Rowerem po Lanzarote

Posłuchajcie sobie podcastu jeśli nie macie ochoty czytać: Rowerem po Lanzarote

English version: Lanzarote by bike

Wyspa Lanzarote w lipcu jest piękna.

Lanzarote w lipcu jest dość napakowana ludźmi.

Lanzarote w lipcu to miejsce, w którym nie chcesz być, jeśli masz zamiar się ograniczyć do siedzenia przy basenie – oparzenie i udar słoneczny będą lżejszymi z możliwych konsekwencji.

Lanzarote w lipcu płonie.

Lanzarote w lipcu to jednak wspaniałe miejsce!

C. i ja poleciałyśmy do Arrecife po raz pierwszy. Widziałyśmy już wcześniej Fuertaventurę i Gran Canarię, a wszyscy mówili, że Lanzarote jest tanie, łatwo dostępne, ładne piaszczyste plaże, dobre jedzenie, mili ludzie. No to co by się nam nie miało podobać!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Na szczęście tym razem wylot był wcześnie rano. Zero konieczności rezerwowania samochodów, bo szybka przejażdżka taksówką do Puerto del Carmen nie była wcale droga. A my chciałyśmy po prostu “odskoczyć od masakry codzienności”.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Znalazłyśmy nasz apartament i zameldowałyśmy się. Pomimo wcześniejszej rezerwacji wyższego piętra, niestety przypadło nam niższe, którego nie byłyśmy w stanie zmienić. No, ale cóż, uroki bycia przeciętnym ludkiem…

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Recepcjonistka była taką miłą panią! Biegle owładała polski, niemiecki, hiszpański i angielski. Jej mama była Polką, ale urodziła się w Niemczech. Jak znalazła się w Hiszpanii? Tego nie wiem, ale śmiem przypuszczać, że była niemiecką turystką, która zakochała się podczas wakacji na Lanzarote. Wyszła za mąż, ponieważ zaszła w ciążę i po drugim bebe, miejscowy rzucił ją na zbity pysk bo rodzina była zbyt dużym zakłóceniem dla jego wolności. Wiem, że była samotną mamą 2 dzieci, więc historia jest bardzo prawdopodobna.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

Poszłyśmy zerknąć na basen a tam banda bardzo głośnych ludzi z Dublina przejęła całą przestrzeń (świetnie, że się nam udało uciec od codzienności!).

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Trzech starszych kolesi wprowadziło się do mieszkania nad nami i siedziało przy stole i gapiło się dookoła.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Dość szybko ruszyłyśmy w poszukiwaniu łatwych tras, które zaprowadziłyby nas do miasteczka i dalej na plażę.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-u.jpg

Puerto del Carmen ma długie piaszczyste plaże. Ta obok starego portu, zwana Playa Chica, jest małym zacisznym zakątkiem skrytym wśród ogromnych skał. Zbyt jednak zatłoczona, bowiem otoczona tysiącem wynajmowanych apartamentów i hoteli.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Na szczęście, zaledwie kilka metrów dalej na północ, znajduje się ogromna plaża, która dzieli się na Playa Blanca i Playa Grande. Tutaj również widać tłumy, jednak rozmiary plaż pomagają zmniejszyć uczucie siedzenia w azjatyckim pociągu.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Zapadał już zmrok. Poszłyśmy na kolację. To był dość konkretny spacer od miejsca, w którym się zatrzymałyśmy, głównie dla C. Wybrałyśmy miejsce po przeciwnej stronie drogi od Playa Blanca, czyli w typowo-hiszpańsko-kurortowo-wypoczynkowo-przybrzeżnej miejscówce, wypełnionej restauracjami wyglądającymi jak stragany, wmieszanymi między sklepiki z pamiątkami.

Zapodałyśmy pizzę i calzone. Jakość, ilość i zadowolenie – typowo hiszpańsko – wakacyjno – przybrzeżne. Niezbyt podekscytowane po takim posiłku, ale już przynajmniej nie głodne i zdecydowanie nie tak gotujące się jak w drodze do tego miejsca, wspięłyśmy się na ulicę, która zaprowadziła nas do naszego mieszkania.

Oczywiście po drodze spotkałyśmy uroczą Brytyjkę, która była w nastroju do prześladowania ludzi, chcących odpocząć i nakarmiła nas jakimś badziewiem o pływaniu z jej byłym mężem w roli głównej. Słuchałyśmy jej jak zgaszonego radia emitującego na niezrozumiałych i bardzo drażniących falach, po czym poszłyśmy spać.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

Mieszkanie było bardzo ładne, ale będąc na parterze, zwłaszcza, że zarezerwowałyśmy wyższe piętro, było trochę denerwujące. Szczególnie dlatego, że okna sypialni były małe.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Rano dokonałyśmy odkrycia sezonu! Spar, za rogiem, wypełniony pysznym lokalnym jedzeniem, świeżo pokrojonymi szynkami, serami, pieczywem i bułkami prosto z pieców. Ah jaki asortyment! Boże! Półki z owocami i warzywami uginały się, a C. i ja po prostu nie mogłyśmy wchłonąć tej wprost nie do ogarnięcia różnorodności smaków, kolorów i zapachów.

Tutaj, w Irlandii, macie wybór… ale całkowicie bezsmakowego jedzenia. Zwłaszcza owoce i warzywa są prawie takie, jakby były nienaturalne. Tak więc możliwość wgryzienia się w coś, co nie tylko ma na celu wypełnienie twojej przestrzeni brzusznej, ale także daje ci przyjemności, jest defo dobrym powodem, aby udać się na południe!

A czy już kiedyś widzieliście hiszpańskiego rzeźnika krojącego jamón? Jamón to szynka hiszpańska, którą się ścina z całego udźca.

Stałyśmy tam z opadniętymi szczękami i wpatrywałyśmy się w faceta, który wyglądał jak Antonio Banderas w wieku 40 lat. Pokaz był bezcenny, mimo że tu był tylko codziennością.

Antonio najpierw założył metalową rękawiczkę, wykonaną z drutu ze stali nierdzewnej, co sprawiło, że wyglądał jak średniowieczny rycerz… Don Kichote jak nic. A potem wyciągnął swój miecz. Och, ale jaki to był miecz! Można by się skaleczyć tylko patrząc na jego zaostrzoną krawędź.

Następnie umieścił przed sobą ogromny kawałek dojrzałego jamón-u, a plasterki, które wychodziły spod tego noża, były prawie przezroczyste, jak papier ryżowy. Chyba nie trzeba wspominać, że nic się nie podarło!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Obejrzyjcie sobie poniżej film o tym fenomenie, jakim jest Jamon Iberico czyli szynka iberyjska:

Kobieta, która poprosiła o pokrojenie szynki, spojrzała na nas. My na nią. Musiałyśmy być wyraźnie głodne, bo chwyciła swoje zawiniątko i szybko uciekła, co najmniej, jakbyśmy miały ją napaść i zeżreć to… W rzeczywistości nie jesteśmy największymi fankami tradycyjnego tłustego jamón-u, droga pani – tak tylko mówię na wypadek, gdybyś to kiedyś przeczytała….

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Chloe, która wtedy była trochę wybredną jadaczką, teraz siedziała przy stole chrupiąc świeżą bagietkę, zanurzając ją w naprawdę smacznym i prześwieżym paszteciku, uzupełniając to wszystko napojem jogurtowym, a następnie mrożoną herbatą, no bo czemu nie? Nie?

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Miałyśmy plan! Dzień wcześniej, w drodze powrotnej do apartamentu, wpadłyśmy do lokalnego sklepu rowerowego. Nie byle jakiego sklepu rowerowego! Facet pracujący tam był artystą. Używał części rowerowych do budowy wspaniałych stołów i przedmiotów dekoracyjnych. Naprawdę przepiękne. Dogadaliśmy się co do wynajmu i, że pojawimy się kolejnego dnia.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Ładnie nakarmione, nakofeinowane i pokryte 10 warstwami kremów do opalania, szczęśliwie wyszłyśmy więc by podążyć w kierunku przygody:

Tu podkreślam słowo: szczęśliwie 🙂

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

Dostałyśmy rower za połowę tego, co oferowały inne miejsca. Jeśli chcecie wiedzieć gdzie, dajcie znać. Facet przymocował siedzenie, zabezpieczył je i wyregulował wszystko, aby upewnić się, że będzie nam naprawdę wygodnie i że nacieszymy się tą rowerową przygodą. Dziękuję za tego Dobrego Człowieka! Jesteś jedną z najmilszych osób, które kiedykolwiek spotkałyśmy podczas naszych podróży!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-r.jpg

Robiło się gorąco. Naprawdę gorąco. Ale tym razem upewniłam się, żeby wyszkolić Chloè, aby od czasu do czasu nakładała na moje plecy dużo kremu przeciwsłonecznego. Nie tak jak w Portugalii, kiedy była zbyt mała, aby rozprowadzić krem na plecach, i tak się poparzyłam pierwszego dnia 10-dniowych wakacji, że nie tylko cierpiałam jak diabli, ale najgorsze było, gdy moja skóra zaczęła się łuszczyć i wyglądałam jak dinozaur w trakcie zrzucania łusek. Ludzie przy śniadaniu nie wydawali się zachwyceni widokiem tych ogromnych płatów skóry zwisających z moich pleców i w każdej chwili gotowych do upadku na ich talerze (co nigdy by się nie stało, nawiasem mówiąc, a wiedzieliby o tym, gdyby mieli podstawy biologii). W każdym razie, tak czy inaczej zawsze wymykałyśmy się na patio, a dlaczego oni jedli w środku, gdy na zewnątrz było mnóstwo rattanowych stołów i krzeseł otoczonych pięknymi kwiatami, nie wiem.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-t.jpg

Wróćmy jednak do Hiszpanii! Więc tak, tym razem moje dziecko było już dobrze wyszkolone. Mimo że jej strój kąpielowy twierdził, że jest WonderWoman w trakcie treningu

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-u.jpg

Istnieje ładna ścieżka rowerowa, która zaczyna się w Puerto del Carmen, na drodze równoległej do wybrzeża i prowadzi aż do lotniska w Arrecife. Naprawdę fajna!

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-g.jpg

Wsiadłyśmy więc na nasz pojazd, który był nawet wyposażony w koszyczek. Kierowane doświadczeniem, nie zabrałyśmy jednak ze sobą zbyt wiele. I tak wyruszyłyśmy w kierunku tej przygody.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Najgorszą częścią było wydostanie się z tej ruchliwej drogi w Puerto del Carmen, ponieważ prowadzi przez miasto, a więc samochody, turyści spacerujący i śniący na jawie, dzieci biegające i nie zwracające na nic uwagi – no sami wiecie wszystko, co można znaleźć w turystycznym miejscu takim jak to.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-o.jpg

A potem wydostałyśmy się na otwartą przestrzeń, wzdłuż pięknego wybrzeża Lanzarote z widokiem na niewidzialną Afrykę 🙂

Source: Google maps

Jechałyśmy lekko i radośnie, ciesząc się upałem, ale nie było tak źle dzięki morskiej bryzie. Po lewej same domki wypoczynkowe i hotele, a z kolei po prawej praktycznie tylko plaża, najwyżej jakiś mały bar lub kawiarnia.

I w ten sposób w końcu dotarliśmy do tego, co zaplanowałyśmy jako nasz pierwszy przystanek.

Playa de los Pocillos – JEEEZUUUUU jaka ogromna! Nasza trasa przebiegała bezpośrednio obok, więc pomyślałyśmy, że dobrym pomysłem będzie rozłożenie się na chwilę na piasku i popluskanie się w kropelkach Atlantyku.

Przy wejściu na tą plażę znajduje się piękny hotel i pomyślałyśmy, że coś jest nie tak z tymi ludźmi piekącymi się przy basenie za 2-metrowym szklanym płotem, podczas gdy poza ich akwarium są kilometry takiej plaży.

A potem ogrodzenie akwarium się skończyło i znalazłyśmy się na otwartej, kilometrowej pięknej piaszczystej plaży, która była zwrócona w stronę Afryki i oferowała wspaniały widok na samoloty podchodzące do lądowania na pobliskim pasie lotniska.

Pierwszy podmuch wiatru i już znałyśmy odpowiedzi na wszystkie nasze egzystencjonalne pytania. Odłożyłyśmy rower z nadzieją, że rozłożymy ręcznik, ale nie było na to szans. Piasek już w nas ładował pod każdym kątem. Masakra!

A był to ten piasek z dużymi wulkanicznymi twardymi ziarnami. Chloe zaczęła płakać. Cóż, powiedziałam, skoro zaciągnęłyśmy siebie i rower przez cały ten piasek aż tutaj, to może przynajmniej wejdźmy do wody, ochłodzimy się trochę i zmyjemy ten okrutny piasek (który a propos przykleił się do naszych wykremowanych ciał tak, że absolutnie nic nie mogło go odlepić)?

Ale Chloe miała w nosie to co wygadywałam.

Jeden samolot Ryanair’a i wiadro łez później, postanowiłam się umyć i ruszać dalej, bo to zdecydowanie nie miało sensu. Podobnie jak widok na to szklane ogrodzenie o wysokości 2 m, które hotelowe sprzątaczki polerowały na naszych oczach przy użyciu pięknych białych ściereczek… nie miało sensu….

Weszłam do wody, wpatrując się w moje płaczące dziecko i wciąż próbując zachęcić je, by przynajmniej spróbowało wejść na chwilę. I to właśnie wtedy ta wielka paskudna fala dopadła mnie i ujawniła moje cycki podczas uwalniania się z mojego stroju kąpielowego.

Tamten facet patrzył… i co z tego!

Wyszłam z tej wody naprawdę wściekła. Na tą falę. Zebrałyśmy nas w jedną paczkę wszystkiego i udałyśmy się do restauracji po drugiej stronie ulicy, aby najpierw pozbyć się tego piasku z naszych majtek a potem zjeść jakiś lunch.

Dwa talerze jedzenia i kilka szklanek świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego później, znów ruszyłyśmy w drogę. Och, siedzenie na rowerze tak się podgrzało, że mój tyłek stanął w ogniu. No a przecież podczas jazdy mój tyłek tego siedzonka nie chłodził tylko przytapiał jeszcze bardziej… Kto nie zaznał ten nie zrozumie…

Chwilę później zauważyłyśmy plac zabaw – Parque Infantil Matagorda. W pełnym słońcu, między drogą a morzem. Ani jednego drzewa ani kawałka zadaszenia. Praktycznie więc zdatny do użytku tylko wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. Ale ponieważ nasze gorące tyłki były już gorące, nieco więcej ciepła nie wydawało się nam być zagrożeniem.

This image has an empty alt attribute; its file name is wave-w.jpg

Po kilku próbach skorzystania z rozgrzanego w 40stu stopniach sprzętu, zdecydowałyśmy jednak, że nadszedł czas, aby przejść przez to małe ogrodzonko i wskoczyć do wody.

Ta plaża była jak niebo na ziemi. Również tutaj, zobaczyłyśmy tłumy za podobnym szklanym płotem w hotelu Beatriz Playa and Spa po przeciwnej stronie ulicy. Pomyślałyśmy jednak, że tym razem los się do nas uśmiechnie. I tak też się stało. Może jakichś 5 ludziuf, zadało sobie trud, aby przejść się tam, gdzie myśmy szalały w przeciągu całych dwóch godzin, które tam spędziłyśmy….

Playa Lima…. bo tak się owa plaża zwie, znajduje się tylko kilka minut od pasa startowego lotniska. Siedziałyśmy tam i obserwowałyśmy samoloty lądujące i startujące dosłownie nad naszymi głowami.

Udało się. Pas startowy lotniska Arrecife za ogrodzeniem.

Dojechałyśmy aż do końca ścieżki rowerowej, obserwując te samoloty a potem, zawróciłyśmy, wpadając po drodze do Spara po jakieś pićko i przekąski.

Playa Blanca powitała nas takim widokiem:

Pod górę z powrotem do mieszkania prowadziłyśmy naszą brykę. Skorzystałyśmy też z dorodnych liści aloesu. Były ogromne, więc utrata jednego nie zaszkodziła mu, tym bardziej, że jego przeznaczeniem było ratowanie moich pleców. Czy nie warto takiemu aloesowi umrzeć dla tak zacnego celu? Moja urocza przyszła pani weterynarz spędziła cały wieczór, masując jego soki w moje plecy. I wiecie co?! Następnego ranka były jak nowe i gotowe na kolejną krótką rowerową przygodę.

Pewnego dnia tam wrócimy, bo tym razem, nie mając samochodu, odwiedziłyśmy tylko kilka pobliskich miejsc. Do odkrycia pozostała jednak cała wyspa ze wspaniałym Parkiem Wulkanów i winnic, jaskiń i plaż.

Hasta Luego Lanzarote, Vamos a volver pronto.

My, Dziewczynki

Anka i Chloe

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Salzberg of Success – Bochnia

Listen here to the podcast: Salzberg of Success – Bochnia

You have probably heard about an iceberg of success where the entire invisible hard work is under the water’s surfece and the only visible part, the actual success, is merely the tip of the mountain.

Source: internet

This is the story of Bochnia.

Bochnia is a city that, like Rome or Lisbon, is situated on seven hills. It is the oldest city of Małopolska – Lesser Poland region and one of the oldest in Poland. Situated on the river Raba, embracing the city from the north, it is only a stone’s throw away from the highest of Polish mountains in the Zakopane region, on the border with Slovakia.

The first written surviving mention of the settlement under the name Bochnia (“Bochegna”) comes from 1198, in which Patriarch of Jerusalem, Monachus confirmed the granting of salt from this place by the knight named Mikor Gryfit, to the monastery of the Order of Bożogrobców from Miechów.

Copy of the document in which Bochnia is mentioned for the first time, Source: internet

Of course, the salt mentioned here refers to the evaporated salt, obtained in Bochnia from salty springs known already in the Neolithic. It is believed that the Polish name of Bochnia derives from the Slavic word “bohy” which stands for swamps, wetlands. The reason behind it may be that the first brines and brewhouses were located in such areas around the Babica river – a second river that flows through the town’s centre.

The city was located along the very important trading routes. Given this and the ability to produce such an important back in the days product like salt, commonly used around the world as a preservative of all types of foods imaginable, it would most likely always thrive. However, discovery of rock salt in 1248, changed its history forever.

The legend has it that Little Bolesław, later known as Shy, a future king of Poland, who sadly lost his royal father very early in his life, often visited the Kingdom of Hungary. He would play with a few years younger than him Princess Kinga there and together they would enjoy lovely, salty in taste pancakes.

He could not understand why they did not have such lovely pancakes back at home, in Poland. His Russian mother, Grzymisława, explained it to him that sadly there was no rock salt in Poland and the amounts of salt avilable were only sufficient for more important matters.

Little future king could not stop dreaming about it. He wished for nothing more than to one day feed his people with such lovely pancakes.

When the two kids grew up, then, the Duke of Kraków-Sandomierz, Bolesław the Chaste or Shy himself, asked for the hand of the Hungarian princess Kinga. They moved over to Kraków and resided at the Wawel Castle.

Prior to their wedding however, Kinga asked her father, King Bela IV, not to present her with valueables as they are filled with human tears and sweat, nor the servants, as this was a sign of pride. She wished for the gift of salt, but not for herself. She wanted it for her people.

One autumn King Bela IV invited the young couple for a visit. Sadly Bolesław was unable to come but Kinga was very excited to see her family again. Along the way, she devoted plenty of time to prayers in the many roadside chapels.

Once arrived and unpacked, young Princess asked her father for a ride around the kingdom, particularily wished to see the salt mines though. They rode over to the richest of mines of Transylvania in Maramureş (then Hungary, today Romania), which she remembered well from her childhood times.

Standing there and playing with the rocks of salt, she turned sad and thought how this mineral could change the lives of the people in her new coutry. Her father noticed her sadness and knew that he could do no better but to present this mine to her.

At that moment Kunegunda (Kinga) approached the salt shaft, removed precious engagement ring from her finger and threw it directly into the shaft. The ring disappeared in the depths of the abyss. Unusual light however appeared in that darkness.

When returning to Kraków, she took experienced Hungarian miners with her. Once more, she did not miss any of the chapels along the way, making sure to leave a crystal of salt from the Maramureş mines in each of them. She remained so absorbed by her prayers that did not say a word out loud the entire way.

Upon arrival, she confessed to Bolesław that she sacrificed her engagemet ring for some greater riches. She then asked him to accompany her on a little horse ride. They arrived at a beautiful rural area where the people were particularily kind.

They were in Bochnia. Bolesław explained that this area abounded in salt springs called brines and it was from there that the local population obtained brewed salt by evaporating the water. Sadly, recently no salt could be obtained from these springs despite of deepening of the brine wells.

The Duchess of Kraków did not look worried. On the contrary, her eyes started to glow and when she saw a beautiful garden, with the permission of its owner, the shoemaker, she asked that a well be dug in this spot.

Once the shovels reached hard rock, the men thought it was a stone and that nothing else could be found there. One of the miners however noticed that this was salt. And he passed a piece of the rock to the Duchess.

In that lump of salt was a ring. The same precious ring that Kinga threw inside the salt shaft of a mine presented to her by her father.

Yesterday, the 15 March 2022, Bochnia welcomed a wonderful 3.2 tonne, new statue by Czesław Dźwigaj, depicting the Legend of the Ring of Saint Kinga. It is situated in front of the Sutoris shaft, which is one of the first shafts and some believe the very one where the ring had been found:

Source: Tomasz Stodolny bochnianin.pl

And only last July, Chloè and I were sitting there on this little square eating the best doughnuts this world has ever made, surrounded by masses of pigeons, and thinking how empty that place was and how it could do with, for example, a nice statue…. 🙂

The more realistic version of the story is that perhaps the discovery of the rock salt happened by accident, as a result of excessive deepening of brine wells by Wierzbięt Gryfit – the owner of the area at the time.

Either way, at first it was not easy to launch mining here, both from technical and financial perspective. This was done in 1251 when Cistercians from Wąchock were brought to Bochnia to manage the construction of the first shaft in order to enable large-scale extraction of rock salt.

Seeing the profits coming from the mines, Bolesław the Shy or Chaste, on the 27 February 1253 in Korczyn, decided to allocate numerous privilages to the settlement. A city was located on the Magdeburg Law, which was back in the day one of the styles in which cities were being designed. Kinda like a stencil which could be used to arrange the streets, create the net of the main city functions and positions, etc. – with the name of Salzberg – The Salt Mountain – Bochnia. Both names are mentioned in the foundation act as many of the newcoming settlers were from the region of Silesia, a historically mixed region, rich in coal mainly and endlessly fought for by Polish and Prussians.

The mine was a magnet for anyone who could make money out of salt, crafts and trades related to its mining. There was even maintenance paid to the inhabitants of the area. The first guild was created in 1316. In the years of the greatest splendor of the city there were 13 of them.

No other city in Poland would have been granted privilages similar to the ones Bochnia received. Kraków itself was not yet even a city for another four years to come and the neighboring Wieliczka, which now is probably the most famous of the Polish salt mines, was only a tiny village, dreaming about the discovery of salt in there.

The Salt Mine in Bochnia is the oldest salt mine in Poland.

Situated on trade routes from Western Europe to Ruthenia and Asia Minor as well as from Hungary to the Baltic Sea, Bochnia was included in international trade, becoming an important transit center.

The period of splendor of the city is the time of the reign of King Casimir the Great. This great ruler reorganized the saltworks by giving it the Mining Ordinance and expanding the saltworks castle, in which he visited many times together with his court. On his initiative, the first in Poland hospital-shelter for sick miners was established in 1357. The town, which at that time had about 3,000 inhabitants, was surrounded by defensive walls (in some parts by ramparts), and city councilors were in office in the stately, gothic town hall on the market square.

On May 29, 1871, a ceremony of unveiling of the statue of the king holding the Wiślica statutes, took place. Over two meters high, carved in pińczów limestone by a well-known sculptor Walery Gadomski, the form of the great king was placed on a neo-gothic column, on the pedestal of which – stone bas-reliefs depicting the granting of the Wiślica statutes, the foundation of the Kraków Academy, the Polish emblem and the inscription; “To the King of Peasants, their benefactor, Guardian of Cities Casimir the Great, Bochnia 1871”.

King Casimir the Great – Kazimierz Wielki

Jan Matejko himself, one of the greatest of Polish painters, was present at this ceremony. It was under his very suggestion that his brother-in-law – the then marshal of the county Leonard Serafiński made a plan to commemorate the great king.

Bochnia was so thriving between 14th and 16th centuries that already back then it had a municipal water supply. The wealth of the city also brought culture and developement. A number of Polish kings, including: Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary with Bona and their son August, as well as king Stefan Batory visited here. During Middle Ages and Renaissance, numerous artists including painters, writers or goldsmiths were being employed either by the city or in the nearby castle at Nowy Wiśnicz, which I mention in my other blog post, see here:

Various and rich book collections and a parish school operating since the end of the fourteenth century, associated with the Kraków Academy, currently Jagiellonian University, were a proof of high educational level of the townspeople of Bochnia.

Unfortunately, all these testimonies of the splendor of Bochnia and the wealth of its citizens have not survived to our times. The seventeenth century was for Bochnia a series of constant misfortunes: epidemics, marches of troops, arson, robberies.

In the mid-seventeenth century, during Swedish wars, the town fortifications, the parish church, and the town hall were ruined. Swedish army stayed in Bochnia, plundering it completely. The devastation was continued by the Transylvanian troops of Franciszek Rakoczi, and later the Cossacks. As a result of all that, in 1664 only 54 houses survived in the city.

The initial decline of Bochnia’s splendor turned into its eventual fall. Its development was shaken by further fires, but the most devastating of all was the regression of Żupa – as we call the rock salt there, which occurred as a result of negligence in the exploitation of the deposits and the thefts done by the mine’s administrators.

Source: muzeum-bochnia.pl, Karol Fleckhammer, Bochnia. A fragment of a cross-section of the first level of the mine, 1777

In February 1772, Russian troops occupied Bochnia and in June of that year, as a result of the First Partition (there were 2 more), Poland was torn between Russia, Germany and Austria and disappeared completely from the maps of Europe till 1918. Austrians, or Habsburgs if you prefer, took control over southern Poland. This region was known then as Galicia.

After multiple rebellions, the Bochnians finally started to see the revival of their town in the early 19th century.

A gymnasium founded in 1817 contributed to the intellectual revival of Bochnia. Later, the bishopric of Tyniec and the seminary had their temporary seat in the city. At the end of the nineteenth century, the railway line Vienna – Kraków– Dębica, running through Bochnia, has been lounched in 1856.

During this period, new houses were built, shaping representative streets. In 1908, one of the most modern municipal waterworks in Galicia was established and in later years the city was canalized. The salt mine was modernized too, but the rapid development of competitive East Galician salts meant that it never regained its former importance.

Bochnia at the turn of the century flourished in terms of cultural life. In 1886, the first public library was established. In 1913, the first permanent cinema was opened.

Bochnia city itself as well as its surroundings witnessed the fighting between Austrian and Russian troops during WWI. The Russian army ingloriously inscribed itself in the history of the city with numerous plunders and bloody murders.

In December 1939, one of the first Nazi executions in Poland took place in Bochnia, where the occupant applied the principle of collective responsibility. An attack of the resistance on the German police station ended up with the two leaders being hung up on the lantern poles in front of the building for 4 days afterwards and 52 others shot in a group masacre.

Round-ups, deportations to concentration camps and deportations to forced labor in Germany were an everyday occurence to anyone there, no matter the roots, including members of my family. Speaking of, the City Archives have a fascinating collection of the names of Bochnia citizens. I remember spending hours once going through them and could not believe the variety of the Bochnia people origins.

The Jews were many in Bochnia and those who believed they managed to survive the worst, ended their existance in the bloody liquidation of the Jewish ghetto in 1943. There is a well preserved and protected Jewish cemetery, a visit to which can be pre-arranged via Bochnia Museum office. Sadly, it must remain locked as it was desecrated and devastated by the Germans, who destroyed or took away many tombstones. This cemetery was a place of numerous executions of Jews and the burial place of murdered both in the ghetto and outside of it.

There is a guide of this place written by Ms Iwona Zawicka.

Source: internet

Over the last few decades, Bochnia has increased its area and population and currently covers about 30 square kilometers and has about 30,000 inhabitants. It is the seat of the authorities of the Bochnia Poviat and is a part of the Lesser Poland Voivodeship.

Today, when visiting the mine, you sign yourself up for a real treat. Approximately 2.5 – 3 hours walk, between 60 and 212 metres under the ground 🙂

Source: muzeum-bochnia.pl, One of the many plans of underground workings of the Bochnia mine in the collection of the Museum in Bochnia

Tourists start their descent via lift at the Campi Shaft which dates back to the 16th century and is the most remote of all Bochnia shafts. It took 12 years to dig through the hidden layers of wet soil to find rich rock salt deposits here. Initially it was named Fajgel, from the name of the shaft builder but later on, due to its remote location on the outskirts of town, it took the current name Campi from the latin campus – field.

There is a restaurant here and a little souvenir shop where you can choose between some true art pieces made of salt, including salt lamps and salt sculptures.

It is also in this area where you can visit the Settlement of the Seven Ploughmen, a scansen that brings to live the times of early settlements in the region.

There is one major rule when visiting the mine – you walk with a group and follow your guide.

The tour starts with a short train ride along the old tracks and it ends in the Chapel of St. Kinga where many o’masses take place, even Christmas Eve mass at midnight called Pasterka, and where absolutely everything is made, out of salt or wood. You can get married here or babtise your baby if you wish.

Miners were very religious people. The type of danger which could have been encountered only in the mine, led to the creation of a special type of religiosity here. When walking around, you can see pictures of saints in little niches and religious engravings on some walls.

Chapels were being established on the main communication routes, of which there were many. The chapel of St. Kinga is the largest and best preserved of all chapels in the Bochnia mine. Until 1782, named the New Chapel of Guardian Angels, it was a small niche measuring 1.65 m by 1.65 m, hollowed out in 1747 in the northern longitudinal bay of Augustus Shaft at 212 metrers under the ground. Later, the chapel was widened several times, traces of the progress of mining works are visible in the form of lines and inscriptions on the ceiling and walls. We owe the interior design to the work of professional artists as well as talented miners.

The work of a salt miner was not an easy one. As well as extremely dangerous. The biggest enemies of the miners were two: water, which of course had to be drained non stop and sadly not once or twice it flooded the shafts. Salt, as we know, dissolves in water, but before it gets this far, it softens, turning walls into mash. On some of my photos you will notice little areas of white salt. This is there due to water leaks. These formations look like small stalactites. What you see on the walls and ceilings and what is gray in color is the real rock salt, the mineral worth more than gold.

Another enemy is methane.

As you walk along the many tunnels, deep under the “world”, which in the slang of the miners means the city level, you will take part in the interactive tour where stories are being told by the holograms of kings, tradesmen and miners who visited, worked and influenced Bochnia salt mine throughout the centuries. The guides will also talk you through more detailed and super interesting facts. One of them is about the methane searchers who’s job was to find the sources of any leaks and of course they were the kamikaze of the mining business as the moment they found a methane source, they most likely ended their lives there and then.

Methane was and to this day remains a most dangerous source of majority of serious mines’ catastrophies. However nowadays it is also utilized as an energy source. As such, many mines use energy generators that gather, absorb and convert methane into something positive. Yet another, after water, wind and solar power, brilliant source of energy given to us for free by Mother Earth.

Horses were an important source of mine power throughout the centeries. In Bochnia, as anywhere else in the world, they would permanently live under the ground until they no longer managed to do the work. And the work was hard. They pulled heavy chunks of salt called “bałwan” which literally translates as “snowman” into English. In the Middle Ages one of these could buy you a village.

In Poland we say “pracować jak w kieracie” – “work like in a treadmill” sort of reflects the idea. Kierat was a huge wheel based construction, to which horses were tied. They then would spend their everyday up until the end of their existence pulling the threadmill, which main function would usually be the drainage of the mine.

There has been a study made on the Horse Behavior Physiology and Emotions during Habituation to a Treadmill, which I think is a great read for anyone who ownes horses and loves them. Simply hover over and download pdf for free.

It actually might not be of harm for the leaders, bosses and managers either to perhaps have a read and ensure the feelnigs of their employees are non comparable.

There were also other type of horses that worked in mines, the “lower horses”, that would be used to pull heavy objects and access areas where it was impossible to use machinery or where humans would not manage.

Below you can see some of the photos of horses who worked in Wieliczka Salt Mine. The photos come from this mine’s archives.

Horses worked in Polish mines for as long as five centuries. Officially, they were withdrawn from the mining industry under a regulation of 1956. In some mines, however, they remained longer, as it was explained, “to help miners work in places where there is no chance of introducing machines”. An example of one such horse is Baśka, the last horse to leave Polish mines, who spent 13 years of life 135 metres under the ground of Wieliczka, the city neighbouring with Bochnia.

Source: Wieliczka Salt Mine Archives

Basia left the mine on 14 March 2002. She was 16 years old at the time and lived for another 13 years in a sanctuary and among her horsey friends. She died in December 2015.

In Bochnia, Kuba was the last horse to leave the mine, but that was 30 years earlier than Baśka, in 1961.

It is unclear though when horses began to work under the ground in the Polish mines. Some claim that it took place at the beginning of the sixteenth century, the proof of which could be the mention of “kieratne” (those that pulled threadmill often situated in the higher levels of mines or even above the ground) and “lower” (working in lower levels) horses in the “Description of the Kraków Saltworks” from 1518.

Mr Józef Charkot, curator of the Kraków Saltworks Museum in Wieliczka says the following:

In the sixteenth century, Wieliczka mine kept a total of about 30 to over 90 animals. In the next two centuries, the number of these animals in the Wieliczka salina significantly exceeded one hundred. These quantities were not large, if we compare them with the number of horses working in the Silesian-Krakow led ore mines. In the mid-sixteenth century, in Olkusz itself, about 600 horses worked – mainly on drainage treadmills- and 700 horses in Tarnowskie Góry.

In 1782 in Wieliczka, underground transport was served by rolling stock consisting of 60, and treadmills located on the surface of 46 horses. In Bochnia, on the other hand, 20 and 40 animals worked respectively. Improved treadmill structures at the turn of the eighteenth and nineteenth centuries and deepened day shafts enabled direct transport of salt to the surface, even from the lowest floors of the mine at that time. These changes reduced the demand for “lower horses”, but the fundamental breakthrough in this matter occurred only in the 60s of the nineteenth century, when the construction of the underground railway and the installation of steam hoisting machines over the shafts began.

After World War II, horses helped miners only with renovation works and in places difficult to introduce mechanization. During that period, the Wieliczka saltworks initially kept four horses at the bottom, however since the 70s of the twentieth century their number decreased to two, and then to one – Baśka. Also four horses were in the 50s of the twentieth century in the underground of the Bochnia mine. The last of them, Kuba, ended his service there in 1961.

Horses that worked in mines pretty much never left the underworld alive. Only in some unusual situations. They would also often become blind.

The old stables areas are preserved and have now been converted into a little picnic spot where you can also learn some about the everyday lives of both, people – on and under the ground – as well as the mine horses. Also the so-called horse roads – safe communication routes built especially for these animals between the mine levels – were preserved, to preserve the memory of animals that for centuries helped miners in their difficult work and were very much loved by them in return.

I have already mentioned the geological uniqueness of Poland, which lies within the Transeuropean Suture Zone. See my blog post called A shaky story by clicking on the title here.

The mountain-forming movements are constant and obvious, very well visible in the area of the Christian and Ważyn Chambers in Bochnia’s mine. On the below photos, you will notice cracked sticks that were placed between rock massives to prove the existence of the tectonic stresses.

Salt is no longer mined in Bochnia. Only scarse amounts which are destined for souvenirs, such as salt lamps and cosmetics, which are plentiful and have the properties of the Epsom salts that are probably better known.

Rock salt is also a great sculpting material and you will find some beautiful artworks carved in it, both over and under the ground in Bochnia.

This city has so much more to offer and these days it is undergoing some incredible restoration. I smell a great revival in the air. But it truly deserves it. Its success story is full of tears and heartache. A Salzberg of Success, which by the way also helped my Mommy to bring me into this world…

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Puff Puff Puff…. Oder…. river cruise….

Version for the lazy: Puff Puff Puff…. Oder…. river cruise….

Wrocław. Heat. Over 30 °C. We melt. What can we do here on such a day? We found ourselves under the trees in the park. It didn’t help. So we continued to melt the fat and squirm with stuffiness. And then a miracle happened.

Wrocław, everyone knows, lies on the river Oder. We, however, unaccustomed to similar views from Ireland, did not expect to be in the place from which a river excursion boat departs.

Ha! What more beautiful could have happened to us on that day! Ostrów Tumski could not even dream to compare with such a fascinating attraction.

Three tired bosmen sat on a fence along the shore waiting for the next cruise and dreaming of a sofa, a TV and a bottle of chilled beer… 🙂

We bought the tickets and after a few moments Passenger Ship Driada left the quay, from the stop under the aforementioned Ostrów Tumski and with a beautiful gentle murmur of the engine we caught the wind in the sails 🙂 Well, no! There were no sails. But it was still good.

Wrocław, as many probably know, is an exceptionally beautiful city. Particularily in its centre. More on this in a second. But is it equally beautiful on the outskirts? Well, not really. The road from the airport, for example, by bus route, leads between rather neglected blocks of flats.

Wrocław’s location in the Lower Silesia region means it has many German influences, but above all Prussian. Some of the edifices, inhabited of course, which remained from those centuries of the foreign rulings, are however in a deplorable state, scaring visiting tourists.

And how is it from the Oder side? Well, it is different. Personally, being an admirer of nature and open spaces, I was definitely impressed by swamps and rushes with a diversity of birds and other creatures that repeatedly jumped out in front of our noses.

The heat was merciless. We walked back and forth around the deck, slurping cooled mineral water. Guys on board took off their T-shirts, which was not necessarily a welcome occurance, because their sweat, which previously had an opportunity to soak into the material, now spread its deadly venom without any inhibitions. Hence we were forced to evacuate ourselves to the opposite side of the boat….

Ah whatever… there is one bridge in front of us, then another, a little further away a dude in a boat and a few canoeists. We choo choo slowly, without making any unnecessary maneuvers and not piling up the water neither behind us nor on the sides. Because what for… Lazy means lazy.

At that moment I thought of my beloved Mississipi River. You surely all know Mr. Samuel Langhorn Clemens. No? And how about Mark Twain? Yes? O.K. well, that’s the same guy.

As a child I could not stop reading books about Hackelberry Finn and Tom Sawyer. Remember how much of it involved the Mississipi River?

There is a similar cruiser that runs from the city of New Orleans which I plan to board one day but in reality, I’d love to go on a boat trip accross the entire country along with the currents of this Queen of the Rivers. Who’s with me? Think of all the places along the way!

Source: internet

There is a house in New Orleans

Ufff I must have cought some sunstroke from all that heat ‘cos seem to be raving…

…so, yea, we blissfully sailed until it was time to turn back. Well, nothing good lasts forever.

We were definitely reluctant to go ashore again but rumbling tummies forced us to hit the city in search of some food.

The food tastes delicious in Wrocław and there are cult places that are always worth a visit. Many of them at the Market Square and in the vicinity of Stare Jatki, a street remembering thirteenth century. At that time, it was a butcher’s quarter – 42 wooden houses arranged in two rows, intended for the meat trade. To this day, only 12 tenement houses from pre-war times have survived. It is an artistic and gastronomic centre. And to commemorate the old times, a very peculiar monument “In honor of slaughter animals” was erected here. And not long ago the dwarf Butcher too. But later about the dwarfs.

The boundaries of the Wrocław Market Square were also marked out in the thirteenth century. Its current area is about 40,000 m², which puts it in the 5th place according to the size among all Polish medieval market squares. However, this one is one of the few in Poland where there are urban buildings with a network of streets in its centre. There are as many as 11 streets there.

In the central part of the Market Square stands the Old Town Hall, which is an extraordinary achievement of Gothic on a European scale. Its construction lasted about 250 years. Until the first half of the nineteenth century, when the New Town Hall was built, to which the city authorities moved, the Old Town Hall served as the seat of the court and the city council. Today, the Old Town Hall is a branch of the Wrocław City Museum. The mayor of the city also has his office here and this is where the meetings of the City Council are held.

Who likes, can stand in the middle of the square and turn himself into a wirlpool 🙂 You are surrounded by sixty tenement houses funded by urban patricians and one is more beautiful than the other. The most famous are: the tenement house under the Blue Sun, under the Seven Electors or under the Griffins. And my favorites are definitely the Tenement House under the Golden Deer and Hansel and Gretel. Behind the latter is the entrance to the magical world of Wrocław dwarfs. “Is it a fairy tale, or not a fairy tale, think whatever you want….”

Imagine that yet until the 70s of the 20th century trams ran through the Market Square. There was also a gas station there.

I invite you to watch the vlog of Radosław Gajda from Architecture is a good idea about Wrocław’s Market Square, just switch on the subtitles!

After Radosław, I will only add a few curiosities related to the three buildings about which he talked so beautifully.

The Barasch Brothers department store, today known as Phoenix, once had a beautiful ornament, a 6.5-meter, glass globe on top of the building, which was destroyed by a lightning strike in 1929.

Zobacz obraz źródłowy
Source: radiowroclaw

In the Tenement House Under the Golden Sun (Rynek 6, do not confuse with the Tenement House Under the Blue Sun standing next to it at number 7) there is a Museum of Pan Tadeusz – Różewicz, a Polish writer. (Pan Tadeusz is also a title of one of the most Polish of Polish books, there’s a bit of a pan here for the Polish natives).

And in the aforementioned modernist office building designed by Heinrich Rump from 1930 (at the corner of the Market Square and Salt Square), there is one of the few “paternoster” elevators in Poland, which runs without stopping and you get into it on the run. Unfortunately, it is not generally available.

And finally, what few people know, and what must not be forgotten – the monument to Alexander Count Fredro! Previously, it stood in Lviv and on the Wrocław Market Square it replaced a monument of none other than the King of Prussia himself, Frederick William III. Well, how not, when Aleksander Fredro is considered the most outstanding comedian in Polish literature of the Romantic era, and on an earlier monument the inscription proclaimed “An mein Volk”, which was to commemorate the proclamation of this king published in Wrocław in 1813. Poles are not Prussians and have their own language….

However, this romanticism of Fredro is not necessarily reflected in a romantic way in his works, an example of which can be: The Tale of three Brothers and Princess (definitely not for children!). Both manuscripts of his most famous play “Revenge” are kept in the Ossoliński National Institute in Wrocław. Fredro himself came from the Podkarpackie Voivodeship and was an outstanding not only artist, but also a politician and Freemason. Well, he was a Count and that’s it. And he had the “guts” to write about taboo topics. Super cool dude!

We settled on Pigeon Square, next to the “Zdrój” fountain, named after the city President, Mr. Zdrojewski, in 2000, when it took its honorable place on the Wrocław Market Square. A nice souvenir in the style of “I will give it to myself by myself”.

And finally, full, tired and burned by the sun, we go for a well-deserved rest to a nearby hotel, only to find ourselves at the beautiful Central Station the next morning and take a train to where the sun rises…

On the way, however, we pass another very worth mentioning thing – a gas lamp:

In Wrocław they still exist and day after day they are lit and dashed by a Lamplighter – one of the last in Poland.

In the very center of the city, on Ostrów Tumski, every night he lights up (in the summer at 9 p.m. and in the winter at about 4 p.m.) and extinguishes, just before dawn, a total of 103 lanterns. He devotes about ninety minutes to complete this task.

The first municipal gas lanterns were launched in 1809 in London. You’ve probably watched Mary Poppins!

10 years later, they were already operating in Paris. The trend continued on the mainland and German cities such as Berlin, Leipzig and Austrian Vienna soon after treated themselves to similar forms of urban lighting.

Robert Louis Stevenson, sick in his childhood with tuberculosis, often dreamt to be Leerie, the Lamplighter:

THE LAMPLIGHTER (published in 1885 in his book: A Child’s Garden of Verses)

My tea is nearly ready and the sun has left the sky;
It’s time to take the window to see Leerie going by;
For every night at teatime and before you take your seat,
With lantern and with ladder he comes posting up the street.

Now Tom would be a driver and Maria go to sea,
And my papa’s a banker and as rich as he can be;
But I, when I am stronger and can choose what I’m to do,
O Leerie, I’ll go round at night and light the lamps with you!

For we are very lucky, with a lamp before the door,
And Leerie stops to light it as he lights so many more;
And O! before you hurry by with ladder and with light,
O Leerie, see a little child and nod to him to-night!

To little Robert, something that was considered a banal work by everyone else, was magical and unique.

On May 23, 1847, punctually at twenty o’clock, a festively dressed Lamplighter lit the first city gas lantern on the streets of Wrocław and so this continues to this day. It was on the day on which, after the completion of construction works on the new municipal gas plant, gas flowed from it for the first time.

The construction of the gas plant itself was inspired by the trend emerging in the west and the first gas lamp, which was lit up here in the Złota Gęś restaurant on June 16, 1843 in the company of the mayor and members of the magistrate. The authorities of the town, fascinated by such technical novelty, at this very moment made the decision to immediately implement it to the urban life of Wrocław.

The above mentioned gas plant was built at Tęczowa Street 🙂 how else! Less than six months later, more than 700 gas lanterns lit up the city. However, they did not shine as brightly as those that illuminate Ostrów Tumski today. The source of their light was a single flame. It was not until Auer’s grids, invented in 1885, that the brightness of the lanterns significantly improved. At that time, gas was used not only to illuminate the streets of Wrocław, but also hotels, restaurants, factories, schools and private apartments.

At the end of the 19th century, when the city authorities decided to replace the entire lighting system with mercury lamps, those at Ostrów Tumski were on the verge of disappearing too.

I managed to find a Job Offer for the Lamplighter. I liked this passage the most:

According to the ZDiUM guidelines, the Lamplighter must wear a black cylinder in the chimney sweep style and a two-piece black cape – long to the knees and short covering the shoulders. Capes must be waterproof, with a stand-up collar and made of the same material. In addition, the cape is fastened with two gold metal buttons. On a short cape you should embroider the coat of arms of Wrocław. A lamplighter at work should wear dark pants made of tailoring material and black leather shoes. Shoes must be clean.

Dear ZDiUM (Roads and City Maintenance Authority) – wouldn’t it be easier to make such uniforms available to employees? Maybe someone came up with this idea between the offer from 2020 and today. If not, then I think it is worth normalizing this issue. Particularily that a Lamplighter is a magical person indeed and should be valued as one.

And since we are talking about Wrocław, I would also like to mention Mr. Antoni Gucwiński, who, together with his wife, delighted me as a child with stories about animals. He was the Director of the Wrocław Zoo and to this day I remember how they both held animals on their laps and talked about them in the program called “With a camera among animals”. Antoni Gucwiński – I wish you to settle on a soft cloud, surrounded by animal sprites. In such a private, unique Eden in heaven 🙂

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Zobacz też polską wersję tutaj:

Wyczesany camping z widokiem

Podcast można znaleźć tutaj, jeśli nie macie ochoty czytać: Wyczesany camping z widokiem

English version below:

Nigdy nie znudzą mnie widoki, które ma do zaoferowania południowa Francja. Kilometry pól z długimi zielonymi pasami winorośli pokrywają każdy centymetr ziemi w zasięgu wzroku, oczywiście takiej, którą da się uprawiać.

Łaty z pól i łąk generalnie przynoszą więcej przyjemności, gdy podziwia się je poza utartą drogą. Tym razem jednak powoli wracaliśmy w kierunku Tuluzy, dlatego też czas miał znaczenie. A przed nami prawdziwa uczta. Toteż tym razem podziwialiśmy widoki z autostrady.

Wczesna poranna pobudka i szybka podróż do miasta La Cité.

Przy wjeździe do Carcassonne poczuliśmy lekkie rozczarowanie. Pamiętajcie, że podróżowaliśmy bez planowania, map, GPSu, itp. Tylko książka podróżnicza, drogowskazy i ogólne wyobrażenie co do lokalizacji miejsc.

Miasto wcale nie wyglądało zbyt średniowiecznie. Czyżby mnie okłamywali na wykładach z Historii architektury i sztuki na uniwersytecie, czy co?! – pomyślałam. Ale nie. Nie kłamali.

Trzeba Wam wiedzieć, że wyższa część miasta Carcassonne znana jako La Bastide de Saint Louis znajduje się po drugiej stronie rzeki Aude od starej, dolnej części zwanej La Cité Medievale, której wszyscy tak naprawdę szukają.

This image has an empty alt attribute; its file name is screenshot_20220211-174941_chrome4313726234476761271.jpg

Dołączyliśmy do ruchu ulicznego miasta Carcassonne. Hmmm… lub bardziej… zgubiliśmy się w nim :/ Tylko po to, aby przejechać się przez centrum tej nowoczesnej osady.

Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy po złej stronie rzeki, otoczeni masami ludzi robiących zakupy, spacerujących lub po prostu popijających kawę przy jednym z wielu stolików kawiarnianych zastawiających chodniki.

Była to szybka ucieczka muszę przyznać. W rzeczywistości w ciągu następnych dwóch dni spędzonych w okolicy nie przekroczyliśmy rzeki już ani razu.

Widok na Petit Train de la Cité upewnił nas, że zbliżamy się do celu.

Po prostu musieliśmy uzbroić się w cierpliwość, ponieważ droga, którą nadjechaliśmy, znajdowała się po przeciwnej stronie nowego miasta. Trzeba było więc przebrnąć przez ten nie najpiękniejszy most, aby poczuć te właściwe uczucia.

Wieże La Cité w końcu pojawiły się przed nami w upale wczesnego poranka…

Teraz byliśmy o wiele szczęśliwsi, gdy znaleźliśmy to, czego żeśmy szukali. Następnym krokiem było znalezienie miejsca kempingowego.

Podążając za znakami drogowymi, przejechaliśmy przez mały zabudowany teren tuż pod murami obronnymi starego La Cité i tam, gdzie było bardziej zielono, znaleźliśmy prawdziwą perełkę – trzygwiazdkowe miejsce, z pięknie wyznaczonymi parkingami, dobrze zorganizowanymi obiektami publicznymi, basenem, placem zabaw i kawiarnią. Wspaniały Camping de la Cité, w odległości 5 minut spacerem od średniowiecznego miasta Carcassonne!

Nasze brudne i śmierdzące ubrania zasłużyły w końcu na pranie. Wkrótce wszystko było rozpakowane i zorganizowane w naszym przytulnym, otoczonym płotem z krzewów, który szybko zamienił się w sznurek na bieliznę, oazę ciszy i spokoju.

Odświeżający prysznic i byliśmy gotowi do zdobycia kolejnej twierdzy.

Chociaż dziś nazywamy je średniowiecznym miastem, znanym na całym świecie z historycznych budynków otoczonych podwójnym pierścieniem murów obronnych z systemem licznych wież i bram, najwcześniejsze ślady osadnictwa w miejscu obecnego La Cité sięgają VI wieku p.n.e. To wtedy zbudowano tu warownię na skalistym cyplu, z widokiem na dolinę rzeki Aude.

Źródło: internet

W pobliżu przebiegały starożytne europejskie szlaki łączące ważne regiony handlowe. Via Domitia zbudowana przez Rzymian była jedną z nich. Lokalne wzgórza Carsac były ważnym ośrodkiem handlowym regionu. Nic więc dziwnego, że Rzymianie rządzili tu pięć wieków później. I chronili osadę, którą podnieśli nawet do rangi stolicy regionu, 1200-stoma metrami murów obronnych.

Carcassone kwitło pod panowaniem rzymskim aż do IV wieku naszej ery, kiedy to znalazło się pod panowaniem Wizygotów w V wieku. Opierało się wielokrotnym próbom podbicia go przez Franków, którym ostatecznie udało się to w końcu w VIII wieku. Przed nimi był też okres kontroli Saraceńskiej.

Gdzieś podczas rządów Franków Maurowie postanowili zaatakować miasto Carcassonne. Ich strategia polegała na czekaniu, aż mieszkańcom zamkniętym w murach miejskich zabraknie żywności i zapasów. Oczywiście była to sytuacja nieunikniona.

Gdy zapasy drastycznie skurczyły się po obu stronach, tak bardzo, że wewnątrz murów miasta pozostała tylko jedna świnia i jedna beczka zboża, sprytna księżniczka postanowiła sprzeciwić się swoim doradcom i poprosiła poddanych, aby przekarmili tę świnię całym pozostałym zbożem, po czym świnia została katapultowana do obozu otaczającej mauretańskiej armii.

Po raz kolejny sztuczka, a właściwie proste, logiczne myślenie kobiety, być może nawet dziecka, przyniosło miastu zwycięstwo. Maurowie zdecydowali, że skoro miasto jest tak dobrze zaopatrzone w żywność, oni sami będą martwi, zanim uda im się zmusić mieszkańców do poddania się z powodu głodu. I tak też odeszli tam, skąd przyszli.

Był to XIII wiek, kiedy masywne mury miasta, które możemy dziś oglądać, zostały zbudowane, po tym, jak La Cité zostało zaanektowane przez państwo francuskie. Na tym etapie Château Comtal znajdował się już w jego granicach, zbudowany sto lat wcześniej przez Bernarda Atona Trencavela w zachodniej części murów rzymskich. Twierdza była wystarczająco silna, aby pokonać armię brytyjską podczas wojny stuletniej w ataku dowodzonym przez Czarnego Księcia w 1355 roku.

300 lat później Carcassone straciło swoje znaczenie militarne. Fortyfikacje zostały opuszczone, a miasto stało się jednym z centrów gospodarczych Francji, koncentrującym się na wełnianym przemyśle włókienniczym. Niemniej jednak powoli upadało.

Na pewnym etapie było ono tak zaniedbane, że rząd francuski rozważał jego zburzenie. Na szczęście opamiętali się i w 1853 roku zadanie gruntownej rekonstrukcji i renowacji twierdzy otrzymał francuski architekt Eugène Viollet-le-Duc, który jest obecnie znany jako ojciec francuskich prac konserwatorskich. Po jego śmierci dokonanie dzieła odziedziczył jego uczeń, Paul Boes Willwald, a później kontynuował je architekt Nodet.

Carcassonne - Plan
Źródło: internet

W 1997 roku Carcassonne zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako wyjątkowy, w pełni otoczony murami średniowiecznymi kompleks miejski. Jeden z największych tego typu w Europie, który pozostał w stanie niezmienionym. La Cité jest jednak narażone na codzienne zadeptywanie. Hordy ludzi, około 4 mln rocznie, wbijają podeszwy swoich butów w średniowieczne jego kamienie, szwędając się po wąskich uliczkach lub próbując policzyć wieże, których powinno być 52.

Też byliśmy tymi ludźmi.

Po przekroczeniu głównych bram wejściowych najprawdopodobniej pójdziecie w prawo, w kierunku Bazyliki Świętych Nazariusza i Celsusa, znanej również jako Bazylika Świętych.

Budowa romańskiej katedry rozpoczęła się w 1096 roku. Nadal można zobaczyć i skorzystać z wejścia z łukowym portalem w elewacji północnej.

Najstarszą częścią obecnego kościoła jest romańska nawa. Większość budynku została przebudowana w XIII wieku i w stylu gotyckim. Obejmuje to chór z jednym z najstarszych witraży w południowej Francji, pochodzącym z 1280 roku i przedstawiającym życie Jezusa. Mnie osobiście zahipnotyzowała rozeta. Czy wyczuwacie różnicę między ciężkim i ciemnym stylem romańskim a jasnym, zwiewnym, kolorowym i graficznym gotykiem, który miał sprawić, że budynek będzie wyglądał tak, jakby dosłownie sięgał nieba?

Carcassonne

Wyjście z tego niesamowitego kościoła na światło dzienne jest doświadczeniem samym w sobie. A to, moim zdaniem, najlepszy czas na wyjście na mury obronne. Po prostu przechodzicie przez łuk, który pojawia się po waszej prawej stronie. Pamiętajcie, że macie tutaj dwa rzędy murów, więc chodzicie w przestrzeni, która jest między nimi.

Obejście całego terenu jest wyczerpujące. To naprawdę jest właściwe miasto, a w jego murach może być bardzo gorąco, gdy pogoda jest nieco poniżej 40 °C. Setki ludzi stłoczonych wewnątrz jak sardynki w puszce, nie poprawiają tej sytuacji.

Po spędzeniu tam całego dnia czujecie się wyczerpani, ale w satysfakcjonujący sposób.

Przygotujcie się na wysokie ceny za wszystko, co jest otoczone murem, zwłaszcza jeśli jest świeżo ugotowane. Pamiątki są również dość drogie, ale pamiątkowa moneta i pocztówki są koniecznością. Tak jak sama wizyta w tym miejscu. Kto jeszcze nie zdołał go odwiedzić, niechaj nie zwleka.

Zabudowy miejskie położone wewnątrz murów zostawiliśmy na koniec naszej wizyty i była to słuszna decyzja. Ta część La Cité jest po prostu zbyt napakowana ludźmi. Ale niezwykle ładna, z domami z muru pruskiego. Zostajesz przeniesiony w czasie i przestrzeni do książek Alexandre’a Dumasa i jego muszkieterów.

Źródło: internet

Osobiście uważam, że dolne miasto, tuż za murami La Cité, jest bardzo urokliwe i znaleźliśmy tam nawet małą cukiernię z najsmaczniejszymi wypiekami robionymi na miejscu.

Ludzie mają tendencję do ignorowania tej części całkowicie w swoich gorączkowych próbach jak najszybszego dotarcia do średniowiecznych murów i tego, co jest za nimi. Moim zdaniem jest to jednak błąd. Ponieważ my byliśmy w Carcassonne przez dwa dni, spędziliśmy dużo czasu spacerując i podziwiając piękno również tego wspaniałego historycznego miejsca. Zróbcie to także, a nie rozczarujecie się.

Tego wieczoru nie mieliśmy pojęcia, że staniemy się świadkami jakiejś niemieckiej rewolucji na sąsiednim miejscu kempingowym. Wygląda na to, że ci ludzie podróżują z całymi domami. Najpierw oglądali telewizję i słuchali radia. Potem grillowali. Potem zaczęli pić, myślę, że coś na cięższą nutę, ponieważ sprawiło, że byli dość rozmowni. Doprowadziło to do małej kłótni, z odrobiną stukotu sztućców i naczyń. I wreszcie na koniec dostał nam się koncert seksualnych uhs i ahs, po których nastąpiło chrapanie, przyrównywalne do tego, jakie z pewnością wychodzi z gawry niedźwiedzi brunatnych.

Siakieś 60-letnie ex-dzieci-kwiaty normalnie….

Na szczęście odwiedziliśmy wcześniej jeden z lokalnych supermarketów i mieliśmy Bordeaux w obfitości. Mnóstwo sera i winogron do tego wszystkiego i widok na La Cité w nocy.

Carcassonne

Wygląda na to, że Niemcy i Carcassonne dzielą jakiś szczególny rodzaj miłości, ponieważ w 2000 roku Klaus-Jürgen Wrede opublikował zaprojektowaną przez siebie grę planszową nazwaną na cześć tego właśnie miasta.

Zasady są proste, wybieracie kawałki, które później łączycie ze sobą tworząc średniowieczną osadę. Oczywiście istnieje już kilka jej wersji i więcej opcji można znaleźć klikając tutaj.

Źródło: internet

Gra stała się tak popularna, że teraz można wybierać pomiędzy wersjami konsolowymi, PC i aplikacjami.

Carcassonne - panorama
Źródło: internet
Carcassonne

Jest jeszcze jedna rzecz, o której nie powinnam zapomnieć. Niestety nie mieliśmy okazji wziąć w nim udziału, ale każdego lata od połowy lipca do końca sierpnia, 3 razy dziennie z wyjątkiem soboty, średniowieczne La Cité zabawia tłumy Wielkim Turniejem Rycerskim.

45 minut pokazów w najbardziej średniowiecznych ustawieniach i stylach. Rycerze, konie i broń ścierają się w ciągłych bitwach, aby przywrócić ducha ówczesnych dni.

Było lato 1208 roku, kiedy Ramon Roger Trencavel po raz pierwszy zorganizował wielki festiwal w swojej cytadeli w Carcassonne, gdzie najlepsi rycerze mogli zmierzyć swoje umiejętności w starciach przeciwko sobie.

Ale ten sam rok rozpoczął coś, o czym opowiem wam podczas naszej następnej podróży. Do tego czasu pamiętajcie, że tylko w dół drogi od La Cité znajdziecie to, co jest znane jako Kraj Katarów.

A napiszę o tym przy okazji kataru… będzie tematycznie.

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Kiedy mamusia mówi “jedz swoje warzywa” – jedz je! Pokrojone w kosteczkę.

Jeśli twoje leniwe alter ego ma ochotę dać oczom odpocząć, użyj uszu i posłuchaj podcastu: Kiedy mamusia mówi “jedz swoje warzywa” – jedz je! Pokrojone w kosteczkę.

Leniwy, ciepły poranek zapowiadał upał. Przed nami dzień bez planu. Jechaliśmy wśród pól słonecznika, tym razem z otwartymi oknami, pozwalając zapachom francuskiego lata krążyć po wnętrzu samochodu i malować uśmiechy na naszych zaspanych, rozmarzonych twarzach.

Przed nami fala gorąca tworzyła miraż nad powierzchnią drogi, mglisty krajobraz wypełniony kolorami. Uwielbiam, kiedy tak się dzieje. Była to wczesna zapowiedź pięknego dnia, wysyłana do nas prosto z nieba.

Zadowoleni z takiej przepowiedni, jechaliśmy dalej szukać miejsca, w którym moglibyśmy uzupełnić nasz poziom energii. Niedługo potem pojawił się przed nami Aldi i postanowiliśmy urządzić przed nim piknik na małym, kwadratowym kawałku łąki.

Pomimo tego, że Aldi jest niemieckim supermarketem, jest on zobowiązany do sprzedaży pewnych ilości lokalnych produktów, aby móc działać za granicą. Również tutaj. Tak więc, korzystając z naprawdę niskich cen, kupiliśmy torbę smakołyków na resztę dnia.

Setki rodzajów pasztetów i serów, wszystkie tak świeże i aromatyczne jak bułki i warzywa. Brzoskwinie i śliwki dosłownie spadły z drzew tego ranka, założę się. A wypieki wypełnione owocami rozpływały się na naszych językach.

Trawa była wysoka, tam gdzie rozłożyliśmy się z naszą ucztą. Ruch uliczny był znikomy, więc nic prócz pszczół i os nie miało zamiaru przeszkadzać nam w delektowaniu się tymi dobrotkami. Ich leniwe próby kradzieży niektórych z naszych pyszności nawet się powiodły. Nie mieliśmy nic przeciwko dzieleniu się.

Przed nami miasto o nazwie Mirepoix. Zobaczyliśmy drogowskaz w drodze do sklepu i postanowiliśmy tam podskoczyć. W sumie już tam prawie że byliśmy.

Robiło się naprawdę gorąco. Dobrze odżywieni, nawodnieni i z poziomem witaminy D3 uzupełnionym porannym słońcem, spakowaliśmy wszystkie smakołyki i ruszyliśmy w poszukiwaniu przygody.

Przed nami pojawił się mur z bramą, sugerujący, że jest to właściwe miejsce do zaparkowania samochodu. W rzeczywistości to, co tutaj mamy, nazywa się La porte d’aval, dosłownie drzwi w dolnym biegu rzeki lub Dolna Brama, która pochodzi z 1372 roku.

Nieśmiało zerknąłam przez bramę i zobaczyłam małą uliczkę z zabawnym rowkiem pośrodku, prawdopodobnie rodzajem drenażu. Ulica widocznie prowadziła do jakiegoś placu.

Drogowskaz przy bramie sugerował coś “średniowiecznego”. Byliśmy gotowi na średniowiecze! Na tym etapie nie mieliśmy pojęcia, na jaką perełkę żeśmy się natknęli.

Czy kiedykolwiek oglądaliście filmy z Gérardem Depardieu, powiedzmy Człowiek w żelaznej masce, lub którąkolwiek z filmowych adaptacji książek Dumasa lub de Balzaca?

Średniowieczne miasta Francji otoczone murami sprawiały wrażenie budowlanego chaosu. Nieregularne główne ulice miały co najwyżej kilka metrów szerokości. Przez ich centrum przepływały ścieki, którymi płynęły śmieci, zanieczyszczenia i brudna woda. Ulice śmierdziały, a te zapachy przenikały do wnętrz domów. Pomieszczenia mieszkalne były małe i ciemne.

Budowano wówczas z drewna, gipsu i gliny. Kamień był rzadko używany. Na parterach znajdowały się zazwyczaj sklepy i warsztaty. Mieszkańcy miast w tym czasie zajmowali się przede wszystkim rzemiosłem. Organizacje gildii jeszcze nie istniały.

Tłumy gromadziły się na ulicach miast podczas procesji, tortur i egzekucji. Wielkim wydarzeniem w życiu miasta był wjazd i wizyta króla lub innych dostojników.

Szliśmy w kierunku placu między rzędami średniowiecznych budynków. Drewniane belki i krokwie podtrzymujące górne kondygnacje, krzywe okna, dachy i faliste ściany. To wszystko sprawiało, że poczułam się tak, jakby w każdej chwili kobieta ubrana w długą średniowieczną suknię z tasiemką przewiązaną przez klatkę piersiową, miała się wychylić z jednego z okien i wylać wiadro pomyj lub sików na nasze głowy. To jest to, co ryzykowaliście w tamtych czasach, czyż nie?

Zamknijcie oczy i pomyślcie o takiej scenie. Błotniste ubite drogi, brak kanalizacji, tylko wąskie rowy wzdłuż budynków. Tak, tam też płyną ludzkie i zwierzęce odchody. Wyobraźcie sobie kobiety w długich sukniach, którymi to wszystko rozmazują, przechodząc obok. I to nie jest wcale tak, że kąpią się i robią pranie zbyt często. W średniowieczu istniało nawet powszechne powiedzenie, że częste mycie skraca życie.

Fajnie czy też nie, mocz, od czasów starożytnych, był uważany za magiczny płyn i myślę, że jest to świetny moment, aby wspomnieć o kilku jego zastosowaniach na przestrzeni wieków. Zwłaszcza, że Mirepoix znajduje się tylko w dół drogi od rzymskich szlaków, a południowa Francja odziedziczyła mnóstwo rzymskich wynalazków. Ci zaś, kochali się w urynie.

Słowo “mocz” pochodzi od łacińskiego urina, co oznacza “nawilżać, płynąć”. Słowo “sikanie” jest onomatopetycznym terminem na mocz i było używane już w XIV wieku.

Ta żółta ciecz, którą nasze ciała odrzucają, składa się w 96% z wody, 2,5% z odpadów azotowych, głównie mocznika, związku, który dalej rozkłada się na amoniak, 1,5% soli mineralnych, a także znikomych ilości niektórych substancji, takich jak np. barwniki żółciowe, które nadają mu zapach, kolor i smak.

Ludzkość używała tej substancji przez wieki, a jeśli nigdy nie poświęcaliście wiele uwagi temu tematowi, to niektóre z poniższych informacji mogą Was nieźle zaskoczyć 🙂

Isagoge jest “Wprowadzeniem” do dzieła Arystotelesa o nazwie “Kategorie”, napisanym przez Porfiriusza na Sycylii w latach 268-270 n.e. Jest to filozoficzna praca na temat uniwersaliów i logiki, która również wyraźnie wspomina o moczu. Poniżej widzicie kopię tego rękopisu.

Litera “D” – inicjał, rozpoczynający zdanie “De urinarum differencia negocium” (Kwestia różnic moczu).

Starożytni greccy lekarze próbowali wyleczyć szaleństwo moczem osła, a gotowanie jajka w moczu pacjenta, a następnie zakopanie go w mrowisku miało wyleczyć gorączkę jak nic innego. Nic dziwnego, że kilka wieków później próbowano leczyć choroby typu AIDS w całkiem podobny sposób.

Australijscy aborygeni wierzyli, że oceany są moczem rozgniewanego boga próbującego utopić świat.

W czasach starożytnego Rzymu na rogach ulic znajdowały się ogromne pisuary, do których obywatele mogli uprzejmie ofiarować swoją działkę. Ważne było by ciecz była trzymana z dala od słońca lub ciepła, co mogłoby zmienić jej kolor. Zalecono, aby zbierać owe napełnione beczki w stanie czystym, nie rzadziej niż co około 24 godziny.

Rzymianie handlowali moczem, ekstrahowanym zarówno od ludzi, jak i zwierząt, płacąc podatki, zwane vectigal urinae wprowadzone przez cesarza Wespazjana, w tym właśnie celu. Od tych to podatków pochodzi wciąż używane do dziś powiedzenie Pecunia non olet: “Pieniądze nie śmierdzą”.

Rzymskie pisuary publiczne, które nawiasem mówiąc we Francji po dzień dzisiejszy nazywane są vespaziennes – po tym samym cesarzu Wespazjanie, nie były za darmo, a miasta potem dorabiały jeszcze więcej pieniędzy sprzedając ten sam mocz handlarzom tkanin, którzy stosowali go do wybielania.

Kaustyczne właściwości amoniaku oznaczają, że staje się on destrukcyjny, kiedy wchodzi w kontakt z niektórymi substancjami. Jest to zatem przydatny składnik środków czyszczących, ponieważ naturalnie neutralizuje tłuszcz i brud. Rozcieńczony wodą mocz był zatem używany do namaczania brudnych ubrań. Osoby piorące deptały następnie mokre pranie, tak jak winiarze gniotą winogrona. Oczywiście polewając je własnymi wydzielinami podczas tego procesu. Kropelka do kropelki!

Panaceum na wszystkie dolegliwości jamy ustnej miała być specjalna płukanka z ludzkiego moczu. Rzymianie robili to nie bez powodu. Założyli, że jeśli mocz doskonale sprawdza się jako wybielacz podczas prania tunik, jego właściwości czyszczące sprawdzą się również w przypadku zębów.

Nawet jeszcze w XVII wieku, francuski lekarz, Pierre Fauchard (ojciec nowoczesnej stomatologii), zalecał mocz na złagodzenie bólu zęba.

Starożytna płukanka nie była jednak uzyskiwana w trywialny sposób. Mocz musiał być najwyższej jakości, stąd Rzymianie nie wahali się importować najlepszego rodzaju moczu z najdalszych zakątków Europy. Szczególnie lubili mocz młodych Iberów, który zawierał, ich zdaniem, najbardziej zbawienne składniki. Używali specjalnych cystern do jego transportu z Hispanii.

Związki amoniaku są również składnikami nowoczesnych past do zębów. Ale nie martwcie się! Dziś nie są one uzyskiwane z moczu, ale tworzone w laboratoriach.

Starożytni rzymscy szpiedzy używali moczu jako niewidzialnego atramentu do pisania tajnych linii w swoich oficjalnych dokumentach. Słyszeliście kiedyś o powiedzeniu: “czytać między wierszami”? Wiadomości pojawiały się tylko po podgrzaniu.

Nawiasem mówiąc, mocz kota świeci, wiedzieliście to?

Kobiety w starożytnym Rzymie piły terpentynę (która może być trująca, powszechnie używana jest do rozcieńczania farb olejnych), ponieważ sprawiała, że ich mocz pachniał różami.

W starożytnych Chinach zarówno mężczyźni, jak i kobiety stali przy oddawaniu moczu. Chińscy szlachcice oddawali mocz do pustych w środku kijów bambusowych, aby mocz spływał daleko od ich ciał. W tym samym czasie, w krajach muzułmańskich, zarówno mężczyźni, jak i kobiety siedzieli lub kucali, aby siusiać, ponieważ wierzyli, że oddawanie moczu na stojaka, jest czymś, co robią psy. W starożytnym Egipcie i Irlandii zaś, kobiety były tymi, które stały, aby oddać mocz, podczas gdy mężczyźni siedzieli lub kucali.

Kiedy pojedziecie do Maroka, nawet dzisiaj znajdziecie tam wiele niezwykle śmierdzących farbiarni ukrytych na dachach, z niezakłóconym dostępem do słońca. Kaustyczne właściwości amoniaku pomagają również usuwać włosy ze skór zwierzęcych, dzięki czemu stają się one miękkie. Ten sam proces garbarski jest tam stosowany w niezmienionej formie od wieków.

Amoniak był ważnym składnikiem XVI-wiecznego przemysłu tekstylnego Anglii. Beczka za beczką ludzkiego moczu podążała każdego dnia do Yorkshire. Tam po dodaniu ałunu, czyli środka wiążącego, który łączył barwnik z tkaniną, przekształcano amoniak w silną zaprawę, gwarantującą najjaśniejsze kolory tkanin.

A po zmieszaniu z odpowiednimi pierwiastkami mocz może przekształcić się w saletrę lub azotan potasu, kluczowy składnik w produkcji prochu strzelniczego. Podczas Wojny Secesyjnej Armia Południowa umieszczała ogłoszenia w gazetach, prosząc Południowe Damy o zachowanie moczu, obiecując iż wagony z beczkami, zostaną wysłane “aby zebrać balsam”.

Nie mogę już, że tak powiem, trzymać mojej chemicznej wody i muszę ci powiedzieć, że mogę zrobić mocznik bez potrzeby posiadania nerki, czy to człowieka, czy psa; solą amonową kwasu cyjanowego jest mocznik. – Wöhler

Pomimo tego odkrycia dokonanego przez niemieckiego chemika Friedricha Wöhlera na początku XIX wieku, w którym poprzez zmieszanie cyjanianu srebra i chlorku amonu, otrzymał substancję identyczną z mocznikiem, ludzie do dziś wierzą w leczenie swoich ciał płukanką na bazie ludzkiego moczu.

Zwolennicy urynoterapii twierdzą, że ludzki mocz jest lekarstwem na wszystkie znane choroby – od przeziębienia po raka. Związki amoniaku zawarte w moczu mają również właściwości antybakteryjne i dezynfekujące.

Terapeuci sugerują, że mocz powinien być popijany, a nie wypijany na raz, i powinien on pochodzić ze środkowego strumienia pierwszego porannego oddawania, podobnie jak ten, który oddajecie do badań laboratoryjnych. Osoba wykonująca terapię moczem musi również unikać słonych pokarmów i pić dużo wody.

W Niemczech prawie 5 milionów ludzi regularnie oddaje się piciu moczu. W Chinach ponad 3 miliony ludzi. Jim Morrison, John Lennon, a także Gandhi byli również adwokatami.

Być może rzeczywiście nie powinniśmy marnować naszych fizjologicznych odpadów, jak to zwykle robimy w dzisiejszych czasach i pozwolić naszym ciałom przefiltrować je raz lub, jak w przypadku Jameson Whiskey, potrójnie je destylować.

Kilka lat temu grupa studentów z Kapsztadu, kopiując proces wzrostu koralowców morskich, po raz pierwszy użyła ludzkiego moczu, z ich męskich uniwersyteckich pisuarów, do uprawy eko-cegieł. Pachną amoniakiem tylko przez 48 godzin. Możesz wyhodować cegłę w ciągu 4 do 6 dni lub dłużej, jeśli chcesz, aby była trwalsza.

Więc gdybym chciała zbudować sobie dom, wszystko, co musiałbym zrobić, to kupić trochę ziemi, a następnie sikać. Lub biegać po wiosce i zbierać mocz od sąsiadów. Pod warunkiem, że mój dom nie byłby zbyt fantazyjny, powinnam to załatwić dość tanio i w krótkim czasie. Genialne! Jeśli chcesz przekazać darowiznę, skomentuj poniżej 🙂 Aby wykonać jedną cegłę, potrzeba siuśnąć około 100 razy.

Przez wieki mocz był mieszany z sianem, trawą, itp. przez właścicieli gospodarstw, aby stworzyć organiczny nawóz, tudzież gnój, jak to my wieśniaki zwykliśmy te rzeczy nazywać. Ludzi też czasem…. w sumie…

Szwedzcy studenci zebrali 70 tysięcy litrów czystego moczu, uciekli z nim na Gotlandię i wysuszyli go tam, aby następnie stworzyć granulki nawozu do upraw. Wierzą, że oddzielenie moczu od ścieków może uratować naszą Planetę!

Teraz, kiedy o tym myślę, z pewnością niektórzy z Was trzymali sobie w domach akwaria na pewnym etapie życia. Pamiętacie w takim razie, że potrzebowaliście roślinki i suplement do wody, aby zneutralizować azotan, który uwalnia się z rybich odchodów. A czy słyszeliście o procesie bielenia koralowców, który zabija nasze rafy koralowe na całym świecie? Mówią, że jest to spowodowane zmianami temperatury wody. Głównie globalnym ociepleniem. Ale koralowce również pochłaniają azotany. A co naprawdę dzieje się z naszym moczem po tym jak naciśniemy spłuczkę, tylko Bóg wie. Szwedzi mogą mieć rację w swoim myśleniu. Hmmm…

Być może Siły Powietrzne USA mogłyby podzielić się swoim małym patentem na worek na siuśki z resztą świata, aby umożliwić czysty proces zbierania uryny. Piloci myśliwców noszą przypominający torbę gadżet zwany “piddle-pack”, aby móc oddawać mocz podczas lotu, prawda? Nie mogę się doczekać, kiedy go zobaczę! 😀

Dzielenie się piddle-packiem może również pomóc kierowcom tirów, którzy nie chcą się zatrzymywać i zamiast tego oddają mocz do butelek, które następnie rzucają na pobocza autostrad. W ciągu jednego miesiąca stan Waszyngton oczyścił 1000 tego typu butelek na 100-milowym (około 161 km) odcinku autostrady.

Tutaj przypomniała mi się super scenka z Kabaretu Divadlo Sklep, gdzie Jiri Machacek, jako tracker na samym początku opowiada właśnie co to oznacza mieć 2000 mil za sobą, bez zatrzymywania się, a przed sobą kolejne 2000 mil, bez zatrzymywania się. Nie raz chcielibyście się zatrzymać, tak choćby tylko po to żeby się wysikać, ale sama myśl, że musielibyście wtedy się: zatrzymać, otworzyć drzwi, wyłączyć hydraulikę, kleszczami odpiąć schodki, zejść po nich, wyjść z tracka, iść w krzaki, odpiąć spodnie, sikać, znowu zapiąć te spodnie, wrócić się do tracka, ustawić te schody, włączyć hydraulikę, wejść do środka, a dopiero potem móc jechać dalej… to już raczej jedziecie od razu dalej….

A wyobraźcie sobie, że był taki Jack Jag, któremu kazali przewieść zepsute mięso, ze wschodniego wybrzeża Stanów na zachodnie wybrzeże, tak zepsute jak było, a on jechał tak, że to mięso dowiózł świeże 😀 I od tego czasu śpiewa się oni piosenki po całym USA. Pośmiejcie się trochę z Pepiczkami:

Podręcznik Polowy Armii Stanów Zjednoczonych ostrzega przed piciem moczu w nagłych wypadkach, ponieważ mocz zawiera sole, które mogą zaostrzyć odwodnienie. Zamiast tego urynę można wykorzystać do ochłodzenia ciała, mocząc w nim szmatkę i umieszczając ją na głowie.

Dzięki Bogu nie musimy już nosić zbroi jak ci biedni średniowieczni rycerze, ponieważ kiedy tamci się polali, to rdzewieli.

Teraz nadszedł czas, aby otworzyć oczy. Przed Wami ukazuje się plac, który jest jedyny w swoim rodzaju. Jeden z najwspanialszych zachowanych arkadowych placów targowych – Les Couverts.

Domy z muru pruskiego wsparte na drewnianych filarach otaczają plac. Starsi mieszkańcy łapiący promienie słońca siedzą na ławkach. Zabytkowa karuzela dla dzieci odpoczywa na zielonym skwerku.

Maison des Consuls (Dom Rady), obecnie hotel, wita nas krokwiami z wyrzeźbionymi dziesiątkami wizerunków zwierząt, a także karykaturami średniowiecznych zawodów i grup społecznych.

Mnóstwo uroczych kawiarni wita tu turystów, teraz w pośpiechu próbujących znaleźć zacienione miejsce by coś przekąsić, bo nadszedł czas na lunch.

My, mimo że najedzeni po naszym uroczym pikniku, również postanowiliśmy odpocząć pod jedną z arkad.

Kawę zaserwowano szybko. W jednym kubku różowym – na szczęście, a drugim żółtym – na radość. Tak się składa, że mój dobór skarpetek często wygląda tak samo.

Ludzie siedzieli wokół nas, pochłonięci czytaniem książek i czasopism. Nikt nie był zbyt rozmowny, a to było niesamowite.

Siedzieliśmy już tak dobrą godzinę, leniwie upajając się błogością chwili, kiedy mężczyzna z hiszpańską gitarą usiadł dosłownie 2 metry od nas i zaczął cichutko grać.

Jego samotne, spokojne flamenco rozbrzmiewało między średniowiecznymi murami i nikt nie narzekał. Wręcz przeciwnie, ludzie wydawali się zahipnotyzowani. Ale nie w ten huczny, komercyjny sposób; nikt się nie poruszył, nikt nawet nie odwrócił się, aby spojrzeć na mężczyznę. To wszystko było tak naturalne. Jakby był ptakiem, który po prostu przysiadł na gałęzi nad głowami ludzi, aby zaśpiewać im swoją melodię, ponieważ to było to, co zwyczajnie lubił robić. Podobnie jak ten mały słowik z opowieści o chińskim cesarzu – był wolny i dzielił się swoją miłością życia ze światem.

Nie mogłam się oprzeć i w końcu spojrzałam na nieznajomego z gitarą, który okazał się być mężczyzną w wieku około 40 lat. Bardzo opalony brunet, z 2-dniowym zarostem. Cała ta ciemność pięknie kontrastowała z jego białymi lnianymi spodniami i koszulą. A jego głowę zwieńczał elegancki słomkowy kapelusz. Wyglądał na miejscowego.

W tym czasie nie miałam pojęcia, jak bardzo Mirepoix jest zorientowane na sztukę. Swing à Mirepoix w okresie Wielkanocy jest dla miłośników swingu, a Mirepoix Musique to stowarzyszenie, którego celem jest promowanie muzyki klasycznej w mieście i okolicach. Przez cały rok organizują koncerty i inne wydarzenia kulturalne.

Ja, nie mogąc się powstrzymać, popełniłam kilka rysunków, aby nie pozostać w tyle, za wszystkimi tymi artystycznymi wibracjami unoszącymi się wokół.

Mirepoix oznacza mieszankę smażonych warzyw (pokrojonej w kostkę cebuli, marchwi, selera i ziół smażonych na maśle lub oleju) stosowanych w różnego rodzaju sosach. W Irlandii można je kupić w supermarkecie, pięknie zapakowane i pod nazwą Mieszanka na zupę, chociaż tutaj to chyba siekają je maczetą.

Według Larousse Gastronomique z 1938 roku mirepoix można przygotować au gras (z mięsem) lub au maigre (bez mięsa). Ten ostatni jest czasami nazywany brunoise, choć ściśle mówiąc, ten akurat termin dokładniej opisuje technikę krojenia nożem w kostkę, w której produkt spożywczy jest najpierw julienned (pocięty na paski) a następnie obracany o ćwierć obrotu i pokrojony w kostki o wielkości około 3 mm lub mniej z każdej strony. We Francji “brunoise” jest maleńki, od 1 do 2 mm po każdej stronie kostki.

Ale na herbie ville żadnych warzyw nie uświadczycie.

Najprawdopodobniej nazwa miasta pochodzi od oksytońskiego słowa Mirapeis, rzekomo wywodzącego się z mire peis, co oznacza zobaczyć rybę.

Położone nad brzegiem rzeki Hers-Vif lub L’Hers w departamencie Ariège w Oksytanii w południowej Francji, Mirepoix ma bliżej do Hiszpanii i Andory niż do Paryża.

Pierwotna osada znajdowała się niegdyś na przeciwległym brzegu rzeki, jednak w 1289 roku została ona zalana, a rok później odbudowana tam, gdzie położenie terenu było wyższe. Jego średniowieczne centrum pozostaje niezmienione od tamtych czasów. Większość domów pochodzi z XIII, XIV i XV wieku.

Katedra w Mirepoix (Cathédrale Saint-Maurice de Mirepoix) do 1801 roku była siedzibą biskupów rzymskokatolickich. Wówczas to diecezja została podzielona między Carcassonne i Tuluzę. Jego budowa rozpoczęła się w 1298 roku i trwała 600 lat. W latach 1858 i 1859 ojciec francuskich prac konserwatorskich, Eugene Viollet-le-Duc wraz z Prosperem Merimee, podjęli się renowacji budynku. Zaraz po pobliskiej katedrze w Gironie w Hiszpanii posiada ona drugi najszerszy gotycki łuk w Europie.

W 1776 roku Jean-Rodolphe Perronet, autor m.in. paryskiego Pont de la Concorde, rozpoczął prace nad mostem Mirepoix, który ma 206 metrów długości i siedem łuków. Niedaleko stamtąd, gdzie inny, mniejszy most zawisł nad rzeką, znajduje się 800-letni dąb chêne vert.

A na jednym z pobliskich wzgórz możecie popodziwiać Château de Terride z roku około 960.

A to, po co ja na pewno kiedyś wrócę do Mirepoix, to MiMa – międzynarodowy festiwal sztuki marionetek odbywający się tu każdego lata. Lalki w rękawiczkach, lalki smyczkowe i marionetki portées (lalki z uchwytem z tyłu głowy), przedmioty teatralne i aktorzy koncentrują się wokół wiodącego tematu i bawią nie tylko najbardziej malusińskich z ludzi.

Źródło: internet

Nie mogę się doczekać, aby Cię ponownie zobaczyć Mirepoix!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly