Biegunka à la Portuguesa

Możesz posłuchać wersji czytanej tutaj: Biegunka Portuguesa

Z Alcacér do Sal pojechaliśmy drogą IP8, aby finalnie dotrzeć do zachodniego wybrzeża Portugalii.

Miasta, pojawiały się po drodze i znikały, ale naszym celem był Ocean Atlantycki. Piękne miasto Santiago do Cacém wyskoczyło nam nagle przed nosami i było coś w tym miejscu, co wmówiło nam, abyśmy go nie pominęli.

Zobacz obraz źródłowy
Źródło: Alentejo

Portugalskie wioski i miasteczka są zwykle usytuowane w bardzo strategiczny sposób – na szczycie ogromnych kopców i zazwyczaj bywają też zwieńczone zamkiem, ogromnym alkazarem, albo, jak w tym przypadku również – cmentarzem wewnątrz ruin zamku – czyli szczątkami wewnątrz szczątek.

Średniowieczny zamek (Castelo de Santiago do Cacém) został zbudowany w XII wieku ponad wcześniejszą mauretańską fortecą, której części są nadal widoczne. Miasto ma zarówno mauretańskie, jak i rzymskie pochodzenie.

Legenda głosi, że władca Maurów panujący nad tym obszarem miał troje dzieci: 2 synów i córkę. Zgodnie z tradycją najstarszy syn miał prawo jako pierwszy wybrać, które ziemie odziedziczy po śmierci ojca. Drugi syn również wybrał swoją działkę, a córce też się tam coś ostało. Kiedy jednak władca zapytał córkę, czy jest zadowolona z tego, co pozostało jej dziedzictwem, odpowiedziała, że nie interesują jej nieruchomości (poważnie?! – to najlepszy biznes w historii!). W zamian rzekła, że chce kawał strategicznie położonej ziemi, o wielkości określonej przez obszar jaki zakreśli rzemieniem wyciętym ze skóry wołu, który im pokazała. Uważała, że budowa twierdzy ma o wiele większe znaczenie, gdyż z pewnością przyjdzie taki dzień, w którym będzie ona im konieczna do obrony. Zostało to zaaranżowane podle jej wytycznych, a ona sama następnie, wspomnianym sznurkiem wyciętym ze skóry wołu, zaznaczyła granicę owej ziemi. Po trzech dniach gęstej mgły pojawiła się tam twierdza.

Zobacz obraz źródłowy
Źródło: castleworldcom

Pamiętacie, jak opowiadałam Wam o Casela Velha i małych mieszkankach na cmentarzu? Santiago do Cacém, ma najwspanialsze przykłady tych właśnie pośmiertnych apartamencików. Ale można tu również znaleźć wiele innych rodzajów grobów, typowych dla cmentarzy europejskich.

Samo miasto jest magiczne. Maleńkie brukowane uliczki prowadzą zwykle w dół lub w górę wzgórza między pobielonymi domami. Droga na szczyt jest bardzo stroma, ale warta kropli potu na czole.

Usiedliśmy na murach. Stada owiec i krów wędrowały po łące, śpiewając swoje pieśni w stylu muu i baa tym, którzy już ich nie widzieli spoza murów. I siedzieliśmy tam tak przez chwilę, wpatrując się w okoliczne góry, wybrzeże absolutnie niesamowitych plaż, kontemplując wieki historii, która przeszła przez to miejsce.

Żółto-biały budynek dołączony do zamku, Igreja Matriz de Santiago do Cacém, pochodzi z XIII wieku i został zbudowany przez Zakon Santiago. Obecnie jest to pomnik narodowy, w którym mieści się Muzeum Sztuki Sakralnej Santiago do Cacém i rzeźby reliefowe przedstawiające Santiago walczącego z Maurami.

No właśnie, pewnie słyszeliście o Santiago de Compostella? Setki tysięcy tras prowadzą do tego miejsca z całej Europy i miliony ludzi przemierzają je corocznie, aby dotrzeć do Finis Terra. Są one nazywane szlakami św. Jakuba i oznaczone znakiem muszli.

Finis Terra, źródło: internet

Św. Jakub Starszy lub Większy, znany również jako Santiago de Matamoros (z hiszpańskiego matar – zabijać i moros – Maurowie), więc Zabójca Maurów lub Pogromca Maurów, był jednym z 12 apostołów, których misją było nawrócenie Celtów mieszkających w obecnym regionie Galicji, północnej części Hiszpanii, na chrześcijaństwo.

Santiago Peregrino (św. Jakub Pielgrzym) w Bazylice Santiago de Compostella, źródło: internet
Padwa, Bazylika św. Antoniego, Kaplica św. Jakuba – Śmierć św. Jakuba, źródło: inetrnet
Obecny grób Santiago w katedrze w Santiago de Compostella, źródło: internet
Giovanni Battista Tiepolo - St Jacobus in Budapest.jpg
Święty Jakub Matamoros – Giovanni Battista Tiepolo, źródło: internet

Po męczeńskiej śmierci przez ścięcie, na rozkaz Heroda Agryppy, ciało Santiago spoczęło na łodzi, która została wypuszczona w morze. Według legendy zastępy aniołów zaprowadziły ciało z powrotem na wybrzeże galicyjskie, gdzie apostoł został ostatecznie pochowany w lesie Liberdon w rejonie miasta Iria Flavia. Bez głowy oczywiście, która obecnie przebywa sobie w Jerozolimie.

Grób świętego został z czasem zapomniany i nikt nie wiedział, gdzie tak naprawdę się znajduje. Przełom nastąpił w roku 813, kiedy to według wierzeń zdarzył się cud. Pasterz (Pelayo) zobaczył deszcz gwiazd spadających na ziemię i boskie światło oświetlające tajemnicze, wąskie wejście do podziemi znajdujących się na wzgórzu Liberum donum. O tym niezwykłym zjawisku poinformował ówczesnego biskupa, Teodomira de Iria, który po zbadaniu okolicy uznał, że wskazane przez gwiazdy miejsce jest miejscem pochówku św. Jakuba Starszego oraz jego dwóch uczniów.

Na wieść o tym odkryciu król Galicji i Asturii Alfons II natychmiast udał się tam ze swoim dworem i rodziną. Na miejscu ogłosił Jakuba patronem Królestwa i dla upamiętnienia tego wydarzenia nakazał budowę kościoła nad grobem Apostoła.

Miejsce to nazwano Campus Stellae, co po łacinie oznacza pole gwiazd. Stąd druga część nazwy miasta Santiago de Compostela.

Król Alfons II sprzeciwił się żądaniu Maurów przywrócenia daniny 100 dziewic (pięćdziesięciu szlachcianek i pięćdziesięciu z pospólstwa). W dniu jego śmierci, kiedy Ramiro I przejął władzę nad krajem, rozpoczęła się legendarna bitwa pod Clavijo, podczas której Santiago pojawił się na białym koniu i pomógł chrześcijanom, prowadzonym przez króla Ramiro I, podbić Maurów. Nawołując: ¡Dios ayuda a Santiago! “Boże pomóż św. Jakubowi!” – udało im się zabić ponad pięć tysięcy z nich.

Chwilę później, kiedy próbowaliśmy znaleźć drogę powrotną do autostrady, na naszych oczach zmaterializował się wyjątkowy widok – znak drogowy, w kierunku: ruinas romanas i moinho.

Znajdujące się w pobliżu ruiny rzymskiej osady de Mirobriga są jednym z najlepiej zachowanych zabytków tego typu w Portugalii. Wielkość kompleksu sugeruje jego dość duże znaczenie w tym czasie. Istniały tu i do dziś są widoczne pozostałości dwóch łaźni (prawdopodobnie dla mężczyzn i kobiet), świątyni, domostw, sklepów, mostu, utwardzonej drogi oraz fundamentów hipodromu lub rzymskiego cyrku używanego do wyścigów rydwanów. Kilka z oryginalnych, ozdobnych kolumn należących do Forum lub świątyni również można zobaczyć do dziś.

Okupacja Santiago przez Imperium Rzymskie została zastąpiona przez okupację Wizygotów, a następnie Maurów, którzy kontrolowali wówczas Półwysep Iberyjski. Następnie, w XII wieku, osada była rządzona przez portugalskich królów, po czym stała się własnością Zakonu Santiago, aż w końcu Almohadowie wznowili tutaj muzułmańską kontrolę.

Nazwa Cacém, prawdopodobnie wywodzi się od mauretańskiej nazwy miasta, Kassen, a Santiago pozostało po Zakonie Santiago.

Według legendy księżniczka Vataça Lascaris ze wschodniego obszaru Morza Śródziemnego, przybyła do pobliskiego Sines i ruszyła do ataku na mauretańską osadę zarządzaną przez człowieka o imieniu Kassen. Bitwa została przez niego przegrana, a stało się to na zamku Santiago i dlatego miasto stało się znane jako Santiago do Kassen.

To inne słowo z drogowskazu – moinho, oczywiście oznacza młyn. Uwielbiam młyny, zwłaszcza “wiatraki”. Moinho da Quintinha to mały wiatrak zbudowany w 1813 roku, który działał aż do 1966 roku.

Typowa postać portugalskiego życia, młynarz, wieśniak o cechach wiejskiego świata. Mały przemysł, który posiadał młynarz, był firmą rodzinną. Z procesem mlenia wiązało się wiele zadań i zarówno dorośli, jak i dzieci odgrywali swoją równąrzędną rolę w codziennym funkcjonowaniu młyna.

Młynarz to poręczny człowiek o wielu umiejętnościach. Konieczne było, aby rozumiał wiatr i wiedział, jak obserwować pogodę. Musiał też rozumieć mechanizm samego młyna i nie tylko wiedzieć, jak zmiażdżyć i zmielić ziarna, ale także jak naprawić to, co wymagało naprawy.

Młynarz, prowadzący odosobnione życie, zawsze radośnie przyjmował gości.

Ledwo co podjechaliśmy, a ten uroczy gentelman i jego żona pojawili się przed nami, szczęśliwi, że mogą nas zabrać na wycieczkę po tym wspaniałym miejscu. Widzieliśmy wiele podobnych tworów w przeszłości, w Irlandii, Francji, Hiszpanii, Polsce; nigdzie jednak nie były one pokazywane przez faktycznego właściciela. A różnica jest ekstremalna. Nie ma czegoś takiego jak bariera językowa. Jedno spojrzenie w oczy tego człowieka i widać w nich tyle miłości, że nie było mowy o braku zrozumienia procesu skrywającego się za maszynerią.

Uważa się, że pierwsze wiatraki zostały zbudowane w Persji, a ich system został później wykorzystany przez Arabów i sprowadzony do Europy podczas ich inwazji. Oczywiście Europa przyjęła taką nowinkę z otwartymi ramionami, a idea szybko rozprzestrzeniła się na całym kontynencie między XI a XIII wiekiem.

Ze względu na zróżnicowane warunki klimatyczne i pogodowe wiatraki różniły się strukturalnie i dzięki temu możemy teraz kojarzyć ich specyficzną architekturę z niektórymi państwami, takimi jak na przykład Holandia, gdzie przybrały bardzo unikalny dla regionu kształt, kolor, a nawet funkcje. W Portugalii pojawiły się około XIV wieku i pomimo faktu, że są one już dawno zastąpione przez bardziej zaawansowaną technologię, uważa się, że Portugalia ma największą liczbę takich struktur.

Mimo że młynarstwo w starym stylu już nie istnieje, do dziś nie wyobrażamy sobie życia bez chleba, nie wspominając o bułkach, wypiekach, itp. Mąka odgrywała i odgrywa tak ważną rolę w ludzkiej egzystencji, że Portugalczycy poświęcili jej bardzo szczególne miejsce. Museu da Farinha (Muzeum Mąki), które można odwiedzić w pobliskiej miejscowości São Domingos. Był to kiedyś młyn działający do 1980 roku. Wszystkie maszyny są nadal na swych miejscach, a sąsiedni dawny spichlerz stał się luksusowym zakwaterowaniem, Casas da Moagem, z ładną restauracją i odkrytym basenem.

Nie wiedzieliśmy wówczas, że tylko 6 km na północny-zachód od miasta znajduje się Badoca Safari Park ze zwierzętami żyjącymi w warunkach sawanny. Obejmuje to typowych mieszkańców sawanny, takich jak zebry, antylopy, żyrafy, strusie, ale także szympansy i lemury oraz egzotyczne i mięsożerne ptaki. Wycieczki z przewodnikiem są obsługiwane w stylu safari czyli jeepem. Koniecznie odwiedzimy przy następnej okazji!

Ruszyliśmy jednak dalej, ponieważ dzień zbliżał się ku końcowi, a my byliśmy zaledwie parę kilometrów w dół drogi od uroczej babci.

Przejechaliśmy przez Sines, wspaniałe nadmorskie miasteczko, ale tylko po to, by rzucić okiem, ponieważ tuż za jego granicami naprawdę niesamowite plaże czekały na odkrycie.

Źródło: google maps

Ocean Atlantycki uderzał w skały imponującymi falami. Spacerowaliśmy przez chwilę, ale…. trzeba się było spinać! ….w poszukiwaniu zakwaterowania, ponieważ wygląda na to, że duszony język zaczął łaskotać wnętrzności mojego towarzysza, a to jak bardzo, mieliśmy się dopiero przekonać. Biegunka Portuguesa odkryła swe prawdziwe oblicze kiedy zadekowaliśmy się w pobliskim Porto Covo.

Burza trwała całą noc. I było ciężko – delikatnie mówiąc…

Ale jak wiemy, po każdej burzy wychodzi słońce. I tak też wyszło dla nas w tej pięknej, smerfnej, biało-niebieskiej wiosce. Ale o tym innym razem.

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Odlotowe plaże Loty – Portugalia

Cześć Wam Wszystkim, którym lakurat nie chce się czytać! Tutaj możecie też posłuchać:

Obudziłam się dziś rano ze wspomnieniem Pięknego Snu. Tak, wiem, dużo śnię. A to słowo „lot” magicznie powtarza się przez całe moje życie. W przeróżnych formach i więcej o tym innym razem. Tym razem sprowadziło mnie to z powrotem na plaże Lota w Portugalii.

Był kwiecień 2016 r. i byłam bardzo zmęczona wykonywaniem tych samych codziennych czynności; praca i bycie matką dwulatki i staranie się o życie nigdy nie było łatwe. Postanowiłam więc na chwilę uciec, tylko my Dziewczynki.

Portugalia zawsze była właściwym miejscem, więc wybrałem Portugalię. Musiało być jak najdalej od ludzkości, ale jak najbliżej plaży, abyśmy mogły ogrzać nasze małe białe kości w przyjemnym miejscu.

Kilka dni później znałam lokalizację naszego hotelu, zarezerwowałam samochód i nie potrzebowałam więcej podróżując na moim ulgowym bilecie z pracy – standby-u. To jest fajne doświadczenie. Towarzyszy mu dreszczyk emocji, z racji że nigdy nie wiesz czy wejdziesz na pokład czy nie, jeśli lot jest pełny. Ale mam swoje sposoby, więc zwykle załatwiam to przed dotarciem na lotnisko. Z wyjątkiem tego razu 🙂

Byłam tak podekscytowana wyjazdem, że zupełnie zapomniałam zadzwonić do biura i sprawdzić, ile osób faktycznie leci tym lotem do Faro. A Faro to destynacja numer 1+ w Irlandii, szczególnie w okresie letnim. Więc udałyśmy się na lotnisko tylko po to, by zmienić rezerwację na następny lot – późno w nocy – i niestety wróciłyśmy do domu, aby poczekać na naszą kolej 🙂

Przylot do Faro po północy wcale nie jest taki zły. Po prostu unikasz tego, czego chcesz uniknąć – mas ludzkości z całego świata. Ale był mały problem, Chloe była całkowicie wyczerpana, a nasza wypożyczalnia samochodów obiecała, że przedstawiciel na nas zaczeka. Więcej nie muszę mówić, prawda? Więc po około pół godziny prób zlokalizowania faceta, w końcu się pojawił. Stamtąd zabrał nas oraz kilku innych ludzi z naszego lotu do busika i do ich biura. Wszystko poszło świetnie. Chloe zwymiotowała tylko raz po przyjeździe, ale personel był niesamowity. Super profesjonalni i naprawdę szybcy. Przypuszczam, że głównym powodem ich profesjonalizmu była niechęć do sprzątania ewentualnej kolejnej dawki wymiocin 😀 Tak, naprawdę polecam Centauro Car Rentals. Niesamowici ludzie i obsługa. Ale tak serio.

Jestem trochę kierowcą Formuły 1, ale! jest ale… tak, nie radzę sobie zbyt dobrze z jazdą prawą stroną drogi. Dlatego zawsze dobrze jest wynająć samochód i opłacić pełne ubezpieczenie (jakieś 50 Euro) i w ten sposób z radością uderzyć można w każdy możliwy chodnik. Więc tak też zrobiłam i ja. Zapłąciłam 48 Eur i z radością przy każdej nadarzającej się okazji uderzałam prawą przednią oponą w chodnik 😀 A wszystko to jeżdżąc tym obłędnie wielkim fiatem 500 🙂

Zresztą z wypożyczalni samochodów wystarczyło tylko skręcić w prawo na autostradę w kierunku Hiszpanii. Tak, tam woda jest cieplejsza i nie chodzą po tobie ludzie.

C zasnęła w ciągu kilku sekund i miałam tylko nadzieję, że w ciemności nocy mój Internet działający na roamingu mnie nie zawiedzie… Ale tak się stało. Skręciłam w prawo z autostrady i wylądowałem w jakimś szczerym polu. W ciemności widziałam tylko strasznie wyglądające budynki i duże ogrodzenia wokół każdego hotelu, do którego pojechałam. Zgubiłam się w malutkim miejscu zwanym Manta Rota i dość zdenerwowana wróciłem na pierwsze rondo, które zobaczyłam po drodze.

Przejechałam prosto i co? Nic! Skręciłam w lewo, nic, więc skręciłam w prawo… i tam to było… Zaparkowałam, chwyciłam moje 3 torby: wieeeeelką, mniejszą i najmniejszą, wózek spacerowy, śpiące Dziecko i wreszcie siebie i wniosłam to wszystko do holu, gdzie facet powiedział mi, że będziemy na pierwszym piętrze i nie ma windy: D W porządku. W końcu czy to nie ja dźwigam duże ciężary i naprawdę potrzebuję słońca?

A więc… już trzymałam Dzidzię na rękach, chwyciłam za wózek, powiesiłam na sobie najmniejszą, większą i największą torbę i poszłam do góry. Tyle tylko, że koniec podróży nie był u góry. Pokój był jakieś dobre 50 metrów za rogiem.

Zrobiłam to, udało się! Spałam, dopóki nie obudziła mnie ta cholerna skrzynka z klimatyzacją krzycząca ze ściany. Chloe spała jak kamień. Byłam oczywiście głodna…

Nasz pokój był bardzo ładny, z widokiem na kawiarnię, basen, na morze. Głodna jak diabli, padająca od gorąca, ale z misją: „plaża” w głowie zebrałam siebie, małą C, wózek spacerowy, kremy, czapki, ręczniki, bidony, zabawki i wreszcie nasz niesamowity namiot plażowy, którego jeszcze nigdy nie rozpakowałam, załadowałam to wszystko na mnie i radośnie zeszłam na dół do restauracji. Nigdy nie podróżuj inaczej niż na ofercie B&B! Jedz dużo a więcej pakuj do kieszeni na później…

Więc tak zrobiłyśmy. Później znalazłyśmy małą bramkę w ogrodzeniu przy basenie, która prowadziła na plażę. Hmmmm… kto by pomyślał, że ścieżka będzie zrobiona z maleńkich betonowych kwadracików za małych na kółka wózka, a poza tym wszystkie były zasypane piaskiem… Walka była prawdziwa, ale co tam!? Mamusia to silna kobieta, niosła nas wszystkich w jakichś 40°C przez tę piękną wydmę na plażę (eh! marne 15 minut!) C już jęczała 🙂

Krok 2, namiot. Ojej. Wiatr wiał jak diabli. Wyjęłam instrukcję, ale gdy wszystko wokół mnie latało, a dziecko chciało się bawić, mój mózg nagle stał się tak mały, że naprawdę walczyłam z poskładaniem tego w całość. Na szczęście jakaś niesamowita holenderska para, która najwyraźniej „była tam i robiła to wiele razy”, przyszła na ratunek i po kilku minutach wszyscy byliśmy przygotowani na odpowiedni rodzaj „plażowania”.

13350526_10208244939754688_5664807416250905641_o
13411725_10208244913874041_2361204453064477006_o

Nasz hotel znajdował się w okolicy Lota, w niewielkiej odległości od małej wioski Manta Rota. Wystarczająco cicho, choć już dość turystycznie, więc jeśli chcesz spokoju i prawie pustej ogromnej plaży, zatrzymaj się w Lota lub dalej w kierunku granicy z Hiszpanią.

Za jedyne 7 Euro dziennie można wynająć rower w recepcji hotelu, a jeśli podróżujesz z dziećmi to jest to optymalny sposób na spędzenie kilku fajnych dni. Tak też zrobiłyśmy.

13342904_10208244048412405_4785448170890876843_n

O ile Manta Rota oferowała jedzenie, plażę i pamiątki, to nie tam chciałyśmy być. Pewnego dnia pojechałyśmy rowerem do magicznego miejsca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ponieważ po prostu nigdy nie studiuję miejsc, do których jeżdżę. To zawsze muszą być spontaniczne wyjazdy, tylko wtedy naprawdę można poczuć prawdziwy klimat.

Casela Velha wita rowerzystów dość stromym wzniesieniem, ale na pewno nie przyjechałyśmy tu po to, żeby jęczeć. Ale, O mój Boże! widoki z tej wioski są absolutnie nierealne. Jest to dość mała miejscowość położona na wybrzeżu i niezbyt popularna, ale dlaczego? to pytanie, które zostawię bez odpowiedzi, ponieważ chcę, aby tak zostało.

13392134_10208244982755763_2853042883027925690_o

Na środku placu stoi piękny, wybielony kościół. Jest tam też jedna malutka kawiarnia prowadzona przez przesympatyczną panią. Ale my jak to my poszłyśmy na…. cmentarz. Widzieliście kiedyś portugalski cmentarz? Nie? Cóż, następnym razem, gdy tam będziecie, zróbcie to. To jest absolutnie konieczne. Ten tak naprawdę nie ma grobów. Wszędzie są ściany z małymi kwadratowymi okienkami. A te okna są pięknie zdobione; niektóre ze zdjęciami lub pamiątkami, inne mają miniaturowe firanki i wyglądają jak prawdziwe malutkie domki dla zmarłych.

C znalazła małego kotka i pobiegła za nim jak szalona. Spacerowałam dookoła, zaglądając do tych niezwykłych „domów” i myślałam sobie o tych ludziach; czy byli szczęśliwi, żyjąc tutaj, w tym malutkim raju? Czy urodzili się w Caseli? Czy ich rodziny spędziły tu przed nimi wieki? Cóż, takie zwyczajne pytania egzystencjonalne, tylko że tutaj, było to jakieś magiczne. Ale kot wskoczył na jedną ze ścian, pozostawiając moją córkę dość zdesperowaną, więc aby uratować świat przed Jej łzami, musiałam działać szybko i proponując wyzwanie w formie czegoś nowego i jeszcze niezbadanego.

Rzeczywiście było to wyzwanie, tylko że dla mojego biednego i już obolałego ciała. Tuż przy bramie na cmentarz znajdują się schody… no aaaaaaaaaaaaaaaaaaalle jaaaaakkkkiiiiieeee schody…

Casela Velha jest bliżej Taviry, jednego z największych miast w okolicy, plaża jest już podzielona na dwie części przez wody morskie, jednak w regionie Tavira jest całkowicie oddzielona przez rzekę. To jeden z powodów, dla których w końcu zdecydowałem się pojechać trochę dalej w kierunku Hiszpanii, ponieważ dostęp do plaży w tej części jest bezpośredni, podczas gdy wokół Taviry trzeba wziąć łódkę, co może być trochę kłopotliwe podczas podróży na własną rękę z małym dzieckiem.

I tak zostawiłyśmy nasz pojazd wraz z naszymi zapasami żywności całkowicie niezabezpieczony przed kościółkiem – ale tak serio, kto odważyłby się ukraść rower z fotelikiem dla dziecka spod kościoła, prawda? 🙂 Wzięłam to moje dziecko w ramiona i zeszłyśmy na dół, nawet nie odważając się liczyć schodów. A na dole czekała na nas malutka plaża z malutką łódką i złocistożółtym piaskiem.

13433188_10208244983835790_9141276289980043257_o

Rower szczęśliwie czekał na nas tam, gdzie go zostawiłyśmy. Droga powrotna do hotelu wyglądała jeszcze piękniej niż w przeciwnym kierunku. Śliczne domy z sadami wabiły nas swoimi pochylającymi się od ciężaru owoców gałęziami obsypanymi idealnymi pomarańczami.

Pani w recepcji uśmiechnęła się do nas i jednocześnie spojrzała na sprzątaczkę, aby ta miała się na baczności. Cóż, tego ranka poplamiłyśmy jedną z ich uroczych poduszek w holu i wszyscy wydawali się całkowicie przerażeni, że możemy to zrobić ponownie. Właściwie plama była wielkości paznokcia. Zdarza się, że dziecku spadnie kawałek kiełbaski podczas śniadania. A poduszka była ładnie wyprana i teraz wyglądała jak nowa 🙂

Zdecydowałyśmy, że nie wiedzą, o co w życiu chodzi, uśmiałyśmy się z głębi serca i ruszyłyśmy przed siebie, by kupić kolację w restauracji i zjeść ją na balkonie naszego ładnego pokoju.

… na tym samym balkonie, na którym spędzałam noce, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i słuchając szumu morza…

Ta podróż ma swój koniec… … ale jeszcze nie teraz 🙂

Na razie

Ania

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Angielską wersję znajdziecie tutaj:

The Beaches of Lota – Portugal

Listen to a podcast: The Beaches of Lota – Portugal

I woke up this morning with a memory of a Beautiful Dream. Yea, I know, but I do dream a lot. And this word ‘lot’ happens to magically repeat throughout my life. This time, it brought me back to the Beaches of Lota in Portugal.

It was April 2016 and I was getting super tired from going through the same daily routines; working and being a mother of a back then 2 year old and trying to live some life was never easy. So I decided to run away for a while, only us Girls.

Portugal was always the right place to go to, so Portugal is what I chose. It had to be as far away from humanity though as possible and close to the beach so that we could warm our little white bones somewhere nice.

Few days later, I knew my hotel location, reserved a car and needed nothing more, travelling on my stand by tickets from work. That’s always fun. There’s this thrill accompanying it that you may not board in the end if the flight is too full. But I have my ways so usually got this covered before getting to the airport. Except this time 🙂 Was so excited to be going away that I totally forgot to ring the office and check how many people are actually on this flight to Faro. Faro! That’s like destination number 1+ in Ireland, especially during summertime. So we went to the airport only to rebook onto the next available one – late at night – and sadly went back home to wait on our turn 🙂

Arrival after midnight in Faro is not such a bad thing at all. You simply avoid what you want to avoid – masses of humanity everywhere. But there was a little problem, Chloe was completely exhausted and our rental car company promised to have a rep awaiting us. I do not have to say more, right? So after some half an hour of trying to locate the guy, he finally showed up. From there, he took us and some other folks from our flight onto a van and into their office. That was all good. Chloe puked only once after we arrived there but the staff was amazing. Super professional and real fast so that they would not have to clean any more of that 😀 Yes, truly recommend Centauro Car Rentals. Amazing People and service.

I am a bit of a Formula 1 driver but! there is a but… yep, I am not so good driving on the right side of the road. That’s why it’s always a good idea to rent a car and pay full insurance (some mare 50 Eur) and this way you can happily hit every possible pavement you wish to hit. So I did too. Both, paid 48 Eur and happily hit every piece of pavement with my right front tire 😀 And all that driving this insanely huge Fiat 500 🙂

Anyway from the Car Rental place it was only a matter of turning right onto the motorway towards Spain. Yes, that’s where the waters are warmer and there are no people walking on top of you.

C fell asleep within seconds and I only hoped that in the darkness of the night my internet running on roaming would not fail me… But it did. I took a right turn from the motorway but then ended up in some middle of nowhere. In the darkness all I could see were some scary looking buildings and big fences around any hotel I drove to. Lost my way in a tiny place called Manta Rota and pretty upset returned to the first roundabout I saw on my way. Went straight through and what? Nothing! Turned left, nothing, so turned right… and there it was… Parked, grabbed my 3 bags: biiig, smaller and the smallest, pushchair, sleeping Baby and finally myself and dragged it all into the lobby where the guy told me I would be on the first floor and there was no lift 😀 Fine. After all am I not the one who lifts heavy weights and really needed the sun?

So… I already held the Baby, grabbed the pushchair, hanged the smallest, the bigger and the biggest bags on me and went up. Only that up was not the end of the journey. The room was some good 50 metres walk around the corner.

Made it. Slept until that freaking aircon box screaming from the wall woke me up. Chloe slept like a stone.

Our room was very pretty, overlooking the cafe, pool area and with the view of the sea. Hungry as hell, super hot but with a mission ‘beach’ in my head, I gathered myself, little C, pushchair, creams, hats, towels, water bottles, toys and finally our amazing beach tent which I had never unwrapped yet since I got it, loaded all onto me and happily walked downstairs to the restaurant. Never travel other than on B&B deals! Eat a lot and sneak some more for later…

So we did. Later we found a little gate in the fence by the pool that led to the beach. Hmmmm… who would have thought that the path would be made of tiny concrete squares too small for the pushchair wheels and besides they were all covered in sand… The struggle was real, but what? Mommy is a strong woman, she carried us all in some 40°C across this beautiful dune onto the beach (eh! mare 15 minutes!) C was already moaning 🙂

Step 2, tent. Oh dear. The wind blew as hell. I took out the instructions but with the whole thing flying around me and the baby looking to play my brain suddenly became so so small that I truly struggled with putting this thing together. Luckily some amazing Dutch couple who apparently had ‘been there and done that many o’times’ came to the rescue and in a few minutes we were all set and ready for the proper type of ‘beaching’.

13350526_10208244939754688_5664807416250905641_o
13411725_10208244913874041_2361204453064477006_o

Our hotel was in the Lota area, within a walking distance to a small village called Manta Rota. Quiet enough although already pretty touristy so if you want peace and an almost empty enormous beach, stay in Lota or further towards the Spanish border.

For only 7 Eur a day you can get a bike at your hotel reception and if travelling with kids this is an optimal way of spending a few cool days. So we did too.

13342904_10208244048412405_4785448170890876843_n

As much as Manta Rota offered food, beach and souvenirs, that’s not were we wanted to be. On one of the days we cycled to this magical place I never heard of before, because I simply never study the places I go to. These must always be spontaneous trips, only then you can truly get the real feel.

Casela Velha welcomes cyclists with a rather steep hill, but sure, we did not come here to whine. But Oh My God the views from this village are absolutely unreal. It is a fairly small place situated on the coast and not overly popular but why? is the question I will leave unanswered because I want it to stay just this way.

13392134_10208244982755763_2853042883027925690_o

A beautiful white washed church stands at the top of the square. There’s one tiny cafe run by a super kind lady there too. But we went to the graveyard.

Have you ever seen a Portuguese graveyard? No? Well, next time you are there, do. It is a total must. This one does not really have graves. There are walls with tiny square windows everywhere. And these windows are beautifully decorated; some with photographs or memorabilia, some have proper miniature net curtains and look like real tiny houses for the deceased.

C found a little cat and run after it like crazy. I strolled around peeking into these amazing, unusual ‘houses’ and thinking of these people; were they happy living their lives here in this tiny paradise? Is Casela were they were born? Is this were their families spent centuries before them? Well the usual you’d ask yourself, only here, it felt somehow magical. But the cat hopped on top of one of the walls leaving my daughter pretty desperate so to save the world from Her tears I had to act quickly and by offering a challenge of something new and yet unknown.

The challenge it was indeed but for my poor already sore body. Just by the gate to the cemetery there are stairs… maaaaaaany stairs… leading down to the beach. As Casela Velha is closer to Tavira, one of the largest towns in the area, the beach is already split into two by the waters of the sea, however in the Tavira region it is completely divided off by the river. That’s one of the reasons I in the end decided to go a bit further towards Spain as the access to the beach in that part is direct whereas around Tavira you must take a boat which can be a bit of a hassle when travelling on your own with a small baby.

And so we left our vehicle together with our food supplies completely unsecured by the church, but in fairness who would dare stealing a bike with a baby seat from beside the church, right? 🙂 I took that baby of mine into my arms and off we went down not even daring to count. And at the bottom awaited us this little tiny beachlet with a little tiny boat house and golden yellow sand.

13433188_10208244983835790_9141276289980043257_o

The bike was happily awaiting us exactly where we left it. And the way back to the hotel seemed even more wonderful, even tough the very same. Beautiful houses with pretty orchards were luring us with the visible sweetness of their heavy branches pregnant with perfectly round oranges.

Lady at reception smiled at us and at the same time looked at the cleaner to be on guard. Well, we did stain one of their lovely lobby cushions that morning and they seemed completely freaked out that we might do it again. In fact the stain was the size of a nail from the sausage C dropped on it at breakfast but the cushion was nicely washed and looked like new now 🙂

We decided they knew not what life was all about, laughed from the bottom of our hearts and moved on to grab a dinner in a restaurant and have it up on the balcony of our pretty room.

… that very same balcony I would spend nights on, staring at the starry sky and listening to the swooshing of the sea…

This journey does have it’s end…

… but not just yet 🙂

So long for now,

Anna & Chloe

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00

Or enter a custom amount


Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

This post can also be viewed in Polish here: