Is there a magic spell to stop it?

Listen to the podcast here: Is there a magic spell to stop it?

You may, but you may not, know that on Valentines Day, an unusually strong extratropical cyclone, here in Ireland called either Storm Eunice or Storm Dudley, but well known in the countries around the North and Baltic seas: Netherlands, Denmark, Germany, Poland, Lithuania under local names, hit with the wind gusts reaching 196 km/h.

The strongest in England since 1987, it caused plenty of damage across Northern Europe; destroyed buildings, hundreds of thousands of people without power, so far 17 fatalities, and multiple injuries.

And I am sitting here today, the wind is blowing crazy and the rain is pouring mad as if the skies literally opened some sort of a tap that needs to be closed, but is there a way to stop it?

It immediately brought two stories to my mind, one is the legend about how the Baltic sea became salty and I will include it in one of my stories. The other one is a pretty little story, one of the favourites of little C. and mine.

Enjoy it on this monkey day!

Anna

“Parostatkiem w piękny rejs….” po Odrze we Wrocławiu rejs….

Wersja do słuchania dla leniwych:

English version below:

Wrocław. Upał. Ponad 30 °C. Topimy się. Co tu zrobić? Zaleźliśmy pod drzewa w parku. Nie pomogło. Powlekliśmy się dalej powoli wytapiając tłuszczyk i uświerkając z zaduchu. I wtedy zdarzył się cud.

Wrocław, wiadomo nad Odrą leży. My jednak, nieprzywykli do podobnych widoków z Irlandii, nie spodziewaliśmy się ni stąd ni zowąd znaleźć się w miejscu, z którego odpływa łajba wycieczkowa po rzece i poza miasto oczywiście.

Ha! O cóż piękniejszego mogło nas spotkać w tym dniu! Ostrów Tumski się nie umywał przy takiej fascynującej atrakcji.

Trzech umęczonych skwarem panów bosmanów siedziało sobie na płotku nad rzeką czekając na następny rejs i marząc o sofie, telewizorze i butelce schłodzonego piwa… I nie powiecie mi, że ten pierwszy z lewej to nie Walduś Kiepski! 🙂

No nic, kupiliśmy bilety i po kilku chwilach NIE-PARO-Statek Pasażerski Driada opuścił nabrzeże z przystanku pod tymże wspomnianym Ostrowem Tumskim i z pięknym delikatnym pomrukiem silnika chwyciliśmy wiatr w żagle 🙂 No, nie! Żagli nie było. Ale i tak było nieźle.

Wrocław, jak pewnie wielu wiadomo to miasto wyjątkowo piękne. O tym jeszcze będzie. Ale czy pod miastem też tak pięknie? No nie do końca. Droga z lotniska na przykład, trasą autobusową, prowadzi pomiędzy raczej zaniedbanymi blokowiskami. Nie wiem z jakiego okresu pochodzą te budynki, ponieważ, wiadomo, Wrocław to Dolny Śląsk, wiele wpływów niemieckich, ale przede wszystkim pruskich. Tak więc i architektura im bliższa. No i pozostałości, zamieszkane oczywiście, po tamtych wiekach dobrobytu, pozostają, jednakże w stanie opłakanym, strasząc przyjezdnych turystów.

A jak to się ma od strony Odry? No ma się różnie. Na mnie osobiście, wielbicielce przyrody i otwartych przestrzeni, zdecydowanie zrobiły wrażenie moczary i szuwary z różnorodną ilością ptactwa i innych żyjątek, które raz po raz wyskakiwały nam gdzieś przed nosem.

Ukrop był niemiłosierny. Szlajaliśmy się po pokładzie w tę i wewtę, siorpiąc schłodzoną wodę mineralną. Faceci pozdejmowali koszulki, co nie koniecznie należało do generalnych przyjemności, ponieważ ich pot, który wcześniej wsiąkał w materiał, teraz rozprzestrzeniał swój śmiertelny jad bez jakichkolwiek zahamowań. No i trzeba się było ewakuować na przeciwną burtę….

Ale co tam, przed nami jeden most, potem drugi, jeszcze dalej pan w łódeczce i kilku kajakarzy. Pyrkamy i my powolutku, nie wykonując żadnych zbędnych manewrów i nie spiętrzając wody ani za nami, ani po bokach. Bo po co… Jak leń to leń.

Rozmowiać też nie ma z kim bo ani w teatrze żeśmy nie byli, ani w kinie, a żeby jakiś zagraniczny film, to już w ogóle!

I tak sobie błogo płynęliśmy, aż przyszedł czas by zawracać. No cóż, nic dobrego nie trwa wiecznie.

Zdecydowanie niechętnie zeszliśmy znów na brzeg i uderzyli w miasto w poszukiwaniu jakiegoś jadła. Jadło pysznie smakuje we Wrocławiu i są miejsca kultowe, do których zawsze warto zajrzeć. Wiele z nich przy Rynku i w okolicy Starych Jatek, uliczki pamiętającej XIII wiek. Wówczas znajdowało się tam zagłębie rzeźnicze – 42 domy drewniane ustawione w dwóch rzędach, z przeznaczeniem dla handlu mięsnego. Do dnia dzisiejszego zachowało się jedynie 12 kamienic z czasów przedwojennych. To centrum artystyczne, ale i gastronomiczne. A dla upamiętnienia dawnych czasów, postawiono tu bardzo swoisty pomnik “Ku czci zwierząt rzeźnych”. No i niedawno jeszcze krasnala Rzeźnika. Ale o krasnalach jeszcze będzie.

Granice wrocławskiego Rynku również wytyczono już w XIII wieku. Jego obecna powierzchnia wynosi około 40 tysięcy m², co stawia go na 5-tym miejscu według wielkości polskich ryków średniowiecznych. Wrocławski Rynek jest jednak rynkiem szczególnym i jednym z niewielu w Polsce, na którym znajdują się miejskie zabudowania z siecią ulic. Wychodzi stąd aż 11 ulic, po dwie w każdym narożniku.

W centralnej części Rynku stoi Stary Ratusz, będący niezwykłym osiągnięciem gotyku w skali europejskiej. Jego budowa trwała około 250 lat. Aż do pierwszej połowy XIX wieku, kiedy to wybudowano Nowy Ratusz, do którego przeniosły się władze miasta, Stary Ratusz pełnił funkcję siedziby sądu i rady miejskiej. Dzisiaj Stary Ratusz jest oddziałem Muzeum Miejskiego Wrocławia. Ma tu też swój gabinet prezydent miasta oraz odbywają się tu posiedzenia Rady Miejskiej.

Kto lubi, niech stanie pośrodku placu i zrobi sobie młynek 🙂 Otoczeni jesteście sześćdziesięcioma kamienicami ufundowanymi przez miejskich patrycjuszy i jedna piękniejsza od drugiej. Najbardziej znane to m.in.: Kamienica pod Błękitnym Słońcem, pod Siedmioma Elektorami czy pod Gryfami. A moje ulubione to zdecydowanie Kamienica pod Złotym Jeleniem i Jaś i Małgosia. Za tymi ostatnimi znajduje się wejście do magicznego świata wrocławskich krasnali. “Czy to bajka, czynie bajka, myślcie sobie jak tam chcecie….

Wyobraźcie sobie, że aż do lat 70-tych w Rynku kursowały tramwaje. Działała tu także stacja benzynowa.

Zapraszam Was do obejrzenia vloga Radosława Gajdy z Architecture is a good idea właśnie o Wrocławskim Rynku:

Za Radosławem dodam tylko kilka ciekawostek związanych z trzema budynkami o których tak pięknie opowiadał.

Dom handlowy Braci Barasch, dziś znany pod nazwą Feniks, posiadał kiedyś przepiękną ozdobę, 6,5-metrowy szklany globus na szczycie budynku, który został zniszczony w wyniku uderzenia pioruna w 1929 roku.

Zobacz obraz źródłowy
Źródło: radiowroclaw

W Kamienicy pod Złotym Słońcem (Rynek 6, nie mylcie ze stojącą obok pod numerem 7 Kamienicą pod Błękitnym Słońcem) znajduje się Muzeum Pana Tadeusza Różewicza, polskiego pisarza.

A we wspomnianym modernistycznym biurowcu zaprojektowanym przez Heinricha Rumpa z 1930 roku (na rogu Rynku i placu Solnego), znajduje się jedna z nielicznych w Polsce wind typu „paternoster” (winda paciorkowa), która kursuje bez zatrzymywania się i wsiada się do niej w biegu. Niestety, nie jest ogólnie dostępna.

No i wreszcie, o czym mało kto wie, a o czym nie wolno zapomnieć  – pomnik Aleksandra Hrabiego Fredry! Wcześniej stał on we Lwowie a na wrocławskim Rynku zastąpił pomnik nie kogo innego jak samego króla Prus, Fryderyka Wilhelma III. No jakżeby nie, kiedy Aleksander Fredro uważany jest za najwybitniejszego komediopisarza w literaturze polskiej epoki romantyzmu, a na wcześniejszym pomniku napis głosił “An mein Volk”, co miało upamiętniać wydaną w 1813 roku we Wrocławiu odezwę tego króla. Polacy nie Prusi i swój język mają….

Ten rzeczony romantyzm Fredry nie koniecznie odzwierciedla się jednak w sposób romantyczny w jego dziełach, czego przykładem może być: Baśń o Trzech Braciach i Królewnie (zdecydowanie nie dla dzieci!). Oba rękopisy jego najsłynniejszej sztuki “Zemsta” przechowywane są w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich we Wrocławiu. Sam Fredro pochodził z województwa podkarpackiego i był wybitnym nie tylko artystą, ale i politykiem i wolnomularzem. No Hrabią był i tyle. I miał “jaja” żeby pisać na tematy tabu. Super chłop!

My usadowiliśmy się na Placu Gołębim, tuż obok fontanny “Zdrój”, nazwanej tak na cześć zarządzającego miastem w roku 2000, kiedy to zajęła swe zaszczytne miejsce na wrocławskim rynku, prezydenta Zdrojewskiego. Fajna pamiątka w stylu “sam dam sobie”.

No i cóż, najedzeni, umęczeni i spaleni słońcem udajemy się na zasłużony spoczynek do pobliskiego hotelu, by już następnego dnia znaleźć się na pięknym Dworcu Centralnym i pociągiem pociuchciać ku wschodowi słońca…

Po drodze mijamy jednak jeszcze jedną bardzo wartą wspomnienia rzecz – gazową lampę:

We Wrocławiu wciąż istnieją i dzień w dzień zapalane są i gaszone przez latarnika – jednego z ostatnich w Polsce. W samym centrum miasta, na Ostrowie Tumskim każdej nocy zapala on (latem o 21-ej a zimą już o około 16-ej) i gasi tuż przed świtem 103 latarnie. Ich zapalaniu poświęca około dziewięćdziesięciu minut. 

Pierwsze miejskie latarnie gazowe uruchomiono w 1809 roku w Londynie. Pewnie oglądaliście Mary Poppins! 10 lat później działały już w Paryżu. Trend pokroczył dalej w ląd i także niemieckie miasta, takie jak Berlin, Lipsk czy też austriacki Wiedeń niedługo po tym zafundowały sobie podobne formy oświetlenia miejskiego.

23 maja 1847 roku punktualnie o godzinie dwudziestej,  odświętnie ubrany latarnik zaświecił pierwszą miejską gazową latarnię na ulicach Wrocławia i tak to trwa po dziś dzień. Data ta, to dzień, w którym po ukończeniu prac budowlanych nad nową gazownią miejską, po raz pierwszy popłynął z niej gaz. Sama budowa gazowni była zainspirowana trendem rodzącym się właśnie na zachodzie oraz pierwszą latarnią tego typu, która rozbłysła tu w restauracji Złota Gęś 16 czerwca 1843 roku w towarzystwie burmistrza i członków magistratu. Władze grodu, zafascynowane tą techniczną nowinką, właśnie wtedy postanowiły niezwłocznie wdrożyć ją do życia miejskiego Wrocławia.

Gazownia ta powstała przy ulicy Tęczowej 🙂 jakże by inaczej! Niecałe pół roku później ponad 700 latarni gazowych rozświetlało miasto. Nie świeciły one jednak tak jasno, jak te które rozświetlają Ostrów Tumski dzisiaj. Źródłem ich światła był pojedynczy płomień. Dopiero wynalezione w 1885 roku siatki Auera znacznie poprawiły jasność latarni. Gaz służył wtedy nie tylko do oświetlania ulic Wrocławia, ale też hoteli, restauracji, fabryk, szkół czy mieszkań prywatnych.

Pod koniec ubiegłego stulecia, kiedy to władze miasta postanowiły wymienić cały system oświetleniowy na lampy rtęciowe, niewiele brakło, by podobny los spotkał również i te z Ostrowa Tumskiego.

Udało mię znaleźć Ofertę Pracy dla Latarnika Ofertę Pracy dla Latarnika. Mnie najbardziej spodobał się ten fragment:

Zgodnie z wytycznymi ZDiUM latarnik w czasie pracy musi nosić czarny cylinder w stylu kominiarskim oraz dwuczęściową czarną pelerynę – długą do kolan i krótką zakrywającą ramiona. Peleryny muszą być wodoodporne, ze stójką oraz wykonane z tego samego materiału. Ponadto, peleryna zapinana jest na dwa złote metalowe guziki. Na krótkiej pelerynie należy wyszyć herb Wrocławia. Latarnik w pracy powinien nosić ciemne spodnie z materiału krawieckiego oraz czarne skórzane buty. Buty muszą być czyste.

Dogi ZDiUM – czy nie łatwiej by było takie uniformy udostępnić pracownikom? Może ktoś wpadł na ten pomysł pomiędzy ofertą z 2020 i dziś. Jeśli nie, to myślę, że warto znormalizować  tą kwestię.

A że o Wrocławiu mowa, to jeszcze chciałam wspomnieć Pana Antoniego Gucwińskiego, który, wraz żoną, zachwycał mnie jako dziecko opowieściami o zwierzętach. Był Dyrektorem Wrocławskiego Zoo i do dziś pamiętam jak oboje trzymali zwierzątka na kolanach i opowiadali o nich w programie “Z kamerą wśród zwierząt”. Antonii Gucwiński – życzę by osiadł Pan na miękkiej chmurce, otoczony duszkami zwierząt. W takim prywatnym Edenie w niebie 🙂

Anka

Odlotowe plaże Loty – Portugalia

Cześć Wam Wszystkim, którym lakurat nie chce się czytać! Tutaj możecie też posłuchać:

Obudziłam się dziś rano ze wspomnieniem Pięknego Snu. Tak, wiem, dużo śnię. A to słowo „lot” magicznie powtarza się przez całe moje życie. W przeróżnych formach i więcej o tym innym razem. Tym razem sprowadziło mnie to z powrotem na plaże Lota w Portugalii.

Był kwiecień 2016 r. i byłam bardzo zmęczona wykonywaniem tych samych codziennych czynności; praca i bycie matką dwulatki i staranie się o życie nigdy nie było łatwe. Postanowiłam więc na chwilę uciec, tylko my Dziewczynki.

Portugalia zawsze była właściwym miejscem, więc wybrałem Portugalię. Musiało być jak najdalej od ludzkości, ale jak najbliżej plaży, abyśmy mogły ogrzać nasze małe białe kości w przyjemnym miejscu.

Kilka dni później znałam lokalizację naszego hotelu, zarezerwowałam samochód i nie potrzebowałam więcej podróżując na moim ulgowym bilecie z pracy – standby-u. To jest fajne doświadczenie. Towarzyszy mu dreszczyk emocji, z racji że nigdy nie wiesz czy wejdziesz na pokład czy nie, jeśli lot jest pełny. Ale mam swoje sposoby, więc zwykle załatwiam to przed dotarciem na lotnisko. Z wyjątkiem tego razu 🙂

Byłam tak podekscytowana wyjazdem, że zupełnie zapomniałam zadzwonić do biura i sprawdzić, ile osób faktycznie leci tym lotem do Faro. A Faro to destynacja numer 1+ w Irlandii, szczególnie w okresie letnim. Więc udałyśmy się na lotnisko tylko po to, by zmienić rezerwację na następny lot – późno w nocy – i niestety wróciłyśmy do domu, aby poczekać na naszą kolej 🙂

Przylot do Faro po północy wcale nie jest taki zły. Po prostu unikasz tego, czego chcesz uniknąć – mas ludzkości z całego świata. Ale był mały problem, Chloe była całkowicie wyczerpana, a nasza wypożyczalnia samochodów obiecała, że przedstawiciel na nas zaczeka. Więcej nie muszę mówić, prawda? Więc po około pół godziny prób zlokalizowania faceta, w końcu się pojawił. Stamtąd zabrał nas oraz kilku innych ludzi z naszego lotu do busika i do ich biura. Wszystko poszło świetnie. Chloe zwymiotowała tylko raz po przyjeździe, ale personel był niesamowity. Super profesjonalni i naprawdę szybcy. Przypuszczam, że głównym powodem ich profesjonalizmu była niechęć do sprzątania ewentualnej kolejnej dawki wymiocin 😀 Tak, naprawdę polecam Centauro Car Rentals. Niesamowici ludzie i obsługa. Ale tak serio.

Jestem trochę kierowcą Formuły 1, ale! jest ale… tak, nie radzę sobie zbyt dobrze z jazdą prawą stroną drogi. Dlatego zawsze dobrze jest wynająć samochód i opłacić pełne ubezpieczenie (jakieś 50 Euro) i w ten sposób z radością uderzyć można w każdy możliwy chodnik. Więc tak też zrobiłam i ja. Zapłąciłam 48 Eur i z radością przy każdej nadarzającej się okazji uderzałam prawą przednią oponą w chodnik 😀 A wszystko to jeżdżąc tym obłędnie wielkim fiatem 500 🙂

Zresztą z wypożyczalni samochodów wystarczyło tylko skręcić w prawo na autostradę w kierunku Hiszpanii. Tak, tam woda jest cieplejsza i nie chodzą po tobie ludzie.

C zasnęła w ciągu kilku sekund i miałam tylko nadzieję, że w ciemności nocy mój Internet działający na roamingu mnie nie zawiedzie… Ale tak się stało. Skręciłam w prawo z autostrady i wylądowałem w jakimś szczerym polu. W ciemności widziałam tylko strasznie wyglądające budynki i duże ogrodzenia wokół każdego hotelu, do którego pojechałam. Zgubiłam się w malutkim miejscu zwanym Manta Rota i dość zdenerwowana wróciłem na pierwsze rondo, które zobaczyłam po drodze.

Przejechałam prosto i co? Nic! Skręciłam w lewo, nic, więc skręciłam w prawo… i tam to było… Zaparkowałam, chwyciłam moje 3 torby: wieeeeelką, mniejszą i najmniejszą, wózek spacerowy, śpiące Dziecko i wreszcie siebie i wniosłam to wszystko do holu, gdzie facet powiedział mi, że będziemy na pierwszym piętrze i nie ma windy: D W porządku. W końcu czy to nie ja dźwigam duże ciężary i naprawdę potrzebuję słońca?

A więc… już trzymałam Dzidzię na rękach, chwyciłam za wózek, powiesiłam na sobie najmniejszą, większą i największą torbę i poszłam do góry. Tyle tylko, że koniec podróży nie był u góry. Pokój był jakieś dobre 50 metrów za rogiem.

Zrobiłam to, udało się! Spałam, dopóki nie obudziła mnie ta cholerna skrzynka z klimatyzacją krzycząca ze ściany. Chloe spała jak kamień. Byłam oczywiście głodna…

Nasz pokój był bardzo ładny, z widokiem na kawiarnię, basen, na morze. Głodna jak diabli, padająca od gorąca, ale z misją: „plaża” w głowie zebrałam siebie, małą C, wózek spacerowy, kremy, czapki, ręczniki, bidony, zabawki i wreszcie nasz niesamowity namiot plażowy, którego jeszcze nigdy nie rozpakowałam, załadowałam to wszystko na mnie i radośnie zeszłam na dół do restauracji. Nigdy nie podróżuj inaczej niż na ofercie B&B! Jedz dużo a więcej pakuj do kieszeni na później…

Więc tak zrobiłyśmy. Później znalazłyśmy małą bramkę w ogrodzeniu przy basenie, która prowadziła na plażę. Hmmmm… kto by pomyślał, że ścieżka będzie zrobiona z maleńkich betonowych kwadracików za małych na kółka wózka, a poza tym wszystkie były zasypane piaskiem… Walka była prawdziwa, ale co tam!? Mamusia to silna kobieta, niosła nas wszystkich w jakichś 40°C przez tę piękną wydmę na plażę (eh! marne 15 minut!) C już jęczała 🙂

Krok 2, namiot. Ojej. Wiatr wiał jak diabli. Wyjęłam instrukcję, ale gdy wszystko wokół mnie latało, a dziecko chciało się bawić, mój mózg nagle stał się tak mały, że naprawdę walczyłam z poskładaniem tego w całość. Na szczęście jakaś niesamowita holenderska para, która najwyraźniej „była tam i robiła to wiele razy”, przyszła na ratunek i po kilku minutach wszyscy byliśmy przygotowani na odpowiedni rodzaj „plażowania”.

13350526_10208244939754688_5664807416250905641_o
13411725_10208244913874041_2361204453064477006_o

Nasz hotel znajdował się w okolicy Lota, w niewielkiej odległości od małej wioski Manta Rota. Wystarczająco cicho, choć już dość turystycznie, więc jeśli chcesz spokoju i prawie pustej ogromnej plaży, zatrzymaj się w Lota lub dalej w kierunku granicy z Hiszpanią.

Za jedyne 7 Euro dziennie można wynająć rower w recepcji hotelu, a jeśli podróżujesz z dziećmi to jest to optymalny sposób na spędzenie kilku fajnych dni. Tak też zrobiłyśmy.

13342904_10208244048412405_4785448170890876843_n

O ile Manta Rota oferowała jedzenie, plażę i pamiątki, to nie tam chciałyśmy być. Pewnego dnia pojechałyśmy rowerem do magicznego miejsca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, ponieważ po prostu nigdy nie studiuję miejsc, do których jeżdżę. To zawsze muszą być spontaniczne wyjazdy, tylko wtedy naprawdę można poczuć prawdziwy klimat.

Casela Velha wita rowerzystów dość stromym wzniesieniem, ale na pewno nie przyjechałyśmy tu po to, żeby jęczeć. Ale, O mój Boże! widoki z tej wioski są absolutnie nierealne. Jest to dość mała miejscowość położona na wybrzeżu i niezbyt popularna, ale dlaczego? to pytanie, które zostawię bez odpowiedzi, ponieważ chcę, aby tak zostało.

13392134_10208244982755763_2853042883027925690_o

Na środku placu stoi piękny, wybielony kościół. Jest tam też jedna malutka kawiarnia prowadzona przez przesympatyczną panią. Ale my jak to my poszłyśmy na…. cmentarz. Widzieliście kiedyś portugalski cmentarz? Nie? Cóż, następnym razem, gdy tam będziecie, zróbcie to. To jest absolutnie konieczne. Ten tak naprawdę nie ma grobów. Wszędzie są ściany z małymi kwadratowymi okienkami. A te okna są pięknie zdobione; niektóre ze zdjęciami lub pamiątkami, inne mają miniaturowe firanki i wyglądają jak prawdziwe malutkie domki dla zmarłych.

C znalazła małego kotka i pobiegła za nim jak szalona. Spacerowałam dookoła, zaglądając do tych niezwykłych „domów” i myślałam sobie o tych ludziach; czy byli szczęśliwi, żyjąc tutaj, w tym malutkim raju? Czy urodzili się w Caseli? Czy ich rodziny spędziły tu przed nimi wieki? Cóż, takie zwyczajne pytania egzystencjonalne, tylko że tutaj, było to jakieś magiczne. Ale kot wskoczył na jedną ze ścian, pozostawiając moją córkę dość zdesperowaną, więc aby uratować świat przed Jej łzami, musiałam działać szybko i proponując wyzwanie w formie czegoś nowego i jeszcze niezbadanego.

Rzeczywiście było to wyzwanie, tylko że dla mojego biednego i już obolałego ciała. Tuż przy bramie na cmentarz znajdują się schody… no aaaaaaaaaaaaaaaaaaalle jaaaaakkkkiiiiieeee schody…

Casela Velha jest bliżej Taviry, jednego z największych miast w okolicy, plaża jest już podzielona na dwie części przez wody morskie, jednak w regionie Tavira jest całkowicie oddzielona przez rzekę. To jeden z powodów, dla których w końcu zdecydowałem się pojechać trochę dalej w kierunku Hiszpanii, ponieważ dostęp do plaży w tej części jest bezpośredni, podczas gdy wokół Taviry trzeba wziąć łódkę, co może być trochę kłopotliwe podczas podróży na własną rękę z małym dzieckiem.

I tak zostawiłyśmy nasz pojazd wraz z naszymi zapasami żywności całkowicie niezabezpieczony przed kościółkiem – ale tak serio, kto odważyłby się ukraść rower z fotelikiem dla dziecka spod kościoła, prawda? 🙂 Wzięłam to moje dziecko w ramiona i zeszłyśmy na dół, nawet nie odważając się liczyć schodów. A na dole czekała na nas malutka plaża z malutką łódką i złocistożółtym piaskiem.

13433188_10208244983835790_9141276289980043257_o

Rower szczęśliwie czekał na nas tam, gdzie go zostawiłyśmy. Droga powrotna do hotelu wyglądała jeszcze piękniej niż w przeciwnym kierunku. Śliczne domy z sadami wabiły nas swoimi pochylającymi się od ciężaru owoców gałęziami obsypanymi idealnymi pomarańczami.

Pani w recepcji uśmiechnęła się do nas i jednocześnie spojrzała na sprzątaczkę, aby ta miała się na baczności. Cóż, tego ranka poplamiłyśmy jedną z ich uroczych poduszek w holu i wszyscy wydawali się całkowicie przerażeni, że możemy to zrobić ponownie. Właściwie plama była wielkości paznokcia. Zdarza się, że dziecku spadnie kawałek kiełbaski podczas śniadania. A poduszka była ładnie wyprana i teraz wyglądała jak nowa 🙂

Zdecydowałyśmy, że nie wiedzą, o co w życiu chodzi, uśmiałyśmy się z głębi serca i ruszyłyśmy przed siebie, by kupić kolację w restauracji i zjeść ją na balkonie naszego ładnego pokoju.

… na tym samym balkonie, na którym spędzałam noce, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo i słuchając szumu morza…

Ta podróż ma swój koniec… … ale jeszcze nie teraz 🙂

Na razie

Ania

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Angielską wersję znajdziecie tutaj:

Wawel – jedna z siedmiu czakr świata

Możesz również posłuchać tego tekstu klikając tutaj: Wawel – jedna z siedmiu czakr świata

Czy jest ktoś z Polsce, kto nie słyszał o Wawelu? No jeśli tak to musi być to ktoś, kto nie miał dostępu do edukacji, a w takim wypadku powinien dostać odszkodowanie od Państwa Polskiego.

Wawel, to nie tylko siedziba polskich królów, to jeden z symboli Polski, przynoszący na myśl najważniejsze wydarzenia z historii tego kraju.

Wszystko, co się znajduje na wawelskim wzgórzu ma wartość ponadczasową a właściwie to jest bezcenne. Wzgórze Wawelskie to nie tylko kolebka architektury, kultury i sztuki, to także groby polskich królów oraz wielkich ludzi, to Jan Paweł II, niemiecka okupacja i siedziba III Rzeszy, to również Dzwon Zygmunta.

Jeśli interesuje Was architektura tego wspaniałego obiektu i jak do tego doszło, że dzisiaj wygląda tak, a nie inaczej, zapraszam do obejrzenia vloga Radosława i Natalii z Architecture is a Good Idea, bo oni zdecydowanie opowiadają to lepiej niż ja.

No, ale zanim w ogóle doszło do czegokolwiek to mieliśmy nad Wisłą Smoka Wawelskiego. Ten niszczył i pożerał wszystko co mu w łapy wpadło doprowadzając tym samym gród króla Kraka do szaleństwa. Sam król desperacko poszukiwał pomocy wśród rycerzy i szlachty prosząc ich o zlikwidowanie bestii, która zamieszkiwała podwawelsko-nadwiślańską pieczarę. Nic jednak nie szło po jego myśli. Smok był straszny i tak potężny, że nikt z tych bojów z nim nie powracał.

Któregoś jednak dnia mały Skuba, biedny miejski szewczyk poprosił o posłuchanie u Kraka. Chłopak oświadczył królowi, że nie mieczem trzeba smoka zaatakować, ale podstępem i przedstawił swój plan władcy.

Plan był prosty, proste rozwiązania są bowiem najefektowniejsze, a rzadko kiedy stosowane z braku zrozumienia tej kwestii. Tak więc Skuba wziął się do pracy; owczą skórę wypchał siarką i zaszył dokładnie by przypominała żywe zwierzę, po czym podrzucono ją pod smoczą jamę.

Tak jak Skuba przewidział, smok wyszedł z groty, chwycił owcę i pożarł bezmyślnie i łapczywie.

Po krótkiej chwili ogień zaczął bestii wnętrzności trawić i by go ugasić, smoczysko podczołgało się do naszej Vistulii i piło i piło i piło… aż pękło.

No a Skuba ma się rozumieć dostał w prezencie żonę w postaci córki króla. (no comment)

Od tego czasu Krakowianie żyli sobie długo i szczęśliwie, z okazjonalnymi atakami wrogów oczywiście, ale zawsze je odpierali.

No i tu właśnie pojawia się magia Krakowa. Nie jeden, kto to miasto odwiedził, wspomina, że ową magię rzeczywiście czuł.

Hmmmmm….

Któregoś dnia, wpadła mi w ręce książka Zbigniewa Święcha: Czakram wawelski, największa tajemnica wzgórza.

Na pierwszy rzut oka pomyślałam, że skoro był smok to czemu nie czakram. Nie miałam jednak wówczas bladego pojęcia co to tak naprawdę oznacza. Nigdy przenigdy podczas moich wawelskich wizyt, a było ich bardzo wiele od czasów szkoły podstawowej przez średnią aż w końcu czasy studenckie kiedy to mieszkałam w Krakowie, nie widziałam grup Hindusów opierających głowy o ścianę tudzież nikt nigdy o czakramie nie wspominał.

A ponoć czakram wawelski to największa tajemnica wzgórza królewskiego. Talizman umieszczony w samym geograficznym sercu Europy, który pulsuje niezwykłą energią. Czy to możliwe żeby całe wieki krakowskiej siły i uroku miały być zawdzięczane właśnie temu siódmemu świętemu kamieniowi? No nie wiem, ale jest moc!

Zabrałam książkę pod pachę bo myślę sobie: Kurczę Święch generalnie mądry facet, pisał by jakieś bzdety? Ponoć pierwsze wydanie książki wyprzedane zostało w przeciągu tygodnia.

Legenda, którą bada i opisuje autor, głosi, iż pod koniec I Wojny Światowej, archeolodzy odkopali kaplicę Św. Gereona, pierwszą katedrę Bolesława Chrobrego. Później, niemiecki kartograf wykonał mapę, na której oznaczył położenie kaplicy pomiędzy zamkiem a obecną katedrą. W kaplicy owej umieszczony jest magiczny kamień, który od dwóch tysięcy lat przynosi Wawelowi i Krakowowi, oraz jego mieszkańcom szczęście. Jednocześnie czyni to miasto wiecznym, ponieważ dzięki czakramowi, nigdy nie ulegnie ono zagładzie. Kamień ten został umieszczony pod kaplicą przez maga Apoloniusza, który sam siebie nazywał pośrednikiem pomiędzy ludzkością a bogami. 

Kto pamięta Dharmę i Grega? Taki a la sitcom, w którym Dharma była wyluzowaną joginką?

W dzisiejszym buddyźmie dharma to zbiór zasad według których powinien się kierować człowiek by jego życie było takie jak ma być. Dharma to brama do dobrego życia.

Według wierzeń religii dharmicznych oraz ezoteryków, czakra to ośrodek energetyczny w ciele, czyli miejsce, do którego prowadzi wiele kanałów energetycznych i gdzie ta energia się kumuluje. Czakra odbiera, magazynuje i promieniuje energię która konieczna jest do życia. Rozwijanie ćakr prowadzi do rozwoju wewnętrznego i duchowego wyzwolenia.

Zapewne wiecie, albo i nie jeśli medytacja to nie wasza kromka chleba, że każdy człowiek ma w ciele takie właśnie czakramy.

Źródło: sahayajoga

Podobnie jest z naszą Planetą. Według wierzeń hinduistycznych i buddaistycznych, czakramy Ziemi podobnie jak czakry człowieka stanowią dla Ziemi jej siłę witalną, energię, bazę informacyjną oraz utrzymują ją w równowadze. Na przestrzeni wielu lat, badania różnych czakramów ziemskich, udowadniano, że w opisywanych miejscach, organizm szybciej się leczy, umysł łatwiej wchodzi na wyższe wymiary świadomości. Kontakt z takimi miejscami poprawia samopoczucie i nadaje uczucie błogości i spokoju. 

Miejsca mocy pulsują energią. Nie tylko są odczuwalne przez ciało, ale również narzędzia pomiarowe są w stanie wykazać obecność “niewytłumaczalnej” energii w takim miejscu.

Każdy kontynent posiada jedną najważniejszą ziemską czakrę, tylko że hola hola! istnieją 2 wersje ich lokalizacji 🙂 I gdzie tu jechać?

Pierwsza wersja przedstawia się następująco:

• Czakra podstawy – Góra Shasta w Kalifornii;
• Czakra przyjemności – Machu Picchu w Peru;
• Czakra osobowości – Ayer’s Rock w Australii;
• Czakra miłości – Avebury i Glastonbury w Anglii;
• Czakra kreatywności – Piramidy Egipskie w Gizie;
• Czakra transcendencji – Góra Kun / Lun / Gobi w Mongolii;
• Czakra absolutu – Góra Cooka na Nowej Zelandii.

Druga wersja wygląda tak:

• Czakra podstawy – Góra Shasta w Kalifornii;
• Czakra przyjemności – Jezioro Titicaca w Ameryce Południowej;
• Czakra osobowości – Uluru w Australii;
• Czakra miłości – Avebury i Glastonbury w Anglii;
• Czakra kreatywności – Piramidy Egipskie w Gizie, Sfinks i Góra Oliwna w Egipcie;
• Czakra transcendencji – Glastonbury i Shafterbury w Anglii;
• Czakra absolutu – Góra Kalisa w Tybecie; Czakram Wawelski umiejscowiony w ruinach kościoła św. Gereona na Wawelu.

Przeanalizujmy:

1. spoko, 2. Titicaca i Machu Picchu są oba w Peru więc moc promieniowania energii pewnie gdzieś się da odczuć, 3. Ayer’s Rock to oczywiście Uluru więc trójka jest identyczna, 4. ok, spoko, to samo, 5. Piramidy tu i tam więc ok, 6. no dobra, ale oba w Azji i 7. logiczne, że skoro czakry mają być po jednej na kontynent to Wawel. Zatem co? Ja odrzucam bezczelną wersję nowozelandzką!

Czakram wawelski jest nazywany 7 czakramem Ziemi, analogicznie do czakr w człowieku, siódma czakra jest czakrą korony, znajdującą się na czubku głowy.

Czakram wawelski jest zatem głównym, wejściowym punktem do gromadzenia energii kosmicznej, łączy wszystkie pozostałe czakramy, dostarczając do nich tą energię.

Kościół katolicki nie jest fanem legendy o czakrach. Jednakże ten konkretny zakątek dziedzińca zamkowego przyciąga tłum osób wyznających New Age i nic nie powstrzyma odwiedzających od medytacji w pobliżu kaplicy lub opierania się o jej ścianę, aby wchłonąć chociaż odrobinę jej energii. Niektórzy twierdzą, że jeśli spędzisz tam kilka minut, poczujesz przepływ energii przez siebie.

Podczas jednej z moich wizyt na Wawelu, udałam się oczywiście w poszukiwaniu owego zakątka. No i znalazłam. Przyparłam głowę do muru i wiecie co? Siła persfazji, wiary, propagady a może właśnie czakry, zawładnęła mną i poczułam się błogo, wszystkie myśli dobre i złe odpłynęły i byłam tylko ja.

Wawelski Zamek Królewski postanowił wyjść jednak na przeciw wyznawcom energii czakr i udostępnić nową trasę pozwalającą na zwiedzenie upragnionego miejsca. Od lipca 2020 roku możliwe jest wycieczkowanie się do źródeł energii. Takie energetyczne kosmiczne SPA.

Nowa trasa zawiera przystanek w miejscu dawnego kościoła św. Gereona. Umiejscowiony jest on w piwnicy zachodniego skrzydła zamku. W kościele znaleźć można relikty krypty romańskiej oraz powstałej na jego miejscu nowej kaplicy, gotyckiej, która została objęta patronatem św. Marii Egipcjanki. 

A na inne ciekawostki wawelskie jeszcze przyjdzie czas.

Tymczasem pozdrawiam,

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Czytaj więcej o Krakowie tutaj: