Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam….

Posłuchajcie podcastu tutaj: Jest port wielki jak świat….

To była kolejna podróż do Amsterdamu. Z takim prostym planem… ciesz się robieniem czegokolwiek.

Znam Amsterdam jak własną kieszeń po tym, jak mieszkałam tam przez dość długi czas dobrych parę lat temu, o czym na pewno kiedyś napiszę. Wtedy żyłam jednak życiem miejscowego, a tym razem mieliśmy na myśli coś zupełnie innego. Chcieliśmy robić wszystkie turystyczne badziewia i bez zbytniego obciążania mózgów myśleniem. Po prostu luz.

Zarezerwowałam hotel w centrum. Na zdjęciach wyglądał dobrze, ale nigdy wcześniej tam nie byłam.

Specjalnie poprosiłam o najwyższe piętro, abyśmy mogli mieć ładne widoki na miasto.

Po przyjeździe przypomniano nam, dlaczego najwyższe piętro nie jest tak dobrym pomysłem, gdy planujesz imprezować w Amsterdamie. Dwa powody: okna mogą być zbyt małe i zbyt wysoko osadzone, aby możliwe było jakiekolwiek podziwianie miasta, ponieważ najwyższe piętra zostały pierwotnie zaprojektowane jako magazyny. Kolejną rzeczą są schody. Tysiące niezwykle stromych i wąskich schodów sprawia, że twoje uda krzyczą z bólu w połowie drogi na szczyt. A wspinanie się po nich po pijaku lub w stanie odurzenia jointowego to wyzwanie stulecia.

This image has an empty alt attribute; its file name is snip.jpg

Domy holenderskie, szczególnie w Amsterdamie wzdłuż głównych kanałów w centrum: Herengracht (kanał dżentelmenów), Prinsengracht (kanał książęcy), Keizersgracht (kanał cesarski) i Singel (od holenderskiego omsingelen oznaczającego “otaczać”), są czystymi arcydziełami.

Zostały zbudowane około XVII wieku w okresie tzw. Holenderskiego Złotego Wieku, kiedy to Niderlandy świętowały swoją niesamowitą potęgę gospodarczą, mającą siłę w imponującej flotylli, używanej do importu i eksportu towarów po całym świecie.

Kiedy mówiłam o Sinterklaas-ie, wspomniałam o koloniach należących niegdyś do Holendrów, poczytajcie w poniższym blogu:

Dzięki wpływom na całym świecie Holendrzy zarabiali miliony. Ponoć mały woreczek herbaty stanowił równowartość ładnego domu w tamtych czasach.

Tropenmuseum, niedaleko zoo, zabierze Was z powrotem do czasów Holenderskich Indii Zachodnich. Dowiecie się tam na przykład, że to Holendrzy przywieźli kawę do Brazylii, ponieważ wcześniej była tam po prostu nieznana, a także wiele, wiele innych ciekawych historii.

Dzięki tak kwitnącemu biznesowi byli oni w stanie budować miasta na ziemiach odzyskanych z morza (polderach), na bagnach i torfowiskach, używając kilkudziesięciometrowych dębowych słupów, które będą podtrzymywać te struktury tak długo, jak długo tlen nie zechce się bawić z nasączonym wodą drewnem lub dopóki szczury i inne stworzenia nie zrobią sobie z nich przekąski.

Chociaż, ze względu na oczywiste prądy i ruchy błota na morskim dnie, w którym owe słupy są osadzone, dochodzi do ich osuwania się, a dzięki temu najstarsze części wielu miast, w tym Amsterdamu, cieszą się pokazem tańczących domów.

W rzeczywistości jednak jest to dość przerażające, ponieważ owe domy są dosłownie w trakcie zawalania się i jest to tylko kwestia czasu, kiedy konstrukcje wsporcze nie będą już wystarczająco wspierające.

W dzisiejszych czasach, gdy stare budynki są zastępowane nowymi, ogromne żelbetonowe słupy wtłaczane są do wody przed wylaniem pierwszego poziomu betonu. Słupy te są bardzo dobrze widoczne z łodzi w okolicy portu, gdzie budowane są nowe osiedla.

Kiedy mieszkałam w Amsterdamie, miałam szczęście, ponieważ jeden z domów w okolicy był odbudowywany. Mogłam z łatwością wspiąć się na dach sąsiedniego domu i spędzić godziny podziwiając ten niesamowity spektakl. Trochę jak z filmu science fiction, szczerze mówiąc.

W rzeczywistości w Holandii jest więcej rzeczy, które są trochę bardziej niż trochę science fiction. Na przykład sposób układania ich brukowanych dróg za pomocą maszyny która dosłownie “drukuje” gotowe jezdnie.

Nie wspominając już o ich najnowszych technologiach wykorzystujących plastik z recyklingu do tworzenia autostrad. Jest to złożona, wielowarstwowa, ogromna płyta, która łączy się z inną w taki sposób, w jaki klikacie ze sobą laminatowe deski podłogowe.

Zaprojektowane są one w taki sposób, aby woda mogła przepływać przez nie, wewnątrz, po natychmiastowym osuszeniu powierzchni. Kiedy płyta zostanie uszkodzona, można ją wymienić tak jak się wymienia poplamiony kwadracik dywanu w biurze.

Nie chcę nawet zaczynać na temat projektów inżynierii wodnej, nad którymi pracują teraz Holendrzy w związku z rosnącym ryzykiem podnoszenia się poziomu wody. Naprawdę niewyobrażalne rzeczy. Ale życie pod poziomem morza zobowiązuje.

Jedną z rzeczy, które zrobiliśmy tym razem, było wędrowanie i wpatrywanie się w wystawy galerii, odwiedzanie sklepów i podziwianie tej wspaniałej architektury, którą ludzie zwykle ignorują.

Kiedyś kopanie kanałów, wzdłuż których możemy teraz spacerować, zajęło długie 30 lat. Amsterdam i Holandia nigdy nie byłyby tym, czym są bez nich. I dlatego tym razem doceniliśmy właśnie je.

W przeszłości zaglądałam na skraj Dzielnicy Czerwonych Latarni po najlepsze chińskie jedzenie w mieście. Tym razem postanowiliśmy wejść na wyższy poziom i podążyliśmy za grupą chińskich turystów, którzy zachowywali się trochę jak stado owiec, które uciekło z zagrody na zboczu wysokiej góry i znalazło łąkę z bardzo zieloną trawą.

Zielona trawa, owszem była.

Cóż, pomyśleliśmy, że zobaczymy, co robią i poszliśmy za nimi do jednego z miejsc z pokazami seksu na żywo.

Wszyscy siedzieli jak w kinie. Podano drinki.

Pojedyncza butelka jakiejś wazeliny stała samotnie z przodu pustej sceny.

Chińczycy poprosili o drugą rundę whisky. Powoli zaczęli się rumienić i pocić. Stresowałam się trochę, patrząc na nich i miałam tylko nadzieję, że drzwi są otwarte i to wszystko nie przemieni się w jakąś paskudną orgię czy coś w tym stylu.

Chwilę później na scenę wyszła bardzo przystojna naga para. Bardzo gotowa do odegrania swoich ról. Grupie Chińczyków opadły szczęki. Niecałą minutę później wszyscy powoli zaczęli się ślinić.

Czuliśmy się teraz raczej niepewnie.

W rzeczywistości odsunęliśmy się nawet nieco od grupy napalonych Azjatów i postanowiliśmy cieszyć się pokazem, trzymając się za ręce w pełnej gotowości do ewentualnej ucieczki, gdyby tylko coś paskudnego zaczęło się wywijać.

Para na scenie uprawiała seks, którego nikt nigdy by nie chciał, zero uczucia i nic w sumie nadzwyczajnego. W rzeczywistości trwało to tak długo, że biedacy musieli używać tego smaru z buteleczki przez cały czas. Myślę, że byli daleko od początku dnia pracy i jeszcze nie zbliżali się do jej końca.

Ale było to dla nas coś nowego, więc zdecydowaliśmy, że jest w porządku, zwłaszcza, że orgia na koniec nie wybuchła, mimo że nasi “sąsiedzi” byli bliscy przekształcenia się w jakieś paskudne bestie między rzędami krzeseł.

Zamiast czekać aż coś w podobie się wydarzy, wyszliśmy i zawinęli do pobliskiego sex shopu, gdzie przejrzeliśmy dokładnie jego wyposażenie, aż w końcu znaleźliśmy sobie duży fioletowy vibrator, który muszę powiedzieć, dobrze nam służył później w nocy, ale… rano już nie wystartował, nawet z nowymi bateriami… Nie mieliśmy więc innego wyjścia, jak tylko wrócić i go wymienić.

Facet w sklepie obejrzał go pod każdym kątem, jakby próbował znaleźć przyczyny jego “choroby”. Ale nic nie można było znaleźć. Więc powiedział: “Dobrze, weźcie inny“.

Kilka chwil później, zadowoleni z nowej zabawki, przeszliśmy przez ulicę do coffee shop-u, zanim udaliśmy się na kolejną przygodę.

Amsterdam zawsze był znany ze swojej wielokulturowości, a także z luźnego podejścia do spraw, takich jak np. seks i miękkie narkotyki.

Jaques Brel, belgijski piosenkarz, napisał tę wspaniałą piosenkę, później przetłumaczoną przez wielu, w tym Davida Bowiego i Wojtka Młynarskiego: Dans le port d’Amsterdam (Port w Amsterdamie), w której podejmuje się również tematu prostytucji w starym porcie, chociaż polska wersja jest raczej lekka.

Jest port, wielki jak świat, co się zwie Amsterdam Marynarze od lat pieśni swe nucą tam Jest jak świat wielki port, marynarze w nim śpią Jak daleki śpi fiord nim szum fal zbudzi go Jest port wielki jak świat, marynarze w nim mrą,
Umierają co świt, pijąc piwo i klnąc.
Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat nowi rodzą się tam.

Marynarze od lat złażą tam ze swych łajb,
Obrus wielki jak świat czeka ich w każdej z knajp.
Obnażają swe kły skłonne wgryźć się w tę noc,
W białe podbrzusza ryb, w spasły księżyc i w los. Do łapczywych ich łap wszystko wpada na żer,
Tłuszcz skapuje kap, kap, z rybich wątrób i serc.
Potem pijani w sztok w mrok odchodzą spod wiech,
A z bebechów ich w krąg płynie czkawka i śmiech.

Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat tańce swe tańczą tam.
Lubią to bez dwóch zdań, lubią to bez zdań dwóch,
Gdy o brzuchy swych pań ocierają swój brzuch. Potem buch kogoś w łeb, aż na dwoje mu pękł,
Bo wybrzydzał się kiep na harmonii mdły jęk.
Akordeon też już wydał ostatni dech,
I znów obrus i tłuszcz, i znów czkawka i śmiech.

Jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdam,
Marynarze od lat zdrowie pań piją tam.
Pań tych zdrowie co noc piją w grudzień, czy w maj,
Które za złota trzos otwierają im raj. A gin, wódka i grog, a grog, wódka i gin
Rozpalają im wzrok, skrzydeł przydają im.
Żeby na skrzydłach tych mogli wzlecieć, hen, tam,
Skąd się smarka na świat i na port Amsterdam.

Na port Amsterdam

Na port Amsterdam.

This image has an empty alt attribute; its file name is holland25206-13dec20112520582.jpg

Autorzy piosenki: Jacques Roman Brel / Mort Shuman, Polska wersja Wojciech Młynarski

Dans le port d’Amsterdam
Y a des marins qui chantent
Les rêves qui les hantent
Au large d’Amsterdam
Dans le port d’Amsterdam
Y a des marins qui dorment
Comme des oriflammes
Le long des berges mornes
Dans le port d’Amsterdam
Y a des marins qui meurent
Pleins de bière et de drames
Aux premières lueurs
Mais dans le port d’Amsterdam
Y a des marins qui naissent
Dans la chaleur épaisse
Des langueurs océanes

Dans le port d’Amsterdam
Y a des marins qui mangent
Sur des nappes trop blanches
Des poissons ruisselants
Ils vous montrent des dents
À croquer la fortune
À décroisser la lune
À bouffer des haubans
Et ça sent la morue
Jusque dans le cœur des frites
Que leurs grosses mains invitent
À revenir en plus
Puis se lèvent en riant
Dans un bruit de tempête
Referment leur braguette
Et sortent en rotant

Dans le port d’Amsterdam
Y a des marins qui dansent
En se frottant la panse
Sur la panse des femmes
Et ils tournent et ils dansent
Comme des soleils crachés
Dans le son déchiré
D’un accordéon rance
Ils se tordent le cou
Pour mieux s’entendre rire
Jusqu’à ce que tout à coup
L’accordéon expire
Alors le geste grave
Alors le regard fier
Ils ramènent leur batave
Jusqu’en pleine lumière

Dans le port d’Amsterdam
Y a des marins qui boivent
Et qui boivent et reboivent
Et qui reboivent encore
Ils boivent à la santé
Des putains d’Amsterdam
De Hambourg ou d’ailleurs
Enfin ils boivent aux dames
Qui leur donnent leur joli corps
Qui leur donnent leur vertu
Pour une pièce en or
Et quand ils ont bien bu
Se plantent le nez au ciel
Se mouchent dans les étoiles
Et ils pissent comme je pleure
Sur les femmes infidèles

Dans le port d’Amsterdam Dans le port d’Amsterdam

Muszę przyznać, że podejście do seksu zaadaptowane przez Holendrów nie jest takim zwyczajnym rozwiązaniem wyjętym z kapelusza. To, co zrobili, było w rzeczywistości niezwykle sprytne. Nie tylko zalegalizowali wiekowy biznes, który z pewnością w najbliższym czasie nie zniknie z tej planety, ale opodatkowali go i uregulowali, a jednocześnie zapewnili lepsze i bezpieczniejsze środowisko pracy dla osób prowadzących tego typu działalność gospodarczą. Tym samym zminimalizowali również potencjalnie ryzyko, zarówno dla dostawców, jak i odbiorców usług.

W 2020 roku, podczas kwarantanny COVID19, holenderskie prostytutki miały bardzo trudne sześć miesięcy bez seksu. Holenderska policja bardzo rygorystycznie podeszła do tego właśnie sektora rynku, a hotele i inni dostawcy zakwaterowania musieli zgłaszać wszelkich podejrzanych i powtarzających się gości.

Tutaj przeczytacie o szczęśliwym powrocie prostytutek do pracy. Teraz już mają wszystkie niezbędne naklejki na ścianach i częściej myją ręce.

Następnego dnia wymyśliliśmy, że wybierzemy się na wycieczkę łodzią. Ale najpierw musieliśmy przenieść się do innego hotelu. Pierwszy z nich znajdował się w Dzielnicy Czerwonych Latarni na pięknym Oudezijds Voorburgwal. Drugi znajdował się w pobliżu, w kierunku okolicy Jordaan, między Herengracht i Keizersgracht.

Typowa obskurna dziura. Zobaczyliśmy nasz pokój z trwale poplamionym dywanem i pościelą i poprosiliśmy o pokazanie jakiejś alternatywy, ale że ta była w jeszcze gorszym stanie, rozpakowaliśmy się i poszliśmy szukać łodzi.

Większość łodzi turystycznych ze szklanymi panelami odpływa albo z Damrak, tuż przy Rynku Głównym – De Dam, albo z obszaru Centraal Station. Ta część A’dam-u zmieniła się w ciągu ostatnich kilku lat, dlatego warto sprawdzić najbardziej aktualne przewodniki poszukując atrakcji ruchomych.

Przejażdżka łodzią w Amsterdamie jest koniecznością. Bez względu na to, czy naprawdę tego chcesz, czy nie i czy robiłeś to wcześniej, czy nie. To tak, jakby być tam i nie wpatrywać się w te szalone rowery przymocowane dosłownie do wszystkiego i wszędzie. Umożliwia wgląd do zupełnie innego świata. Pozwala zobaczyć, skądinąd nie tak łatwe do ogarnięcia z poziomu ulicy, wysokie domy kupieckie i ich wspaniałą architekturę. Widzicie życie z wody. Mosty i to co kryje się pod nimi, drogowskazy kanałowe, obserwujecie ludzi w ich łodziach, słuchacie trąbek, którymi komunikują z innymi pływającymi, itp. Nic nie wygląda tak samo.

Nasza łódź zabrała nas oczywiście do najsłynniejszych miejsc i była dobrze wyposażona w opowieści o mijanych atrakcjach, w języku angielskim. Wiedzieliśmy już wszystko, o czym mówili, więc skupiliśmy się na uczuciu błogości, a także na podziwianiu tego co nas otaczało.

Małe” to słowo, które często usłyszycie podczas wędrówek po kanałach. I chociaż łodzie zwykle zabierają Was tylko do tych najbardziej znanych, w Amsterdamie jest kilka najmniejszych rzeczy, które powinniście chcieć zobaczyć. Po prostu wędrujcie i obserwujcie. Doświadczenie życia!

Najwęższą ulicą w Amsterdamie jest Trompettersteeg. Ma tylko 100 centymetrów szerokości. Pomimo niewielkich rozmiarów jest to jedna z najbardziej ruchliwych uliczek w Amsterdamie dzięki położeniu w centrum Dzielnicy Czerwonych Latarni.

Najwęższa fasada na świecie: Singel 7

Zobacz obraz źródłowy

Dom ten jest znany jako najwęższy dom na świecie, ale w rzeczywistości jest to najwęższa fasada. Tylna fasada (czyli to co my byśmy nazwali frontem) ma jeden metr szerokości, a więc jest niewiele szersza od drzwi wejściowych. Przód domu (czyli to co u nas byłoby od środka) jest znacznie szerszy.

Najwęższy dom w Europie: Oude Hoogstraat 22

Najwęższy dom w Europie jest maleńkim budynkiem z typową amsterdamską fasadą zegarową, która ma tylko 2,02 metra szerokości. Sam dom ma pięć metrów głębokości.

Najszerszy dom w Amsterdamie: Kloveniersburgwal 29 – The Trippenhuis

Z ponad 22 metrami, Trippenhuis jest najszerszym domem w Amsterdamie. Został zbudowany w 1660 roku dla bardzo bogatych braci Lodewijka i Hendricka Tripów. Bracia zbili fortunę na handlu żelazem, miedzią, bronią i amunicją.

Woźnica pana Tripa ponoć kiedyś westchnął: “Ach, ja to byłbym zadowolony z domu tak szerokiego, jak drzwi wejściowe mojego pana”. Pan Trip usłyszał to i upewnił się, że życzenie jego woźnicy się spełniło. Budynek ma piękną fasadę ramową, o szerokości 2,44 metra. Ten dom jest znany jako Kleine Trippenhuis lub Dom woźnicy pana Tripa. Znajduje się pod nr 26, naprzeciwko Trippenhuis pod nr 29.

Het Smalste Huis, najmniejszy dom – jest tym, co stało się popularne w średniowiecznym Amsterdamie ze względu na wysokie podatki od nieruchomości, które były naliczane na podstawie szerokości fasady. W związku z tym sprytni kupcy budowali fronty o niewielkiej szerokości, mieszcząc w nich niespełna drzwi i pozwalali wyobraźni zaszaleć za zamkniętymi drzwiami, gdzie domy mogły rosnąć na wysokość i szerokość zgodnie z życzeniami właściciela i bez dalszych ograniczeń.

Jest to również powodem, dla którego domy holenderskie były generalnie tak wysokie. Wyglądało to tak, że na parterze znajdował się zwykle sklep, jeden poziom niżej był przeznaczony dla kuchni i personelu. Środkowe piętra funkcjonowały jako pomieszczenia mieszkalne, przy czym pierwsze piętro jako swoista przestrzeń mieszkalno-reprezentacyjna, przeznaczona do organizacji przyjęć, wizyt, spotkań biznesowych, itp. Najwyższe piętra były używane jako magazyny dla wielu towarów, sprzedawanych na poziomie ulicy.

Dlatego oczywiście widzicie haki przymocowane do górnej części fasad zwanych frontonami. Dźwigi te były używane do podciągania mebli i wszelkiego rodzaju towarów na wyższe poziomy, ponieważ super wąskie i strome schody nie zapewniały takich możliwości.

Zobaczcie tę wspaniałą konstrukcję oryginalnej XVII-wiecznej, nienaruszonej maszynerii dźwigowej (koło podnoszące), z wnętrza pięknie odnowionego domu moich marzeń przy Keizergracht.

Zauważcie również, jak sprytni Holendrzy zaprojektowali swoje miasta już wieki temu. 30 lat brodzenia w błocie wokół pojawiających się kanałów nie mogło zostać zmarnowane. Podczas procesu urbanizacji czyli projektowania ulic zadbali o to, aby między budynkiem a kanałem zapewnić wystarczającą przestrzeń by pomieścić szerokie chodniki, szerokie drogi i zieloną strefę. Zapewniło to miejsce dla handlu, a także łatwe dostawy oraz załadunek i rozładunek łodzi na kanałach. I działa do dziś! Myślę, że XVII-wieczni architekci Amsterdamu chwyciliby się nie raz za głowę widząc postępującą architekturę łanową i zubożenie urbanistyczne dzisiejszego świata.

Po dotarciu do Amstel zauważycie niezliczone łodziodomy tudzież mieszkalne łodzie i barki. Wszystkie możliwe kształty i kolory, jeden bardziej interesujący od drugiego. Obecnie wiele z nich jest przeznaczonych na hostele i pensjonaty. Zawsze się też znajdzie tam jeden lub dwa na sprzedaż. Zajrzyjcie tutaj i zauważcie, jak nowe osiedla mieszkaniowe są obecnie projektowane tak, aby zadokować małe subosiedle łodzi mieszkalnych, takich jak ta w Haringbuisdijk. Super, prawda?

Rzeka Amstel to ta, od której wszystko się zaczęło. Amstel Dam – zapora na rzece Amstel, doprowadziła do powstania obecnej nazwy Amsterdam-u.

Domy – łodzie zawsze były częścią holenderskiego krajobrazu i nigdzie się nie wybierają. O ile w przeszłości zwyczajne barki i łodzie po tysiącach przeróbek służyły typom bardziej artystycznym, obecnie można podziwiać wielorodzinne domy i prawdziwe dzieła sztuki unoszące się tu na wodzie.

Mówimy o projektach, takich jak pływające miasto Blue 21 floating city na przykład, z jego cyrkulacyjnym podejściem do życia. Uwielbiam to. Zobaczcie katalog super fajnych projektów luksusowych pływających domów na miarę XXI wieku, a także projekt Blue 21. Po prostu przewijajcie w dół. Niektóre z nich można już znaleźć na rzece Amstel.

Gdy wypłyniecie na IJ, po lewej pojawi się Centraal Station czyli Dworzec Główny, który jest prawdziwym arcydziełem architektury sięgającym XIX wieku. Front został zaprojektowany przez holenderskich architektów Cuypersa i van Grendta, a jego piękno jest chwalone na całym świecie do dziś.

Wewnątrz złapiecie pociąg, bądź to lokalnie lub do Paryża, Brukseli, Berlina, Kopenhagi, Warszawy, Pragi, Mińska lub Moskwy. A z tyłu – autobus… lub łódź, ponieważ ta część otwiera się na nabrzeże rzeki IJ, gdzie łodzie mogą cumować. Metro Dzięki Bogu jest dostępne z oddzielnej stacji, ale tylko na zewnątrz budynku. Tutaj można również udać się do tramwaju, a także autobusów miejskich.

Na IJ znajdziecie również Nemo 🙂 Ten Nemo jednak był tutaj na długo przed tym, jak tamten Nemo zaginął. Jest to gigantyczna konstrukcja przypominająca statek, a jej funkcją jest wprowadzanie nauki w codzienne życie odwiedzających – czyli Muzeum Nauki. A po tym jak sobie poczytacie trochę więcej na ten temat, przyjrzymy się replice statku Amsterdam z 1748 roku, tylko rzut kamieniem od Nemo.

Ten statek należący do Holenderskiej Kompanii Indii Zachodnich (Vereenigde Oost-Indische Compagnie – VOC) rozpoczął swoje życie na fryzyjskiej wyspie Texel, aby zaledwie 18 dni później zatonąć podczas sztormu na kanale La Manche. Nieco ponad 200 lat później jego wrak został odkryty w okolicach Hastings w Wielkiej Brytanii i nadal można go tam zobaczyć podczas odpływu. Lokalne muzeum udostępnia informacje na jego temat i jest on uznany i chroniony przez Dziedzictwo Wielkiej Brytanii.

W drodze powrotnej do hotelu oczywiście udaliśmy się do sklepu Maoz na Muntplein (pierwszy Maoz w historii), aby napchać się najbardziej niesamowitymi falafelami jakie znam. Maozy są wszędzie w A’damie.

Dostajecie około 6 lub 7 kulek falafela do swojej pity, a następnie wszystko, co musicie zrobić, to doładować je sałatkami z mini baru i najlepszym czosnkowym sosem na świecie. Usiądźcie teraz, trzeba jeść. Ale tylko do połowy. Znów wracacie wtedy do baru i uzupełniacie pitę czym tam chcecie, i dopiero potem możecie szykować się do opuszczenia sklepu. Normalnie się ślinię pisząc o tym….

Zobacz obraz źródłowy
This image has an empty alt attribute; its file name is Maoz-Vegetarian-Barcelona.jpg
Source: internet

Nasz lot był wcześnie rano. Dotarcie pociągiem do Schiphol zajmuje tylko 15 minut, ale ponieważ wszędzie trzeba dodać trochę czasu na załatwienia i takie tam, woleliśmy uderzyć w kimono raczej wcześniej niż później.

Na szczęście wieczorem wzięliśmy prysznic, ponieważ poranek przywitał nas awarią wody w całym hotelu. Mają fuksa, że zapłaciliśmy z góry za to zakwaterowanie, ponieważ nie sądzę, żebym im inaczej dała złamanego grosza.

Nie mając możliwości spłukiwania, zostawiliśmy za sobą nie tylko to miejsce.

Ale o ile okropne londyńskie hotele sprawiły, że przez wiele lat chciałam zapomnieć o tym mieście, nic nie może mnie zniechęcić do Amsterdamu. To jest moje ukochane miasto i tyle.

Te horen!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Lizbona – majtkowy szał

Dla tych, którym nie chce się czytać, nagrałam podcast. Wystarczy kliknąć tutaj: Lizbona – majtkowy szał

This image has an empty alt attribute; its file name is lisbon-old-city-map.jpg
Historyczna mapa Lizbony, źródło: internet

Był rok 2004. Postanowiłam spędzić Nowy Rok w Amsterdamie (jedyne lepsze sylwestrowe imprezy plenerowe odbywają się w Krakowie). Wiem, temat dotyczy południa Europy, wiem. Ale od tego wszystko się zaczęło.

Miałam jakieś 20 lat i razem z kilkoma dziewczynami zrobiłyśmy zapas szampana i z butelkami w rękach udałyśmy się na plac De Dam. Muzyka grała dziko, ludzie z całego świata, upici i ledwo stojący, próbowali zachować resztki godności. Jakiś amerykański koleś wyjął maleńką płaską metalową buteleczkę whisky, jak te ze starych filmów o dzikim zachodzie, i zaproponował mi łyka. Potem tańczyliśmy i śpiewaliśmy przez chwilę, aż najprawdopodobniej upadł, a ludzie wdeptali go w bruk, chociaż mam nadzieję, że nie.

Zbliżała się północ i dwóch przystojnych nieznajomych pojawiło się obok nas, żeby złożyć życzenia. Mówili zabawnie, pomyślałam, ale kto nie mówił śmiesznie o północy w Sylwestra w Amsterdamie. Zwłaszcza, że główne zaplecze narkotykowe znajduje się dosłownie jedną ulicę dalej i jest wieeeelkie.

I tak poznałam Pedra i Miltona, których potem spotkałam jeszcze kilka razy w Krakowie, ponieważ całkowicie zakochali się w tym mieście i zupełnie się im nie dziwię!

Ci dwaj pochodzili z Portugalii. Myślę, że to było wszystko, czego udało nam się dowiedzieć o sobie tamtej nocy 🙂 Ale poświęciliśmy czas na wymianę numerów telefonów. To była era przed smartfonami, wyobraźcie to sobie!

Dużo studiowałam o architekturze Portugalii i zakochałam się w plateresco i azulejos na długo przed naszym spotkaniem, ale chłopaki dodali mi jeszcze większej ochoty swoimi opowieściami na zwiedzenie ich kraju.

Sporo czasu minęło zanim udało mi się spełnić to marzenie, ale pewnego dnia nadszedł ten czas, by w końcu odwiedzić krainę klifów, oceanu, niesamowitego jedzenia, najlepszych ręcznie robionych butów i tej wspaniałej architektury!

Pierwszym miejscem na liście była Lizbona, siedziba Pedra i Miltona, o której słyszałam tak wiele pięknych historii i odważyłam się uwierzyć, że są prawdziwe.

Przy podejściu do lądowania w LIS (kod IATA dla lotniska w Lizbonie), rzeka Tag jest tym co widzisz z okna samolotu. Wieeelka, największa na Półwyspie Iberyjskim, i przecina miasto na pół. Na szczęście żył tu kiedyś pan Vasco Da Gama, który, jak wiemy, porzucił przekonania, że świat jest żółwiem, a wody skończą się, gdy dopłyniesz do krawędzi jego skorupy i odważył się zaryzykować życie własne i swojej załogi, aby podróżując wokół Afryki, dotrzeć do Indii.

I tak w jego imieniu zbudowano wspaniały most Vasco da Gama, który jest najdłuższym mostem w Europie, a także centrum handlowe w dzielnicy Parque das Nações.

Parque das Nações to najnowsza dzielnica Lizbony, w której znajduje się również najpiękniejsze Oceanarium, jakie osobiście kiedykolwiek odwiedziłam do tej pory. Poza tym przejażdżka kolejką linową jest koniecznością.

Innym słynnym mostem jest Most 25 kwietnia, tuż przy Wieży Belem po drugiej stronie starego miasta. Opiekuje się nim sam Jezus (Sanktuarium Chrystusa Króla). Dokładnie taki, jak ten w Rio. Taki widoczek z europejską mieszanką San Francisco i Rio 🙂

Miasto jest ogromne. Administracyjnie jest ono podzielone na bairros (dzielnice) a każda z nich jest jak zupełnie odmienny świat. Najładniejsze są oczywiście te najstarsze, a każdy centymetr to świetne miejsce na zdjęcie. Zobaczcie kilka poniżej z okolic Rua Augusta (główna ulica z Łukiem Triumfalnym prowadząca do portu) Baixa, Alfama, Alto, Chiado.

Mieszkanie, które wynajęliśmy na 3 dni, znajduje się na Rua dos Funceiros, a więc dosłownie w najbardziej historycznej części miasta. W związku z tym chodzenie było najlepszym sposobem poruszania się i całkowicie to polecam, ponieważ istnieje niesamowita liczba miejsc, do których można dotrzeć pieszo.

Jeśli nie jesteś fanem spacerów, zwłaszcza, że Lizbona jest raczej pagórkowatym miastem, wskocz do jednego ze starych pięknych tramwajów, które są wizytówką tego miasta. Nie można takiej jazdy przegapić! Co w ten sposób jednak na pewno przegapisz to wszystkie te bajecznie kolorowe sklepy z ręcznie robionymi butami i ubraniami, które byłyby tak passe, tutaj w Irlandii. Ach, mentalność mody w słonecznych miejscach opiera się na kolorach, bawełnie i rzemiośle. Ah ah ah….

Położona na małym wzgórzu, w drodze do São Jorge Castelo, znajduje się XXII-wieczna Katedra Metropolitalna Najświętszej Marii Panny Większej. Warto odwiedzić oba miejsca w ciągu jednego dnia, chociaż dojście do zamku wymaga odrobiny wytrzymałości, więc nie dla osób o słabym sercu!

Ale… tramwaj Was tam zabierze.

Jeśli chodzi o katedrę, jest to najstarszy kościół w mieście, przetrwał wiele trzęsień ziemi, dlatego też jest teraz mieszanką architektoniczną. Nie przegapcie i odwiedźcie jej wnętrze. Wkroczycie do podziemi tego budynku. Warstwy wykopanych ruin są odkryte i otwarte dla zwiedzających.

Poza tym, kościół jest majestatyczny, wydaje się być ciężki, ale jego ciemność emanuje ciepło i spokój. Pięknie zaprojektowane, w kształtach i kolorach, witraże tylko dodają tej bajkowej atmosfery i uroku.

Spacer na wzgórze do Zamku São Jorge może być trudny, ale widoki po drodze są bezcenne. Idziecie przez Alfamę, najstarszą część miasta. Azulejos (kolorowe malowane płytki specyficzne dla Portugalii, nie zawsze niebieskie pomimo ich nazwy, azul – niebieski) pokrywają wszystko; domy, szopy, okna, drzwi, chodniki nawet, progi. Azulejowe szaleństwo!

Ubrania wiszące na sznurkach za oknami, wyżej, niżej, splątane ze sobą i rozpostarte między ścianami różnych domów. Pranie wydaje się być tutaj Cosa Nostra 🙂 Ciekawe, czy czasami pomylą sobie majtki 😀

W każdym razie, gdy wspinaczkę macie już za sobą, wchodzicie na dziedziniec. Trochę jak mały ogród z drzewami pomarańczowymi. Ha! tyle tylko, że ten ogród rozpościera przed tobą widok na całe miasto. Wszystko było w zasięgu wzroku królów portugalskich i nic dziwnego, że przez wieki Portugalia należała do najbogatszych i najpotężniejszych krajów Europy.

Rozmiar i kształt twierdzy pochodzi od chrześcijańskich władców, jednak oryginalny budynek został wzniesiony tutaj w XXII wieku przez Maurów. I nie jest to pierwszy ani ostatni z tychże w Portugalii. Kraj jest obsypany ruinami, ale także w pełni stojącymi dowodami potęgi Maurów. To dzięki nim możemy teraz cieszyć się fascynującą architekturą alkazarów i ozdobnych pałaców.

Mauretańczycy to nazwa nadana przez chrześcijan plemionom berberyjskim, później także muzułmanom, którzy przybyli z afrykańskiego regionu Mauretanii (części obecnego Algieru, Maroka, Namibii) i zajmowali Włochy, Maltę, Hiszpanię, Portugalię, a nawet części Francji przez około osiem stuleci.

Bairro Alto i Fado w Chiado dla wyczerpanych, głodnych i spragnionych…

Alto oznacza wysoki i wysoko jest. Ale mądrzy lizbończycy wiedzieli, jak poradzić sobie z tym problemem. Bairro Alto i Chiado, położone są wyżej niż Baixa, a te dwa pierwsze są głównymi gospodarzami nocnego życia miasta.

Kiedyś okupowane przez żeglarzy i kupców w XV wieku. A jeśli pamiętacie “Port Amsterdam” Jaquesa Brella :), to wiecie, jak imprezują żeglarze! Więc jeśli i Wy tak imprezujecie, to pewnie wiecie, że chodzenie zmęczonym, tudzież po pijaku nie jest najbezpieczniejszą akcją do podjęcia się, szczególnie w późnych godzinach nocnych.

Tak też powstała Elevador de Santa Justa, jedyna pionowa winda łącząca wspomniane kwartały. W mieście są jeszcze inne: Elevador da Glória i Elevador do Lavra, ale te są równoległymi (właściwie ukośnymi) pociągami linowymi.

Lata 80-te minionego stulecia zapoczątkowały erę życia nocnego w górnej części miasta. Możecie tu przemierzać strome brukowane uliczki, wybrać się na przejażdżkę kolejką linową da Bica, odwiedzić wspaniały kościół St. Rocha i podziwiać widoki z ogrodu Miradouro de São Pedro de Alcântara.

Obszar ten jest pełen różnorodnych barów, kawiarni, pubów, klubów, domów fado, restauracji, barów z przekąskami, z muzyką rockową, latynoską i electro, miejsc do tańca, jak również takich do delektowania się w spokoju drinkiem. Każdy znajdzie coś dla siebie.

My na przykład znaleźliśmy mnóstwo fajnie wyglądających i niezwykle fotogenicznych hydrantów 🙂 a poza tym wspaniały mikro-bar, który oczarował nas na prawie całą noc. Dosłownie wcisnąłbyś do niego maksymalnie 10 osób na stojaka. Dlatego też wielu po prostu pije na zewnątrz, ale najlepszą rzeczą jest tutaj ser … foremka miękkiego sera z mleka owczego po prostu leży sobie obok chleba. Więc pijesz, jesz i gadasz i to wszystko, ale nigdzie indziej na świecie nie wygląda to właśnie tak.

A co do fado… hmmm ja to nazywam portugalskim jazzem 🙂 ale tak naprawdę to bliżej mu pewnie do hiszpańskiego flamenco, tylko z linii tych mniej żwawych. Coś, co tutaj gra się podczas kolacji lub na barowych sesjach:

Droga Lizbono… Na razie to tyle… ale wrócę!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Sinterklaas – do Dutch support modern slavery?

Listen to the podcast if you are not in mood for reading:

(The drawing in the header comes from the original book of J. Schenkman, St. Nikolaas en zijn knecht, Source: Internet)

A long long long long long long time ago, I used to live in Amsterdam. Feels like ages ago. Not too many know that in Holland, Santa Claus (Sint) is a bit of a weirdo. Let me tell you all about him 🙂

Sinterklaas aka Santa aka Sint is an elderly man. Hundreds and hundreds of years old, nobody really knows how many zeros there are. As for the looks, he resembles the orginal St. Nicholas the bishop from Turkey or Greece (there’s a clash here) who used to look after the children. As such, he is dressed in a long robe with a pope-like hat and a long walking stick. Of course hair, beard, mustache are Santa-like.

A bunch of girls I was with, and I of course, had no idea what so ever what was coming when we headed for the Dam Square on the 17th of November to take part in the annual Sinterklaas Parade.

Dutch Sinterklaas arrives by boat from Spain, accompanied by his always-white-horse and an uncountable amount of Zwarte Pieten (Black Peters).

The moment we came to an end of Kalverstraat, we found ourselves on the edge of an insane show. Whole square went mad: families, and you should know that the Dutch have many kids, 4-5 is quite normal, miniature canons rolled around shooting candy and traditional ginger cookies, directly onto people.

Zwarte Piets were literally everywhere; running around with those mentioned canons as well as bags of sweets making sure no kid was left empty-handed. All of a sudden I noticed good few of them sliding down the ropes on the walls of the Begijnhof building. They looked like spiders appearing from behind every corner, from every window, every door.

Then the Parade neared us. The Piets were only making the way and preparing the crowds for more fun and of course for the arrival of Mr. Sinterklaas himself. And Sint does not miss anyone. He visits schools, shops and cafes during his time in The Netherlands.

The moment he got off the boat, he jumped onto his stallion and continued on along with his colorful troup of helpers and platforms full of music and creatures. Everybody was amazed by the show and for us, foreigners seeing such a thing for the first time was an absolute shocker. No wonder that to the Dutch people, Sinterklaas is one of the celebrations they always mention as one of the most traditional. Because it is. And it is very unique on the global scale when you think of it.

Sadly I do not have many photos at all from the times I lived in Amsterdam, but perhaps this is why I hold some best of memories from these times.

I guess everyone knows the history of Santa Claus and that we celebrate his name day on the day of the year when he died, which is the 6th of December. In many countries, not all, this is when children receive small gifts, usually sweets and treats, sometimes prior to receiving further gifts on Christmas but in some countries, this day is of more value (gift-wise) than Christmas.

When I was a child, we used to get gifts only on the 6th December and none under the Christmas tree. I know this was celebrated differently in different houses but majority of kids I knew had the same way of celebrating this holiday. Christmas was more of a time spent with family and a big Christmas Eve dinner followed by walking to the church for a midnight mass carrying sparkling lights and freezing as hell to then sing carols for an hour and go back home playing with snow. Oh how I miss those days!

In Holland however, Sinterkaas comes on the 5th December, the eve of his name day. The Dutch say that it is because he wants to be home the next day to celebrate with the family but everybody knows that he really does not go home at all. Unless! he lives in the beautiful carribean island of Curaçao, that is one of the territories which still belong to the Kingdom.

The Netherlands had one of the most powerful flotillas back in the 17th century and therefore they controled a long list of places over the centuries.

Current overseas territories of The Netherlands are the tropical islands of Aruba and The Dutch Antilles (the “ABC Islands,” – Aruba, Bonaire, and Curaçao, all located off the coast of Venezuela and the central Caribbean islands of Saba, St. Eustatius, and the southern half of the island of Saint Maarten). Desite of being a part of the Kingdom, these territories are not part of the EU (unlike the French island if Martynique).

I am sure everyone knows Aruba for the flamingos and St. Maartens for the aircraft overflying the Maho Beach only a few meters above the tourists’ heads. If you don’t know what I am about, here it is:

So I guess, Sinterklaas is residing in the Curaçao island if the “going home story” is real because Curaçao is where he visits exactly on the 6th December.

Maybe you can find some more in the notes that Sinterklaas is taking. In fact it is more of a blog or a vlog even. Unfortunately only in Dutch but you can watch the videos in his and Piet’s journal.

The celebrations I was introduced to were as follows:

On the 5th December the whole family would sit down for their always-at-6pm-dinner after which, they would move over to the living area to read poems written for Sinterklaas, often about other people (they can be funny, mocking, sad, whatever, as long as they rhyme), and play some little spelletjes that are games and puzzles with the Sinterklaas theme.

Later on that evening a usually male family member would dress up as Santa and try to squeeze into the fireplace. That’s if possible. Some, I personally know, would even climb up the fireplace chimney a little (they may have istalled little ladder or a few bricks in there for that very occasion – the Dutch really mean it with Sinterklaas) to then drop down with a big bag of presents. Incredible show, but not all houses allow for such show, the 16th and 17th century merchant houses often do have sufficient size fireplaces though. In the lack of same, there is a traditional alternative, where Sinterklaas knocks on the front door, leaves a huuuuge bag of presents in front of it and disapears. Children run to open the door and find the abandoned bag. We all know what comes next.

But in the olden day traditions and the actual story about Sinterklaas (which of course is still celebrated in this manner), he would have ridden on his white horse from roof to roof with Zwarte Piet, who would listen first about the good and bad people did and then would go down the chimney to leave the gifts inside the shoes left around the fireplace or a Christmas tree. In fact he would have been swapping gifts for the carots and cookies left by the kids inside their shoes.

Source: zwiggelaarauctions

Due to the rich and colorful past of the Dutch, there always had been a melting pot of nationalities, skin colors, languages, etc. easily noticed in the country. The Dutch are also internationally considered to be very open minded and tolerant. For centuries, they have owned and controlled more or less exotic territories bringing wives, slaves, helpers, surely children, co-operatives, sailors and others from everywhere their huge flottillas traveled. To get an idea, see this article listing past Dutch colonies.

You would think it natural then that Sinterklaas, being such an old man, would come somewhere from those times and it would also then be natural that his helper would originate from one of these places where the Dutch would have been acquirying such “helpers”.

Traditionally then Black Peter was a young black faced boy with curly hair and funky Renaissance garment. That is what Dutch kids are born into and it has not been questioned for centuries. But the story behind the existance of Santa’s black-faced helper has become very controvercial in the recent decade. So controversial that apparently even the United Nations decided to get involved. Especially in 2020 with the Black Lives Matter movement, the idea of Piet has been turned around comletely to such an extent that a brand new version was created called Sooty Piet with a white face. Whether it would stay white after running down so many chimneys during one night I am not so sure…. Soot marks are apparently enough to depict the outcome.

Historians who got involved in the matter claim that the history of Zwarte Piet accompanying Sinterklaas comes from the Wild Hunt of Odin, who always rode his white horse Sleipnir, accompanied by two black ravens, Munnin and Huginn. They would also eavesdrop on people. Others believe Zwarte Pieten were Moors who used to assist real Sait Nicholas. Well, could be, give the Moorish history in Spain where Sinterklaas arrives from afterall. Others yet claim this is linked to the winter solstice and people painting their faces black for the rituals. Not sure about this one myself to be honest.

In 1850 an Amsterdam primary school teacher, Jan Schenkman wrote a book called: Sint Nikolaas en zijn Knecht (Santa Claus and his servant). In these times such boys would have worked as unpaid slaves. In the book illustrations Piet was depicted as black Moor from Spain. This is the first known picture of Zwarte Piet. He was an assistant to the stern and punishing Sinterklaas.

As years went by, the role of Piet has also changed. Only 40 years later Sinterklaas softened and it was time for Zwarte Piet to became the scary character. He would rattle his chains and threaten children with his roe (a mini-broom made of bundled up sticks). In fact, nowadays Piet brings gifts to the good children but the naughty ones are playfully warned that they would be whipped and taken away to Spain in one of Piet’s burlap sacks unless they promise to change. The Piet as we know him, a friend to good children has evolved only since 1960s.

The organisation fighting to preserve the traditional Zwarte Piet called Sint en Pietengilde, claims that supporters are

“generally surprised when they notice that people see Zwarte Piet as a racist figure.”

Read more in this article.

What do you think? I personally think that it is important to keep traditions. However and sadly so it is unfortunate that this tradition comes from the times when the servants were brought from exotic parts of the world where people were less off and therefore often turned into slaves. As such the Sooty Piet seems like a great solution to the problem and it should really end this debate. Since Piet is now considered more of a friend and a young helper to an old and not fully able bodied Santa, then let’s keep it this friendly way. And more so, let’s have Sooty Piets of all ethnic backgrouds. After all, people of Holland are a beautiful colorful melting pot.

And when you think of it, in the medieval iconography, Saint Nicholas would have been portrayed as an old man taming a chained demon of yesteryear, enslaved and forced to assist its captor. Would we rather have that? I sure not. And to me, Sinterklaas in Holland will always remain a magical event.

Perhaps this Sinterklaas poem answers some questions:

Zobacz obraz źródłowy
Source: Internet

Hope your local Santa appeared this year ‘cos you’ve been good Boys and Girls, right? If not, not too worry, maybe some other version pops over around Christmas 🙂

Merry Christmas!

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Mały Pierścień Północy

Możecie posłuchać tego artykułu w formie podcastu: Mały Pierścień Północy

W Amsterdamie jest obwodnica biegnąca wokół centrum miasta, którą lokalni nazywają Pierścieniem. Jest również w Holandii inny Pierścień, Randstad, który stanowi skupisko kilku miasteczek usytuowanych w centralnej części kraju, tj. Almere, Amersfoort, Amsterdam, Delft, Dordrecht, Gouda, Haarlem, Leiden, Rotterdam, Den Haag, Utrecht, Zaanstad oraz Zoetermeer.

Tym razem jednak wymyśliłam sobie mój własny maleńki Pierścień w regionie Noord-Holland. Wzięłam autobus 314 (z docelowym miasteczkiem Hoorn) z Centraal Station w Amsterdamie do Edamu, przepięknego miasteczka słynącego z produkcji serów. Ciasne uliczki i bajkowe widoki. Domki pokryte mchem, bajkowe kafejki i hoteliki. No i niesamowite kanały i kanaliki. Fantastyczne wystawki w okienkach sklepików. Dziwaczne ozdóbki przed domkami, które wydają się być domkami krasnali raczej niż potężnie zbudowanych Holendrów. Magia, magia i jeszcze raz magia. Wręcz nie do opisania!

Broetje met Kaas – Bułka z serem

Kto chce może odwiedzić muzeum sera przy Damplein 8.

Edammse Kaas, czyli ser Edamski był najpopularniejszym serem świata od XIV aż do XVIII – ego wieku i moim skromnym zdaniem w dalszym ciągu na ten tytuł zasługuje.

marken (6)
378486_2661847118934_1110234244_n

Karol V nadał miastu Edam prawa do Wagi w roku 1526. 50 lat później, Willem z rodu panujących Oranje zmienił to prawo na wieczne. Współczesna Waag pochodzi z roku 1778, a oficjalne serowe bazary odbywały się tutaj aż do roku 1922.

Każdego roku w lipcu i sierpniu, zazwyczaj w środy i soboty w godzinach popołudniowych można podziwiać akcję zwaną biciem sera. Lokalni rolnicy i mleczarze dowożą swoje produkty na słynny Edamski market bądź to łodziami po kanałach lub też bryczkami zaprzężonymi w konie. Sery te są potem przenoszone na specjalnych nosidłach wyglądających jak drewniane kolebki i umiejscawiane na wyznaczonych stanowiskach. To niezwykłe widowisko historyczne odbywa się pod okiem zarządzającego rynkiem i mogą w nim brać udział farmerzy należący do gildu. Oczywiście nie zapomnijmy o przepięknych tradycyjnych strojach, które dodają całej akcji niesamowitej historycznej atmosfery.

Jakość i wiek sera mierzy się przez poklepywanie go jak również poprzez wiercenie w nim dziurek specjalnym wiertełkiem, a następnie degustację. Po takich oględzinach, ser przenoszony jest na wagę, gdzie dochodzi do licytacji i przypieczętowania ubitego biznesu uściskiem dłoni. Po tym fantastycznym rytuale zwanym biciem sera (od poklepywania go), serowe kręgi zostają ponownie załadowane, oczywiście tym razem do “powozu” kupca.

Jak się stać Holendrem

Jak magiczny by Edam nie był, ruszam dalej do Volendam. Pieszo, bo jakżeby można było sobie odpuścić te widoki; łódki i łódeczki, ptaki, fale, choć nie potężne, bo jak wiadomo, oba miasteczka położone są nad Markermeer, czyli mimo swej nazwy sugerującej morze – jeziorem, które zostało utworzone przez człowieka.

Mianowicie w 1932 roku Holendrzy postanowili oddzielić Zatokę Zuiderzee 32-metrową tamą zwaną Afsluitdijk tworząc w ten sposób IJselmeer. Później jeszcze w 1975 roku, IJselmeer podzielono na dwie części tamą Houtribdijk tudzież Markerwaarddijk, która wytworzyła południową część zwaną teraz Markermeer.

Jak wszystkim wiadomo,

“Bóg stworzył świat, ale to Holendrzy stworzyli Holandię”.

382574_2702962946804_1485218386_n
387853_2702963106808_587558648_n
390566_2702965786875_317736326_n

No więc idę sobie wzdłuż kanału w stronę kolorowego Volendam, i zajmuje mi to niespełna pół godziny. Wiatr tnie po twarzy. Ah przecież to Boże Narodzenie! A zimy w nadmorskiej Holandii potrafią zaczerwienić nosy. Po drodze kupuję świeżo uwędzoną makrelę od lokalnego rybaka. Hmmm tego smaku nie zazna kto się po niego nie wybierze do Volendam!

I znów pojawiają się przed oczami te maleńkie domki. To jednak tylko złudna iluzja. Wystarczy bowiem wejść do jednej z lokalnych restauracji, by przekonać się, że te domki są całkiem obszerne, a co więcej, ponoć większość z nich “idzie w ziemię” jak to powiedziała jedna ze sprzedawczyń, mając na myśli podpiwniczenie, które często jest również zamieszkane. Zewnętrzne fasady są pięknie pomalowane dystyngowanymi odcieniami ciemnej zieleni tudzież granatu. Okna oplecione pięknie wykarbowanymi deseczkami, pomalowane na biało. Starsze panie, ubrane w tradycyjne stroje krzątają się wokół domów, myją okna na Święta. Bajka!

Volendam odwiedziłam już kilka razy i za każdym razem zadziwia mnie na nowo. Podczas pierwszej wizyty, zachwyciłam się oczywiście możliwością zrobienia fotki w tradycyjnym stroju holenderskim. Fotografów jest kilku i można wybrać mniej lub bardziej ekstrawaganckie tło i tematykę, od starodawnego pieca po Harley’a Davidson’a. Ja przychyliłam się tradycji i wybrałam piec z delfickimi kafelkami.

Główna nadmorska promenada zasypana jest sklepikami z pamiątkami dla turystów, pięknymi domkami, restauracyjkami. Widok na jezioro jest fantastyczny, a w słoneczny dzień można stąd dojrzeć Marken, ale o tym Skarbie Ludzkości za chwilę…

Jest Boże Narodzenie, nadchodzi zmierzch. Postanawiam pobiec do lokalnego VVV, czyli Centrum Turystycznego i zapytać o jakiś nocleg. Wynajmuję pokój B&B. Piękny cichy domeczek przy głównym placu w miasteczku.

Stąd tylko dwa kroki po olienbolen, haha, tak tak “olejowe kuleczki”, czyli malutkie pączki o fantastycznym waniliowym smaku, którego nie da się w żaden sposób samemu skopiować! Tak próbowałam!

Olienbolen to nieodłączna część marketu bożonarodzeniowego w Holandii. Zupełnie jak lodowisko, światła, muzyka, dzieciaki i ten mróz… Ale również ten mróz i mgła mają tak specyficzną magię w sobie… Oczywiście wszystko można wyjaśnić naukowo, tak więc i ja zagłębię się trochę w geografię Holandii. Ale wystarczy mi na to przecież tylko kilka słów: depresja, czyli położenie terenu poniżej poziomu morza, woda, woda, woda, bardzo płaski teren no i brak drzew. Drzewom bowiem trudno się zakorzenić na terenie wytworzonym sztucznie. Domy stoją na palach we wodzie, a drzewa potrzebują ziemi. Tak więc przestrzenie są bardzo płaskie i nic nie zatrzymuje ciągłej morskiej bryzy.

Ja idę jednak popodglądać lokalnych Holendrów smakowicie zajadających obiad z rodzinami w lokalnych, pięknie, świątecznie ozdobionych kafejkach. Kurczę jaka frajda!

Placek na wodzie

Wstałam napełniona olienbolen, ale nie przeszkodziło mi to w spędzeniu sympatycznego czasu przy śniadaniu z moimi hostami. Ruszam jednak dalej. Niestety zimą nie kursują łodzie pomiędzy Volendam i Marken, więc biorę autobus. Ta szalona wyspa-nie-wyspa leży plackiem na jeziorze i do jeszcze nie tak dawna była odłączona od świata. Dziś można tu dojechać bądź to wspomnianym promem z Volendam lub łodzią tudzież jedyną drogą, która niestety nie jest dla tych miękkiego serca i cierpiących na chorobę morską. Wygląda to mniej więcej tak, że jesteśmy w pudełeczku, które posuwa się po wstążeczce umieszczonej pośrodku akwenu wodnego. Patrzysz w prawo – woda, patrzysz w lewo – woda…

Ja tam się nie bałam. Pojechałam. Bo Marken to coś co trzeba poczuć całym sobą by uwierzyć, że w ogóle istnieje.

400828_2654838823731_1826333713_n

Przechodzę przez mały mostek i jestem w innym świecie. “Placek” jest zupełnie płaski, poprzecinany kanalikami. Jedynie przepiękne drewniane domki w kolorze ciemnej zieleni i granatu wyglądające jak z jakiejś baśni Andersena (wiem – nie ten kraj!) wystają troszeczkę jakby wyżej ponad powierzchnię tej płaskości.

Kiedyś, gdy Marken było jeszcze wyspą na Zuiderzee, jej mieszkańcy, bezustannie zalewani powodziami postanowili walczyć z żywiołem poprzez stawianie domów na kopcach ręcznie usypanych w tym celu. Jedyne to zatem wyboje jakie tu uświadczycie. Właściwie to czuję się jak w baśni wędrując wzdłuż kanałów. Śmieszne puchate kurki zerkają na mnie ze swoich miniaturowych klateczek. Wszystko jest jakieś takie miniaturowe.

Najstarsza część wioski to mały placyk, kościółek i jeszcze mniejsze domeczki ozdobione miniaturowymi kolorowymi malowidełkami, obwieszone pamiątkami z wypraw do ciepłych krajów. A przed tymi domkami krasnoludkowych rozmiarów stoliczki i krzesełka… Gdzie ja jestem?

Dzieci wychodzą właśnie ze szkoły i rodzice przyjechali na rowerach, żeby je odebrać. Kurczę co za świat. Ja tu chcę żyć!

Idę dalej. Rzadko kiedy przygotowuję się do wypraw. Znajduję miejsca na mapie i wiem, że z jakiegoś powodu chcę je widzieć. Zwykle głównym powodem jest zwyczajnie fakt, że tam jeszcze nie byłam… Więc i tutaj, nie wiedziałam, gdzie dojdę. Ale szłam. I doszłam. Do portu.

marken (3)

Niebiańska Czerń

Kiedyś mieszkańcy żyli tutaj z rybołówstwa, jednakże, kiedy powstała tama oddzielająca wieś od morza, rybołówstwo praktycznie zanikło a wyspa przestała być wyspą, gdy w 1957 roku powstała droga łącząca ją z lądem.

Markeński port to miniaturka – jakże by inaczej! Otoczony bajkowymi domeczkami pomalowanymi na czarno i z widokiem na Volendam w oddali.

Stoję i patrzę a wiatr wyciska mi łzy… Ale czy to na pewno wiatr?

Clever Clogs

Wracam do przystanku autobusowego. Przepiękna mała latarnia patrzy na mnie z daleka, ale nie zdążę jej zobaczyć z bliska, jadę dalej, a właściwie to bliżej, bo w kierunku Amsterdamu, a z resztą dalej już się tu w sumie nie da.

Przede mną lokalny pan prowadzi rower, obuty w drewniaki. Krasnoludkowo…

381942_2667518180707_2009044799_n

Monnickendam – Paliki Miłości

Warto wyskoczyć z autobusu, żeby obejrzeć to jeszcze jedno średniowieczne miasteczko regionu. Turyści je często pomijają na swych jednodniowych wyprawach z Amsterdamu do Edamu i Volendam. No, może i dobrze, bo doceniłam ciszę i świąteczno-mroźno-wyciszoną atmosferę tego prze-bajkowego miasteczka, które w XIII wieku powstało jako osiedlisko mnichów z Marken (monniken- mnisi) i to prawdopodobnie właśnie od nich pochodzi nazwa tego pięknego portu.

To właśnie położenie u ujścia rzeki Purmel Ee zapewniło rozwój tej osady, bo to tutaj mogły dopływać większe łodzie i barki, które były łącznikiem dla regionu Bałtyckiego oraz miast takich jak Alkmaar czy Purmerend.

Monnikendam to głównie sery, wędzarnie śledzia i budowa łodzi. Większość budynków pochodzi sprzed okresu XVII wieku, kiedy to powoli miasto zaczęło tracić na sile w stosunku do szybko rozwijającego się Amsterdamu.

399822_2667519180732_626338465_n
377994_2667522460814_1278225262_n

Zjadłam więc obiad w jednej z restauracji przy głównej ulicy.

Czas już na mnie, Schiphol wzywa. Zamykam mój Pierścień. Myślę, że sam Louis Monnickendam by mnie poklepał po ramieniu za taki właśnie wybór…

A co te słupki miłości zapytacie!?

376098_2667518700720_242289955_n

Sami sprawdźcie,

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly