Or enter a custom amount


Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

A well with no bottom – New Wiśnicz

For the non readers 🙂 – a podcast here: A well with no bottom – New Wiśnicz

(Title photo: M. Tabor – Castle in Nowy Wiśnicz with Tatry mountains in the background)

Nowy Wiśnicz is a village that’s neither big nor small. You can however find a variety of super interesting places out there: a castle, house and descendants of Jan Matejko – one of the most famous of Polish painters, one of the most guarded prisons in Poland located in post-monastery buildings and a Wiśnicz high school of fine arts known throughout the country.

I managed to see all these places from the inside and I definitely recommend a ride to this area.

When still in high school, one winter I came up with this ingenious idea to live in a school boarding buildings for a while. One of the girls in my practically male class lived there and it so happens that she shared a room with a girl attending “plastyk”, the art high school in Wiśnicz.

Three of us spent a fantastic winter sharing a room. The end of the stay however came quickly and unexpectedly when the manager entered our room one evening, and one of the visiting colleagues (from another room) could not hold it in and let go of a mega puke into the first bin bucket she managed to locate. And all that right under the nose of the woman…

Before winter came to such an abrupt end, I managed to sneak into that art school in Nowy Wiśnicz and become a part of  what was going on there. And a lot was going on in there. Artists from all over Poland. Some painters, others sculptors, yet others potters, making ceramic masterpieces. It was here where I saw a kiln for firing ceramics for the first time. Awesomeness. We made more than one Jesus and a Christmas bell together out of clay there. 🙂

Around the same time, we also managed to do something else unusual. The guy who got hooked with the daughter of a colleague of my dad’s from work, turned out to be a lay catechist. As fate would have it, he got a job at the high school I attended. Ethics classes were unusual, and one day an unusual man appeared in the classroom. I do not remember his name anymore, but he deals with the rehabilitation of prisoners from the Wiśnicz prison.

The Penitentiary in Nowy Wiśnicz is a closed prison for repeat offenders. Sentences of 30 years to life imprisonment. The department reports to the district director of the Prison Service in Kraków.

Who are considered the qualifying offenders according to the Polish Penal Code can be found here: Polish Penal Code

The Prison Service employed in the local unit deals, to a large extent with resocialization. There are readaptation programs in which a group of inmates selected for a specific problem (substance abuse, domestic violence, problems with controlling emotions, etc.) participates.

Annually, about 80 inmates take part in professional courses organized on the territory of the unit in various professions, mainly construction. Convicts have the opportunity to work in a penitentiary and for private companies outside the prison. All convicts have the opportunity to use the common rooms, and with the consent of the Director and after a positive opinion of the doctor, from the room for recreational activities. During the summer, sports activities are conducted. There is a well-equipped library as well as a Roman Catholic chapel, where services are celebrated, and in addition, the convicts hold meetings with representatives of other churches and religious associations.

The Wiśnicz penitentiary is located in buildings inherited from the monastery of the Discalced Carmelites. An outstanding work of the early Baroque. Erected on a hill, it towers, together with the neighboring Castle, over the entire village. The monastery was founded by Stanisław Lubomirski (1583-1649) as a gift of gratitude for the victory at Chocim in 1621.

The monastery complex includes: the monastery building, the church of Christ the Saviour and bastion fortifications.

You can read more about this building and, above all, see beautiful photographs here: The monastery that became a prison

The dissolute of the Discalced Carmelite Monastery was proclaimed by a decree of 1783 by Emperor Joseph II. The monastery buildings were intended for a heavy prison, and from 1786 it also housed a court and judges’ apartments. It was here that the painter Juliusz Kossak, the son of the judge of the criminal court Michał, was born.

In 1939, at the beginning of World War II, after the Germans took over, the prison was used for a concentration camp – until the Auschwitz camp was founded.

The monastery church was systematically devastated and then demolished. In 1940, the Germans held a party modeled on the Germanic holiday of Walpurgis to celebrate the annexation of Denmark. Part of the church was burned at that time. In 1944, political prisoners were recaptured here.

The Wiśnicz prison has been operating in various forms for over 230 years. A dramatic thread of the recent history of the unit was the rebellion of prisoners and the seizure of the institution in 1989. Thanks to the negotiations undertaken by the prison management, the riot of the convicts ended bloodlessly.

In 1990, the buildings were canalized and central heating installations were brought to each residential cell.

In the years 2014-15, using external means, thermal modernization of the entire facility was carried out, the lighting was replaced with modern ones, making it not only more functional, but above all cheaper to operate.

In 2020, a new penitentiary pavilion was put into use, in which there are 60 four-person residential cells.

I only remember a few things from that day. We were standing at the prison gate – a group of about 25 – seventeen-year-olds with three or four guardians from the school. Around us armed masked guards. At some point, a big guy came out. Had a wild look on him. And he just out of nowhere suddenly looked at me. I was terrified, even though it was probably only one of the guards, but the atmosphere was rather heavy and when I saw that he went to the phone booth, my imagination went wild too and in my head he was certainly some dangerous guy they had just released after 30 years behind the bars… well, you know… adrenaline.

And then we suddenly heard buzzing. A huge heavy outside metal door was opened and a tall old man invited us inside. And then it buzzed again. Only now we were inside. Panic. They told us to give up our ID cards and left them in a small office to the right, where one guy was sitting. After a few minutes, our whole group passed through another gate to a large courtyard under an open sky. It buzzed behind us again.

Straight ahead we saw huge beautiful paintings of the Wiśnicz Castle, which is only maybe a kilometer away. Many of the prisoners are talented people. On the left, the buildings of the old monastery.

We look at the remains of the chapel. Mr. “klawisz” (a slang way to call the prison guard) tells us the story of this place. He talks about bones that for years could accidentally be found in the courtyard on the occasion of smaller or larger renovations, etc. Apparently, there were times in the post-war period when, while playing football, somewhere in the sandy courtyard, you could stumble on a bone protruding from the ground….

Suddenly, a group of prisoners appears on the left. I don’t remember if they were handcuffed even. They were led by prison staff. Our “Mr. Guide” said that this particular group was probably going to work or to some classes. Unfortunately, I don’t remember anymore.

Currently, there are 678 places for penitentiaries in the Wiśnicz prison, and 224 officers of the Prison Service and 30 civilian employees, including 7 teachers.

In 1978, the School Complex at ZK Nowy Wiśnicz was established. On average, in each school year, it educates about 100 inmates at the level of the High School, the Basic Vocational School in the field of electronics fitter and tinsmith, and since the school year 2012/2013 a Gymnasium has been established.  After completing their secondary school education, inmates have the opportunity to obtain the leaving cert. The exam is held on general principles, as in libertarian schools.

The stories of the guards in this prison are pretty shocking. Our Mr. Guide limped a little. One day, he was hit with a metal bar by one of the prisoners into the neck area. This damaged his spine and led to permanent motor dysfunction.

From the resocializer we have already heard (prior to that) about completely crazy situations, where inmates could even insert nails into their heads between the brain lobes, just to get outside the walls, e.g. to the hospital and try to escape from there.

After such stories, we entered one of the pavillions with cells. Only for a moment, of course, but it was a rather unpleasant experience. In such moments, one really wonders what we humans are and how it is possible that such places exist at all and that they are de facto filled up. Who is to blame? Parents? System?

I once watched the movie “Mustang” about prisoners who tamed wild mustangs as part of rehabilitation. I liked the initiative, but to tame a mustang means to imprison it, so it’s a bit paradoxical. However, I remember one scene where the psychologist asked each of the participants of the meeting how many years they were already in prison, how much time they still had left and how much time it took each of them between making the decision to perform the act and its execution. And you know what most of those men said? The act was done in seconds, and the punishment often lasts a lifetime.

I recommend an article “The Curse of Being a Repeat Offender” to be able to look at this issue from a different perspective.

Some claim that the Wiśnicz monastery was once connected by underground tunnels with the Kmit and Lubomirski castle (which by the court ruling in Tarnów in 2009 was taken away from Lubomirski family and handed over to the State Treasury). Such tunnels would probably not be unusual and unexpected considering that the monastery was built at the request of the Lubomirski lords. However, none of the current castle employees confirms this fact. Apparently, there are no documents or plans that would support this theory.

Wiśnicz is also associated with the legend of “aviators”, which tells about Turkish or Tatar prisoners employed in the construction of the fortress (probably a monastery, since it was founded after this victory), taken hostage during the Battle of Chocim.

They were to try to escape with the help of wings constructed by themselves. Of course, none of them succeeded, and in the places where they fell, tall, stone columns were set up, topped with crosses.

The Wiśnicki Castle, how else, has always served as a kind of art gallery for artists from the nearby art school. No matter where you go there, art will accompany your every step, as well as historical exhibitions, e.g. the recently ended exhibition of children’s costumes from the seventeenth to the nineteenth century, etc.

A beautifully told story of the creation of the castle can be found here: History of Wiśnicz Castle

One of the chambers is constructed in such a way that being in one corner of it, you can hear even a very quiet conversation taking place in the opposite corner of the room. In olden times, this room was used for confession. It was here that Lubomirski eavesdropped on his wife’s confessions. And while the above-mentioned curiosities may contain more or less truth in them, this one is true, and I tested it personally.

An interesting fact at the Castle is also the so-called Bat Route – a secret underground passage, where there is an exhibition of torture instruments.

Maybe not everyone knows that Queen Bona, who resided on the Wawel Hill on a daily basis, was a frequent guest at the castle in Wiśnicz. The then Lord of the Castle, Piotr Kmita of the Szreniawa coat of arms, was a loyal supporter of Bona. Apparently, it was here, and at the behest of Bona, that Piotr Kmita gave Barbara Radziwiłłówna, the wife of Bona’s son, Sigismund II Augustus, a slow-acting poison. Queen Bona hated her daughter-in-law.

Barbara Radziwiłłówna, was a Lithuanian princess. At the time Lithuania was under the ruling of the Polish king. After the death of her first husband, she began a fiery affair with the young Sigismund Augustus, and he married her in secret. She was called a Lithuanian harlot with allegedly many secret lovers. A pervasive scandal broke out. However, despite this restless atmosphere in royal circles, Sigismund Augustus did everything to ensure that his beloved wife was crowned. This happened six months before her death, preceded by a serious illness. Doctors helplessly spread their hands. In the final phase of the disease, Barbara’s supposedly beautiful body was covered with ulcers and began to emit an unpleasant smell to such an extent that no servant wanted to look after her. Barbara died in torment.

The ghost of Barbara Radziwiłłówna sometimes appears in the chambers of the castle in Nowy Wiśnicz.

And those who have not yet had the opportunity to see it can do it with the help of a novelty which is VR projection using virtual glasses, where we take a flight around the interiors of the castle, also meeting its inhabitants.

Despised and misunderstood by the nation, beautiful Barbara was the King’s great love. So great that using the spells of Master Twardowski he wanted to bring her from the afterlife.

The most famous sorcerer of Kraków, Jan Twardowski, was an alchemist. He worked to invent the philosopher’s stone, which would make it possible to turn any metal into gold. He was also able to rejuvenate and cure diseases. Apparently, it was he who built the Błędowska Desert located near Kraków.

Twardowski owed his knowledge and knowledge of magic to the devil, to whom he sold his soul by signing a cyrograph. However, he wanted to outwit the devil, so he added a paragraph to the cyrograph saying that the devil could take his soul to hell only in Rome, which for many years the master carefully avoided.

He gained wealth and fame, eventually becoming a courtier of King Sigismund II Augustus, who after the death of his beloved wife Barbara surrounded himself with astrologers, alchemists and magicians.

One day, the Mniszko brothers reported to Master Twardowski, offering the Great Mage a bag of ducats for summoning the spirit of Barbara Radziwiłłówna from the afterlife. Its sight was to comfort King Sigismund in his icing sorrow and protect him from debilitating depression.

Twardowski asked for a few days to think. Once in his chamber, he took out of his drawer a sorcery book he had once received from the Devil Trzeciak. Something flashed and a small goat jumped out of the open book, which in the blink of an eye turned into a Devil that bowed to his Lord. The devil’s power, however, was not able to restore the deceased from other worlds, and even more so because Barbara did not go to hell at all. Twardowski had a problem because in heaven he did not have any plugs at all. So he decided to use a trick.

The Mniszko brothers brought a beautiful townswoman – Barbara Giżanka. This woman was like a mirror image of Barbara Radziwiłłówna. The king was brought into the dark chamber where a mirror was placed in front of him. Over that mirror, Master Twardowski made magical signs.

When the clock struck midnight, a woman appeared in the mirror, deceptively resembling the king’s beloved wife. This sight shocked Zygmunt so much that he fainted. This event apparently calmed the king’s nerves, and although he still wore mourning robes, he was less lamented by Barbara.

Twardowski and the royal peacekeeper Mniszek, however, had no intention of stopping there. After a few weeks, the latter introduced Barbara Giżanka to the king. The king went crazy for her and she became his uncrowned queen. She had such a huge influence on the king that the lords decided to get rid of her. To avoid this, the king sent the whole family to Podlasie and himself, sick, went to the residence in Knyszyn, where he died. Apparently, the king’s body had not yet cooled down, and Giżanka and her family were already robbing all the royal property to such an extent that there was nothing left to cover the body of the last of the Jagiellonians.

There is no certainty as to who took Twardowski’s mirror to the church in Węgrów. Some say that he himself, fleeing from the revenge of the Mniszko brothers, others that the servant of the Royal Castle in Warsaw gave it to his brother, the parish priest, who sprinkled it heavily with holy water, knowing the history of evoking the spirit of Radziwiłłówna.

Once, a local churchman looked into the mirror and instead of his own reflection he saw a terrible mascara. Without thinking he hit it with a heavy set of keys and the mirror cracked.

The parish priest ordered that it be taken to the sacristy and hung so high that no one could look into it again.

And Twardowski? One day he ended up in an inn with an unfortunate name… “Rome”. Apparently, it is the same one in which you can still eat and drink in Sucha Beskidzka. However, when the impatient devil came there for his soul, Twardowski jumped on the rooster and soared into the sky! Apparently, he is still sitting on the moon and longing for Kraków. Only his spider-like servant visits the city once a month to collect the latest gossip.

I can’t help but mention one more amazing thing, which few people know about, and which is a unique legacy of Polish history and you can take a closer look at it in Wiśnicz, namely the pompa funebris.

Radosław Gajda from the Channel Architecture is a good idea talks beautifully about this tradition: 

The video is in Polish however it is supported by plenty of visuals and therefore is quite easy to understand.

Noble funerals in the lands of Middle Age Poland were full of splendour, dignity and ostentatiously manifested wealth. The funeral ceremony itself usually lasted many days and was a very theatrical event. The deceased was supposed to watch this spectacle, in which he and his merits were praised, so while he was still alive he funded a coffin portrait from which he could observe this party. See below what it looked like. I will describe this interesting custom another time, because it is really unusual.

Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum „Zamek Opalińskich” w Sierakowie.
Sarkofagus of Jan Karol Opaliński in „Zamek Opalińskich” Museum in Sieraków, Source: Wikipedia

I went on a virtual walk around the castle and I managed to take a photo of just a few coffin paintings that are exhibited in Wiśnicz. Take a look:

It so happens that my last bonfire-sausage-alcoholic party that I remember took place just under the Wiśnicz castle. I was 19 years old and probably a week or 2 later I was going on holidays to Ireland. Yes! My vacation has dragged a little bit and became sixteen years long 🙂 well….

Wiśnicz and its surroundings are so rich in the legacy of culture, art and history that I will tell you about it more than once. Bottomless well.

For now – so long,

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Tu możesz poczytać po polsku:

Hejnał na deser z okazji 750-lecia lokacji Krakowa

Słuchaj podcastu tutaj:

Była to jedna z corocznych wizyt w domu rodziców niedaleko Krakowa. Był rok 2007. Wiadomo, kiedy się gdzieś mieszka lub często bywa to zwykle planowanie wycieczek w te miejsca nie jest sprawą oczywistą. No i tak też było tym razem. Pewnie gdzieś po drodze z Lotniska w Balicach mignęło nam przed oczami obwieszczenie o 750-leciu fundacji naszej Cracovii, więc nie można było takiej akcji w ogóle przepuścić!

Nie każdy wie o co z tym Krakowem chodzi. Jedni mówią, że to dwa miasta były, inni o smoku i Kraku, jeszcze inni o Wandzie, która Niemca nie chciała. Jest i Bazyliszek, no i Pan Twardowski oczywiście. No, legend aż się roi, ale gdzie tu iść i na co patrzeć kiedy 750-e urodziny się świętuje?

To proste, tam gdzie zawsze 🙂 Na Floriańską, w stronę Rynku a potem to już samo się idzie.

Tylko zanim wkroczycie w objęcia pozostałości średniowiecznych murów Krakowa, a dostaniecie się tam Bramą Floriańską, trzeba wam moi drodzy poznać budowlę nie zwyczajną; piękną i bogatą architektonicznie, będącą niezwykłą ozdobą Plant, ale przede wszystkim budowlą której funkcję mało kto rozumie, a już z pewnością mało kto ogląda od środka. A mianowicie Barbakan. Obecnie można zwiedzać od środy do niedzieli w godzinach 10-17

Barbakan w średniowiecznym Krakowie służył jako przedbrama do miasta. Wjazd do niego znajdował się po prawej stronie, nie od frontu, co w razie ataku umożliwiało ostrzał flankowy, czyli z boku. Jego głównym celem była obrona wjazdu do miasta. Warto stanąć przy murze Barbakanu i spojrzeć w górę. Zobaczycie tam prostokątne otwory, które również służyły celom obronnym, tak zwane machikuły, przez które można było atakujących polewać wrzącą smołą na przykład.

Średniowieczny Barbakan oraz mury Krakowa (źródło foto – wiki)

Miasto samo w sobie otoczone było murami, w których co jakiś czas pojawiała się wieża. Obecnie tych baszt pozostało tylko trzy: Pasamoników, Ciesielska i Stolarska, ponieważ niestety w XIX wieku nastąpiła tzw. burzymurka na ziemiach Rzeczypospolite,j w czasie której średniowieczne mury miasta Kraka nie zostały oszczędzone, poza widocznym fragmentem w okolicach Bramy Floriańskiej, do której wjeżdżało się kiedyś przez Barbakan i najstarszą bramą Rzeźniczą, która jest częścią zabudowań klasztoru na Gródku.

Kto przeszedł przez Bramę Floriańską już wie gdzie jest i dokąd podąża. A mianowicie prosto przed siebie, gdzie na horyzoncie jawi się sylwetka przepięknego Kościoła Mariackiego.

Na początek jednak mijamy mury, które obwieszone są rękodziełami i obrazami, kilka metrów dalej po lewej dom Jana Matejki, po prawej knajpa Pod Złotą Pipą, Hotel pod Różą, który był pierwszym hotelem w Krakowie i faktycznie zaczął swą karierę jako zajazd ze stajnią dla koni. Obecnie Hotel mieści się w dawnym, renesansowym pałacu Prospera Provany, dworzanina królowej Bony. Od XVII wieku przyjmuje najznamienitszych gości. Zatrzymywali się tu, między innymi, car rosyjski Aleksander I, wielki książę Konstanty, poseł perski do Napoleona – Mohamed Riza, Franciszek Liszt i Honoré de Balzac.
A przez kilka pięknych lat rolę jego kierownika sprawował jeden z moich ulubionych wykładowców na uniwersytecie, który kochał to miejsce ponad wszystko.

Na Floriańskiej malował też kiedyś fajne karykatury Włodek Gonczarenko. W życiu poza Floriańską, Włodek jest ukraińskiego pochodzenia malarzem o niezwykłym talencie, który wybrał Kraków na swój dom.

Grzechem byłoby zapomnieć o Gruzińskim Chaczapuri. na rogu z Marka. Restauracja ta pojawiła się za moich czasów studenckich i Lawasz, który tam robili normalnie roztapiał mózg. Niesamowita sprawa i mam nadzieję, że nadal można liczyć na jakość za dobre pieniądze.

Rocznica lokacji miasta Krakowa to jednak nie byle gradka i nie jakaś tam Noc Muzeów. To mega impra z darmowym wstępem do miejsc normalnie niedostępnych, artyści na ulicach, korowody, pochody, kwiaty, muzyka, fajerwerki. No ale przede wszystkich wszechobecna historia.

Niewiele jest miast, które poszczycić się mogą tytułem Europejskiego Miasta Kultury, gdzie średniowiecze miesza się z wiekiem XXI. Gdzie więcej artystów i studentów niż mieszkańców, gdzie łatwiej spotkać Żyda w tradycyjnym stroju i z pejsami zwisającymi spod kapelusza niż w Izraelu i gdzie jak się wychodzi z domu, to idzie się na pole 🙂

Wreszcie, kto słyszał, ten wie, że to w Krakowie, co godzinę cały Rynek wypełniają tłumy by zadrzeć głowy w górę i obserwować niezwykłe widowisko jakim jest hejnał z wieży mariackiej.

Wieża mariacka to oczywiście wieża Kościoła Najświętszej Marii Panny. Maria = mariacki

Legenda o hejnale mariackim nawiązuje do historycznych wydarzeń mających miejsce w 1241 roku, gdy oddziały tatarskie zaatakowały miasto Kraków. Średniowiecznym zwyczajem było czatowanie strażnika na wieży i ostrzeganie miasta w razie niebezpieczeństw. Legenda opowiada o czasach, gdy ziemie polskie były pustoszone przez Tatarów, którzy w pewnym momencie postanowili napaść na Sandomierz i Kraków.

Pewnego ranka, kiedy wszyscy w Krakowie jeszcze spali, wokół unosiła się gęsta mgła a półmrok wciąż nie ustąpił światłu dnia, hordy Tatarów podkradły się cichaczem pod mury miasta. Trębacz pracujący w Kościele Mariackim jak co dzień wybierał się na wieżę. Gdy był już na jej szczycie, przygotowując się do pracy ujrzał przed bramami miasta całe zastępy armii wroga. Czym prędzej postanowił ostrzec mieszkańców przed niebezpieczeństwem, trąbiąc w instrument z całych sił. Początkowo zaspani mieszkańcy miasta nie reagowali, jednak po chwili zrozumieli, że wzmożone trąbienie jest ostrzeżeniem.

Tatarzy rozgniewani czujnością hejnalisty przeszyli jego gardło strzałą z łuku urywając zawodzenie trąbki. Każdy, kto mógł, chwycił jednakże za broń i wkrótce rozpętała się prawdziwa walka o Kraków, której wojska wroga nie uniosły.

Pamięć o odwadze trębacza rozeszła się po świecie i od czasu najazdu Tatarów hejnał wygrywano z Hejnalicy na mariackiej wieży nieprzerwanie aż do końca XVIII wieku, kiedy to na jakiś czas konieczne było wycofanie funkcji hejnalisty z powodu braku możliwości finansowania takiego pracownika. Zwyczaj ten powrócił do Krakowa gdy prywatni darczyńcy – Tomasz i Julianna Krzyżanowscy ofiarowali w testamencie sporą sumę pieniędzy na utrzymanie trębacza. Od 1810 do 1939 roku hejnał znów zatem rozbrzmiewał bez przeszkód każdego dnia. Zakazano go jedynie w okresie okupacji hitlerowskiej. Po pewnym czasie Niemcy zgodzili się, by z wieży trąbiono o godzinie dwunastej i dziewiętnastej. Hejnał krakowski ma tak wielkie znaczenie dla Polaków, że w latach 20. XX wieku Polska Rozgłośnia Radiowa rozpoczęła zwyczaj bezpośredniej transmisji z wieży. Hejnał rozbrzmiewa zatem dokładnie tak samo jak tego pamiętnego dnia również w eterze, zawsze o godzinie dwunastej w południe.

Kiedy byłam małą dziewczynką i telewizja czarno-biała mnie nie kręciła (kolorowa też mnie wyjątkowo nie kręci) często słuchałam z mamą właśnie radia; hejnału i bajek czytanych dzieciom na antenie. To z tych oto czasów pochodzi cała moja wiedza życiowa. Ah no i te najpiękniejsze piosenki dla dzieci, których już nikt nie słucha.

A skoro mowa o Kościele Mariackim, to zapewne trzeba by wspomnieć o co najmniej trzech rzeczach. Mianowice: 1. Drewniany ołtarz w wykonaniu Wita Stwosza, 2. Żółta ciżemka i wreszcie 3. Polski gotyk.

Dlatego też ten kościół – legenda zasługuje na własną historię.

Tak więc do następnego razu!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

See the English version of this article here: