Santa Maria Łaski Pełna

Jeśli nie masz ochoty czytać, to posłuchaj: Santa Maria Łaski Pełna

Na całym świecie znajdują się setki pomników Krzysztofa Kolumba. Oczywiście, w zależności od lokalizacji, na niektórych pojawia się on jako Colon, na innych jako Kolumb, itd., ale nadal jest to ta sama osoba. Człowiek, który jest sławiony na całym świecie za odkrycia, których rzekomo dokonał.

Cóż, odkrycia są pojęciami względnymi. Podczas pierwszych dwóch, z czterech wojaży przez Atlantyk, Kolumb i jego załoga “zauważyli” wyspy Dominique, Marie-Galante, Guadelupe, Antigua i Puertorico. Później także Jamajkę, płynąc wzdłuż południowego wybrzeża Kuby. (Te 7 zdjęć pochodzi z Internetu)

Wszystkie te wyspy były już zamieszkane, w czasie, gdy Kolumb niby, hipotetycznie “odkrywał” świat. Tak więc te tzw. odkrycia zostały dokonane tylko w imieniu Europejczyków. Ludzie i ich ziemie nie musiały być odkrywane. Gdyby to ci wyspiarze przybyli wtedy na Stary Kontynent również mieliby prawo twierdzić, że odkryli nowe ziemie. Teoretycznie żadne z tych twierdzeń nie byłoby kłamstwem, ale tylko z perspektywy przybyszów.

Źródło: wikipedia

Z jakiegoś powodu do dziś dzieci nie są uczone prawdziwej historii o winkingach, którzy pod wodzą Leifa Eriksona odwiedzili amerykański ląd długo przed Krzysztofem. Ktoś tam czasem nabąknie o Amerigo Vespucci, bo przecież to jego imię nosi Ameryka. Jednak ogólnym globalnym stwierdzeniem i pierwszą odpowiedzią na pytanie o rzekome odkrycie Ameryk jest Kolumb. Niesamowite jak można wymywać ludzkie mózgi!

Source: Winnipeg free press
Źródło: myticketstoindia

Co roku, począwszy od 1971, w drugi poniedziałek października, w USA obchodzony jest Dzień Kolumba. Jest to narodowe, legalne święto federalne, upamiętniające przybycie wielkiego Admirała Morza Oceanicznego do obu Ameryk, które miało miejsce 12 października 1492 roku.

Szczerze mówiąc, każde Święto oznacza długi weekend, więc dlaczego nie…

Niektórzy Amerykanie świętują tę rocznicę nabożeństwami kościelnymi, inni paradami i dużymi imprezami. Wiele uroczystości odbywa się w społeczności włosko-amerykańskiej z największą pompą w Nowym Jorku i San Francisco.

To właśnie populacja włosko-amerykańska zaczęła obchodzić Dzień Kolumba po raz pierwszy w 1869 roku w San Francisco. Pierwsza ogólnostanowa uroczystość odbyła się w Kolorado w 1907 roku (wtedy urodził się mój pradziadek Jaś). W 1937 roku (pamiętacie Disneya i Królewnę Śnieżkę z mojego innego bloga Krasnoludki? Jeśli nie, to poczytajcie albo posłuchajcie pomniżej), Dzień Kolumba stał się świętem w całych Stanach Zjednoczonych.

Na Hawajach obchodzony jest jako Dzień Odkrywców, ale nie jest to święto państwowe. Wiele stanów obchodzi teraz Dzień Rdzennych Amerykanów / Dzień Ludów Tubylczych zamiast Dnia Kolumba w przekonaniu, że:

1492 to rok, gdy Rdzenni Amerykanie odnaleźli zagubionego na morzach Kolumba

Dzień w którym Kolumb przybył na kontynent, jest również obchodzony jako Día de la Raza (Dzień Ras) w Ameryce Łacińskiej i w niektórych społecznościach latynoskich w USA.

Kolumb w swoich 4 podróżach dotarł właściwie tylko do Ameryki Środkowej:

Źródło: wikipedia
Źródło: internet

Obchody Dnia Kolumba są kontrowersyjne i nie bez powodu. Jak widać, nawet krasnoludki mają dylemat. To nie bowiem za Leifem czy Amerigiem, ale za Kolumbem, który oczywiście miał za plecami całą siłę hiszpańskiej monarchii, konkwistadorzy wyruszyli na szalone najazdy na ziemie zamieszkane przez Inków, Azteków i Majów. Cel prosty – mordowanie ludzi, rabowanie ich bogactw, palenie ich dobytku, aby w końcu przejąć ich wolność, ziemię i życie. Wszystko to z czystej chciwości i wiary, że pochodzimy z lepszego świata, ponieważ mamy militarną przewagę. Czyż dziś, wieki później coś się zmieniło w ludzkiej mentalności?

Mordy i pogwałcenia ludzkich praw trwały setki lat, kontynuowane przez Francuzów, Brytyjczyków, Portugalczyków i Holendrów – czy ktoś nie słyszał o holenderskich damach grających w piłkę nożną głowami Indian?

Osiedlenie się Europejczyków w obu Amerykach okazało się tragiczne w skutkach dla rdzennych mieszkańców, ale jednocześnie było paradoksalnym zwycięstwem dla nas, Europejczyków. Teoria względności znowu! Argument ten jest aktualny i żywy. Kwestionuje czy szkody spowodowane przybyciem europejskich osadników, które doprowadziły do upadku dużej części historii i kultury rdzennych ludów obu Ameryk, były bezpośrednim wynikiem pojawienia się Kolumba. Tak!

My nie chcemy bogactw. My chcemy pokoju i miłości – Czerwona Chmura

Jedni zatem chwalą Kolumba nazywając go Admirałem Morza Oceanicznego, podczas, gdy inni nienawidzą go z przyczyn oczywistych i ci ostatni decydują się manifestować swoją ideologię i odczucia poprzez zniszczenie.

W 2020 roku, w dniu 26 lipca, w moje imieniny, i dlatego też pamiętam to wydarzenie, pomnik nawigatora Cristóvão Colombo, autorstwa Henrique Moreiry, wykonany w 1940 roku i umieszczony w parku Santa Catarina, w Funchal na Maderze w 1968 roku, został strącony z piedestału i zdewastowany. Według lokalnej rady wystąpiły: “liczne pęknięcia, wgniecenia i pewne zniszczenia na powierzchni, powstałe w wyniku uderzenia o ziemię”. Pomnik został odrestaurowany i ponownie zainstalowany 17 grudnia 2020 r.

Jak już wspomniałam w moim artykule Święty port Porto Santo, który znajdziecie poniżej, Kolumb trzykrotnie odwiedzał Maderę podczas swoich podróży przez Atlantyk, zarzucając tam kotwicę w 1475, 1480 i 1492 roku.

Urodził się w Genui we Włoszech w 1451 roku i rozpoczął karierę jako kupiec, który pośredniczył w handlu cukrem. W celach biznesowych pływał do Anglii, Gwinei i do Archipelagu Madery. W 1479 roku Kolumb poślubił Felipę Perestrello de Moniz, córkę byłego gubernatora wyspy Porto Santo, na której spędził kilka lat, i gdzie po dziś jego dom, Casa Museu Cristóvão Colombo można tam odwiedzić. A we wrześniu wyspa zamienia się w Festiwal Colombo.

Zobacz obraz źródłowy

W 1492 roku Kolumb wyruszył w podróż do Azji. W wyprawie wzięły udział trzy statki: karaka “Santa María” (280 ton) oraz dwie karawele – “Pinta” (240 ton) i “Niña” (100 ton), w sumie około 90 członków załogi.

Kolumb na morzach

Kiedy Krzysztof Kolumb przepływał Głębokie, niebieskie morze Myślał “Wkrótce dotrę do Indii! Jakie fajne będzie to miejsce!” Ale upłynęły tygodnie i wciąż statek Nie zbliżał się do żadnego lądu. Załoga była już prawie bez jedzenia, I gdzie by tu mogli coś dostać? Chcieli wracać do domu i poprosili O zawrócenie statku. Kolumb powiedział “Musimy płynąć dalej” I wtedy usłyszeli: “Ląd ho! zakrzyczał żeglarz. “Widzę ludzi wprost przed nami!” Nie dopłynęli do Indii, Ale zamiast tego przybili do Ameryki.

Holender Robert Wijntje, wraz z siedmioma rzemieślnikami, w lipcu 1997 roku rozpoczął budowę repliki karaki Santa Maria w miejscowości Câmara de Lobos – tak, tej samej, którą Churchill kochał malować.

Budowa trwała rok i została ukończona w lipcu 1998 roku. W tym samym roku Santa Maria de Colombo wzięła udział w wystawie Expo 98 w Lizbonie, gdzie w ciągu zaledwie 25 dni odwiedziło ją prawie 100 tys. osób.

I tu wkraczamy do akcji my.

Santa Maria de Colombo

Po raz kolejny udaliśmy się do portu w Funchal. Tym razem by wejść na pokład łodzi. Karaka Kolumba czekała na nas niecierpliwie – No nie! W rzeczywistości byliśmy jej obojętni. Tłumy cisnęły się na pokład prawie tak jak przy boardingu samolotu linii Ryanair, tylko że z mniejszą pojemnością i drewnianą rampą zamiast airbridge’a.

My też w końcu weszliśmy. Po dotarciu na deck urocza ara, gadatliwa czerwona papuga, powitała nas, by zareklamować się jako idealna modelka do wspólnej fotki. Uprzejmie odmówiliśmy i poszliśmy dalej, aby znaleźć miejsce, które oferowałoby nam siakieś ładne widoczki.

Tak się składa, że mam wielkie szczęście do starszych mężczyzn. Chociaż ja sama już niedługo będę nucić “40 lat minęło jak jeden dzień….”. Tym razem moim dopinanym towarzyszem podróży okazał się być niemiecki turysta, który rozpoczął nasz rejs od historii swojej blizny na klatce piersiowej – operacja serca. I tak to, poprzez inne, równie zabawne historie, szczęśliwie wypłynęliśmy na otwarte morze.

Nasz bardzo owłosiony kapitan od razu zaangażował się w baczne badanie horyzontu. Tym razem nie szukaliśmy Ameryki.

Majtek nie pozostawał w tyle za swoim bosmanem i wykorzystywał każdą okazję, aby samemu skanować morze.

Celem naszej podróży było odkrycie…. delfinów!

Nagle majtek zauważył coś, zeskoczył z masztu i pobiegł zadzwonić wielkim hałaśliwym dzwonkiem. Tak, w oddali było je już widać!

Najpierw nieśmiało, jeden, potem dwa… tylko po to, by nagle wyskoczyć znikąd i zatańczyć przed nami w krystalicznie czystych wodach wybrzeża Madery, pojawiła się grupa cudownych, szczęśliwych delfinów pozujących przed kamerami gapiszonów.

Niestety, nie wszyscy wydawali się być zachwyceni. Ta biedna dziewczyna spędziła całą podróż wyglądając raczej marnie:

Wiersz autorstwa luckycharm

No Stress

Dolphins swim together!
No fighting!
No malking!
No masking.

Outside, twenty four seven
No street from work
or bills to pay
Just living life their way.

Kto chciał, poszedł się popluskać, a później zostaliśmy poczęstowani słynnym winem i ciastem z Madery.

Santa Maria de Colombo to dzieło sztuki. Nie ma słów, które mogłyby opisać tę łódź. To po prostu trzeba zobaczyć. Oczywiście nie jest ona dokładną kopią łodzi Kolumba, ponieważ ma toaletę, silnik i na pewno wiele innych awaryjnych urządzeń, które są ukryte przed oczami turystów, ale ogólnie rzecz biorąc, jest to najpiękniejsza konstrukcja, jaką widziałam. Muszę przyznać, że kiedy dostałam się pod pokład, nie mogłam przestać fotografować każdego przedmiotu. Wszystko jest perfekcyjne.

Na koniec szybkie siusiu i wróciliśmy do portu w Funchal.

A w porcie przywitała nas ta urocza pani, która częstowała turystów bułkami… Współczesne psie niewolnictwo? Hmmm… nie jestem pewna, ale śliniła się jak szalona na te bułeczki w koszyczku, więc grzecznym obrigada pominęliśmy tę wątpliwą przyjemność wbicia w nie swych kłów…

Radośnie zmęczeni zawlekliśmy się z powrotem do samochodu, a następnie do pobliskiego hotelu tylko po to, by pospać, dopóki nie obudzi nas dzwonek kolejnej przygody.

Oczywiście hotelowaliśmy się na zasadach B&B: jedz dobrze, spakuj więcej na później 🙂

Podsumowując, mogę powiedzieć, że tych oto rzeczy jestem osobiście pewna… Krzysztof Kolumb nie odkrył Ameryki, ale to nie znaczy, że nie był wybitnym żeglarzem i nawigatorem. Jego Santa Maria, była pełna wdzięku i po prostu cudowna.

Posłuchajcie tego – imię Anna, które jest moim własnym, pochodzi z łaciny i oznacza Łaskę (Gratia, Grazia, Grace) – Santa Maria Gratia Plena/ Święta Maryjo, Łaskiś Pełna to sposób, w jaki modlili się na Santa Marii. Kolumb miał wielkie szczęście, że miał ją za swój środek transportu. I to dzięki Niej popłynął dalej, niż marzył.

A Madera została stworzona przez wulkany.

W duchu zamieszania przejdźmy do Świętowania 🙂

Gdy pisałam angielską wersję, marzyłam o Sylwestrze w Funchal’u. No cóż, nie udało się. Niedługo już Wielkanoc i kwiaty wystrzelą z pąków jak fajerwerki. Cały kraj pokryje się kolorowymi dywanami, a w wioskach układać będą kwiatowe chodniki. Nie da się opisać kwiatów Madery. Ale kiedyś spróbuję.

Na dziś to tyle.

Anka. Pełna łaski.

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Święty Port Porto Santo

Jak zawsze, jeśli wolicie posłuchać tego artykułu, kliknijcie tutaj: Święty Port Porto Santo

Życie ma więcej wyobraźni niż my nosimy w naszych snach. – Krzysztof Kolumb

Łatwo zapamiętać, że ta mini wyspa Porto Santo, należąca do archipelagu Madery, znajduje się 43 km na północ od Madery i ma prawie 43 km² powierzchni. Otoczona jest przez kilka maleńkich niezamieszkanych skalnych wysp. Na stałe żyje tu około 5,5 tys. mieszkańców.

Maleńkie lotnisko na środku wyspy mogłoby Was tu przywitać, gdybyście mieli prywatny odrzutowiec, ale jeśli nie, to najprawdopodobniej, tak jak ja, będziecie zmuszeni do skorzystania z promu bezpośrednio z Funchal. Poniżej kopia mojego biletu z 2008 roku:

Prom opuszcza port Funchal na Maderze dość wcześnie. Dotarcie do Porto Santo zajmuje około 1,5 godziny. Niektórzy ludzie spędzają wakacje na tej maleńkiej wyspie i mogę ją całkowicie polecić, jeśli jesteście jednymi z tych, którzy są w stanie spędzić 12 godzin dziennie na plaży przez cały tydzień. Ale jeśli nie, to pewnie dwa dni będą wystarczające. Zwłaszcza, że niesamowita Madera jest tak fantastyczna, iż moim zdaniem nigdy nie można mieć jej dość.

Warto wcześnie wstać i spędzić pierwsze magiczne godziny poranne w porcie Funchal.

Podążając za światłem słońca, opuściliśmy stary świat. – Krzysztof Kolumb

Weszliśmy na pokład. Powoli opuściliśmy Funchal i podążyliśmy wzdłuż wschodniego wybrzeża Madery, mijając Machico i Ponta de São Lourenço po naszej lewej stronie oraz Ilhas Desertas (Bezludne Wyspy), w rzeczywistości zamieszkane tylko przez pająki, po naszej prawej stronie w oddali i dalej na otwarty ocean. Woda falowała za nami. Było bardzo gorąco. Klimat tutaj jest subtropikalny, dlatego temperatury prawie nigdy nie schodzą poniżej 23 °C. W okresie letnim 30 plus jest gwarantowane przez co najmniej kilka miesięcy z rzędu.

Funchal, stolica Madery, pozostaje portem, do którego regularnie zawijają statki wycieczkowe, przecinające Ocean Atlantycki. W przeszłości Winston Churchill pomieszkiwał tu i leczył swojego “czarnego psa” depresji, malując krajobrazy okolic Câmara de Lobos. Cesarz austriacki Karol I i cesarzowa Sissi również odwiedzali i do dziś ich potomkowie pojawiają się tu dość często. Ta Zielona Perła Atlantyku, którą jest Madera, przyciągnęła także George’a Bernarda Shaw’a swymi fascynującymi widokami, jedzeniem, ludźmi i kwiatami.

Zainteresowanie tą wyspą było zawsze duże, jej niedostępność stanowiła zatem problem. Madera chciała otworzyć się nie tylko na turystykę, ale także na handel z Portugalią kontynentalną i jednocześnie z resztą świata. Dlatego też w 1964 roku zbudowano lotnisko, tuż na obrzeżach Funchal na wschodnim wybrzeżu wyspy.

Nie było to jednak łatwe zadanie. Większość z Was może nie wiedzieć, że Madera to góry i tunele biegnące przez góry. Znalezienie długiego, prostego i płaskiego obszaru, wystarczającego do zbudowania pasa startowego, było praktycznie niemożliwe.

Mały kawałek ziemi sąsiadujący z górą na obrzeżach pięknej wioski Machico, okazał się być może nie idealny, ale dało się z nim pracować. Oczyszczono teren i zbudowano dwa pasy startowe o długości 1600 metrów każdy.

Nie były one jednak ani bezpieczne ani wystarczające dla rosnących samolotów, dlatego w 1986 roku jeden z pasów startowych, który znajdował się bliżej góry, został na stałe zamknięty, a drugi przedłużony do 1800 metrów.

Powtórzyła się ta sama historia – niewystarczająco dobry dla coraz większych samolotów i szybko rosnącej turystyki. W związku z tym do istniejącego pasa dodano kolejny kilometr, aby uzyskać 2781 metrów pasa startowego, który częściowo znajduje się na lądzie, ale głównie na słupach wbitych w Ocean Atlantycki.

Każda ze 180 kolumn ma około 70 metrów wysokości i dlatego najlepiej widać ją podczas jazdy pod płytą lotniskową, co jest koniecznością w drodze z Funchal na lotnisko lub do Machico. Naprawdę fascynujące doświadczenie: wyobraźcie sobie, że najpierw przejeżdżacie przez kilkukilometrowe tunele tylko po to, aby skończyć na super wysokim moście, który następnie zabierze Was pod platformę pasa startowego lotniska, gdzie jedziecie między wspomnianymi kolumnami, aby skończyć w innym tunelu z kilkoma pasami i rondami do nawigacji.

Wyżej wymieniona rozbudowa została otwarta w 2002 roku i była doceniona na całym świecie. Dwa lata później otrzymała Nagrodę za Wybitną Strukturę od Międzynarodowego Stowarzyszenia Budownictwa Mostowego i Lądowego.

Dziś lotnisko Funchal obsługuje 3 miliony klientów rocznie.

Przejażdżka promem to doskonała okazja do podziwiania niesamowitych widoków na lotnisko na Maderze, które jak widać, jest bardzo wyjątkowe i piloci muszą przejść specjalne szkolenie, aby móc tam lądować i startować. Jest to jeden z powodów, dla których Funchal jest droższy w porównaniu z sąsiednimi Wyspami Kanaryjskimi. Większość linii lotniczych po prostu nie lata tu regularnie. W związku z tym pozostają loty czarterowe lub loty łączone, ponieważ port jest używany głównie przez portugalskie linie lotnicze. Ponadto, ze względu na brak typowych dla Wysp Kanaryjskich piaszczystych plaż i ryzyko mżawki, ludzie wolą te pierwsze, które jednocześnie są tańszą opcją.

Nie wiedzą co tracą. Przekonajcie się sami, bo od kwietnia Ryanair będzie obsługiwał trasy do Funchal’u nawet dwa razy w tygodniu!

A czy wiecie, czyje nazwisko nosi lotnisko w Funchal? Tak, niesamowicie utalentowanego, rodem z Funchal, Cristiano Ronaldo oczywiście. Poniżej raczej niefortunna rzeźba słynnego piłkarza.

Zobacz obraz źródłowy
Source: theweek
Zobacz obraz źródłowy
Source: fmkorea

Na szczęście jego matka sprzeciwiła się temu, a rzeźba została zastąpiona przystojniejszą i bardziej realistyczną wersją. Można ją zobaczyć w terminalu lotniska.

Zobacz obraz źródłowy
Source: bleacher report
Zobacz obraz źródłowy

A skoro o Ronaldo mowa, to ma on jeszcze jeden pomnik, w porcie Funchal. Ponoć potarcie jego “wiecie czego” przynosi szczęście 🙂 Zastanawiam się, co na to mama 🙂

R.E.M. = R-onaldo E-ros z M-adery.

Porto Santo to 9 mil złotej, piaszczystej plaży – Praia Dourada, która biegnie wzdłuż całego południowego wybrzeża wyspy i to tutaj większość przybywających na Maderę udaje się na słoneczną część swojego pobytu. Trzy plaże Madery są małe i z czarnego piasku wulkanicznego. Mieszkańcy Madery podróżują tu regularnie. Zakładam, że mają zniżkową ofertę na podróże promem, ale nie jestem pewna.

Gdy zbliżacie się do Porto Santo, pierwszym widokiem, który pojawia się przed Waszymi oczami, są strome klify sąsiednich wysepek. Nic nie sugeruje tego, co kryje się tuż za nimi. A kiedy to, co się za nimi kryje, otwiera się przed Wami, możecie być pewni, że Wam szczęki opadną i będziecie się ślinić, nie zdając sobie z tego nawet sprawy.

Silniki się zatrzymały. Łódź ustawiła się przy molo. Wszyscy spojrzeli w lewo i…

…. dosłownie zaczęli wybiegać z promu.

My poszliśmy znaleźć najbliższą wypożyczalnię samochodów i dostaliśmy maleńkiego smroda na cały dzień za równowartość tego, co zapłaciliśmy za wynajęcie jeepa na tydzień na Maderze, ale trzeba było to zrobić!

W Porto Santo nie ma zbyt wielu dróg i dlatego przejechaliśmy nimi wszystkimi! I jeszcze pozostało nam kilka godzin na cieszenie się plażą!

Nie ma potrzeby dużo tu mówić, więc pozwólcie, że zabiorę Was na wycieczkę fotograficzną po tym małym klejnocie na Atlantyku.

Calheta – Ponta (Ponta da Calheta) po przeciwnej stronie plaży z bajecznymi widokami na Ilheu de Baixo i wybrzeże.

Następnie, Ponta da Canaveira po północnej stronie z widokiem na Ilheu de Ferro:

Jak zauważyliście, mój bilet na prom pochodzi z 2008 roku. Cieszę się, widząc bardzo pozytywne zmiany na Porto Santo. Kiedy my tam byliśmy, było znacznie mniej miejsc noclegowych, a także punktów gastronomicznych, w porównaniu do tego, co widzę teraz podczas przeglądania internetu. Niektóre główne zabytki, takie jak Moinhos de Vento (Wiatraki) były kiedyś zaniedbane i opuszczone, podczas gdy teraz wydają się być prawdziwą atrakcją turystyczną. To sprawia, że moje serce skacze z radości 🙂

Zobaczcie poniżej, 2008 vs 2021 (betonowe konstrukcje, widoczne na moim zdjęciu, również zniknęły – ufff!). To Miraduro de Portela.

W końcu, zanim jeszcze udaliśmy się na akcję plażową, odwiedziliśmy Vila Baleira. Piękne, małe i świetnie utrzymane miasteczko, dumne ze swojej najsłynniejszej atrakcji turystycznej na wyspie – Casa de Cristóvão Colombo – Dom Krzysztofa Kolumba – Museu do Porto Santo, muzeum znajdujące się w domu, w którym kiedyś mieszkał podróżnik.

Muzeum jest nie tylko dokumentacją obecności odkrywcy w archipelagu Madery, ale także wskazuje na strategiczne znaczenie wyspy w czasach portugalskiej ekspansji morskiej. Kolumb pracował tu jako handlarz cukrem.

W połowie września na wyspie odbywa się Festiwal Colombo. Krzysztof Kolumb mieszkał w Porto Santo przez kilka lat z Philipą Moniz, którą poślubił w Lizbonie. Była ona córką kapitana, a la zarządcy, Porto Santo. To tutaj urodził się jego syn, Diego. Miał jeszcze jednego syna z nieprawego łóża.

Jeśli chodzi o sam Festiwal, cóż, jak to z festiwalami bywa, ten przeniesie Was z powrotem do świata końca XV-wiecznego archipelagu Madery. Będziecie bawić się na lokalną modłę, z lokalnym jedzeniem i muzyką. Zobaczycie życie mieszkańców, z czasów, gdy Kolumb przechadzał się wzdłuż Praia Dourada.

Liczne pokazy, parady, gry, zabawy, stragany, cyrk, teatr i wystawy bawią turystów. A wszystko to na tym maleńkim kawałku ziemi gdzieś na Atlantyku. Wśród nich wielką atrakcją jest scena przybycia Kolumba na wyspę odgrywana przez aktorów.

Łódź, którą widzicie na poniższym filmie, nazywa się Santa Maria de Colombo i to na niej właśnie przypływa wielki nawigator. Jeśli jesteście na tyle odważni, aby wejść na jej pokład z prawdziwymi żeglarzami, możecie. Pokażą Wam delfiny, jeśli jesteście dobrymi chłopcami i dziewczynkami, a na koniec poczęstują Was winem i ciastem z Madery. O tym jednak w innym moim artykule 🙂

Jednakże

Łatwo jest odkryć to, co inny odkrył wcześniej. – Krzysztof Kolumb

dlatego teraz przyszedł czas na WAS! by udać się tam i znaleźć dla siebie rzeczy jeszcze nieodkryte.

Aby pomóc Wam znaleźć drogę, oto mapa, której Kolumb rzekomo używał podczas swoich licznych podróży. Strzeżcie jej swoim życiem!

Source: wiki commons

Ahoj!

Anka

Lizbona – majtkowy szał

Dla tych, którym nie chce się czytać, nagrałam podcast. Wystarczy kliknąć tutaj: Lizbona – majtkowy szał

This image has an empty alt attribute; its file name is lisbon-old-city-map.jpg
Historyczna mapa Lizbony, źródło: internet

Był rok 2004. Postanowiłam spędzić Nowy Rok w Amsterdamie (jedyne lepsze sylwestrowe imprezy plenerowe odbywają się w Krakowie). Wiem, temat dotyczy południa Europy, wiem. Ale od tego wszystko się zaczęło.

Miałam jakieś 20 lat i razem z kilkoma dziewczynami zrobiłyśmy zapas szampana i z butelkami w rękach udałyśmy się na plac De Dam. Muzyka grała dziko, ludzie z całego świata, upici i ledwo stojący, próbowali zachować resztki godności. Jakiś amerykański koleś wyjął maleńką płaską metalową buteleczkę whisky, jak te ze starych filmów o dzikim zachodzie, i zaproponował mi łyka. Potem tańczyliśmy i śpiewaliśmy przez chwilę, aż najprawdopodobniej upadł, a ludzie wdeptali go w bruk, chociaż mam nadzieję, że nie.

Zbliżała się północ i dwóch przystojnych nieznajomych pojawiło się obok nas, żeby złożyć życzenia. Mówili zabawnie, pomyślałam, ale kto nie mówił śmiesznie o północy w Sylwestra w Amsterdamie. Zwłaszcza, że główne zaplecze narkotykowe znajduje się dosłownie jedną ulicę dalej i jest wieeeelkie.

I tak poznałam Pedra i Miltona, których potem spotkałam jeszcze kilka razy w Krakowie, ponieważ całkowicie zakochali się w tym mieście i zupełnie się im nie dziwię!

Ci dwaj pochodzili z Portugalii. Myślę, że to było wszystko, czego udało nam się dowiedzieć o sobie tamtej nocy 🙂 Ale poświęciliśmy czas na wymianę numerów telefonów. To była era przed smartfonami, wyobraźcie to sobie!

Dużo studiowałam o architekturze Portugalii i zakochałam się w plateresco i azulejos na długo przed naszym spotkaniem, ale chłopaki dodali mi jeszcze większej ochoty swoimi opowieściami na zwiedzenie ich kraju.

Sporo czasu minęło zanim udało mi się spełnić to marzenie, ale pewnego dnia nadszedł ten czas, by w końcu odwiedzić krainę klifów, oceanu, niesamowitego jedzenia, najlepszych ręcznie robionych butów i tej wspaniałej architektury!

Pierwszym miejscem na liście była Lizbona, siedziba Pedra i Miltona, o której słyszałam tak wiele pięknych historii i odważyłam się uwierzyć, że są prawdziwe.

Przy podejściu do lądowania w LIS (kod IATA dla lotniska w Lizbonie), rzeka Tag jest tym co widzisz z okna samolotu. Wieeelka, największa na Półwyspie Iberyjskim, i przecina miasto na pół. Na szczęście żył tu kiedyś pan Vasco Da Gama, który, jak wiemy, porzucił przekonania, że świat jest żółwiem, a wody skończą się, gdy dopłyniesz do krawędzi jego skorupy i odważył się zaryzykować życie własne i swojej załogi, aby podróżując wokół Afryki, dotrzeć do Indii.

I tak w jego imieniu zbudowano wspaniały most Vasco da Gama, który jest najdłuższym mostem w Europie, a także centrum handlowe w dzielnicy Parque das Nações.

Parque das Nações to najnowsza dzielnica Lizbony, w której znajduje się również najpiękniejsze Oceanarium, jakie osobiście kiedykolwiek odwiedziłam do tej pory. Poza tym przejażdżka kolejką linową jest koniecznością.

Innym słynnym mostem jest Most 25 kwietnia, tuż przy Wieży Belem po drugiej stronie starego miasta. Opiekuje się nim sam Jezus (Sanktuarium Chrystusa Króla). Dokładnie taki, jak ten w Rio. Taki widoczek z europejską mieszanką San Francisco i Rio 🙂

Miasto jest ogromne. Administracyjnie jest ono podzielone na bairros (dzielnice) a każda z nich jest jak zupełnie odmienny świat. Najładniejsze są oczywiście te najstarsze, a każdy centymetr to świetne miejsce na zdjęcie. Zobaczcie kilka poniżej z okolic Rua Augusta (główna ulica z Łukiem Triumfalnym prowadząca do portu) Baixa, Alfama, Alto, Chiado.

Mieszkanie, które wynajęliśmy na 3 dni, znajduje się na Rua dos Funceiros, a więc dosłownie w najbardziej historycznej części miasta. W związku z tym chodzenie było najlepszym sposobem poruszania się i całkowicie to polecam, ponieważ istnieje niesamowita liczba miejsc, do których można dotrzeć pieszo.

Jeśli nie jesteś fanem spacerów, zwłaszcza, że Lizbona jest raczej pagórkowatym miastem, wskocz do jednego ze starych pięknych tramwajów, które są wizytówką tego miasta. Nie można takiej jazdy przegapić! Co w ten sposób jednak na pewno przegapisz to wszystkie te bajecznie kolorowe sklepy z ręcznie robionymi butami i ubraniami, które byłyby tak passe, tutaj w Irlandii. Ach, mentalność mody w słonecznych miejscach opiera się na kolorach, bawełnie i rzemiośle. Ah ah ah….

Położona na małym wzgórzu, w drodze do São Jorge Castelo, znajduje się XXII-wieczna Katedra Metropolitalna Najświętszej Marii Panny Większej. Warto odwiedzić oba miejsca w ciągu jednego dnia, chociaż dojście do zamku wymaga odrobiny wytrzymałości, więc nie dla osób o słabym sercu!

Ale… tramwaj Was tam zabierze.

Jeśli chodzi o katedrę, jest to najstarszy kościół w mieście, przetrwał wiele trzęsień ziemi, dlatego też jest teraz mieszanką architektoniczną. Nie przegapcie i odwiedźcie jej wnętrze. Wkroczycie do podziemi tego budynku. Warstwy wykopanych ruin są odkryte i otwarte dla zwiedzających.

Poza tym, kościół jest majestatyczny, wydaje się być ciężki, ale jego ciemność emanuje ciepło i spokój. Pięknie zaprojektowane, w kształtach i kolorach, witraże tylko dodają tej bajkowej atmosfery i uroku.

Spacer na wzgórze do Zamku São Jorge może być trudny, ale widoki po drodze są bezcenne. Idziecie przez Alfamę, najstarszą część miasta. Azulejos (kolorowe malowane płytki specyficzne dla Portugalii, nie zawsze niebieskie pomimo ich nazwy, azul – niebieski) pokrywają wszystko; domy, szopy, okna, drzwi, chodniki nawet, progi. Azulejowe szaleństwo!

Ubrania wiszące na sznurkach za oknami, wyżej, niżej, splątane ze sobą i rozpostarte między ścianami różnych domów. Pranie wydaje się być tutaj Cosa Nostra 🙂 Ciekawe, czy czasami pomylą sobie majtki 😀

W każdym razie, gdy wspinaczkę macie już za sobą, wchodzicie na dziedziniec. Trochę jak mały ogród z drzewami pomarańczowymi. Ha! tyle tylko, że ten ogród rozpościera przed tobą widok na całe miasto. Wszystko było w zasięgu wzroku królów portugalskich i nic dziwnego, że przez wieki Portugalia należała do najbogatszych i najpotężniejszych krajów Europy.

Rozmiar i kształt twierdzy pochodzi od chrześcijańskich władców, jednak oryginalny budynek został wzniesiony tutaj w XXII wieku przez Maurów. I nie jest to pierwszy ani ostatni z tychże w Portugalii. Kraj jest obsypany ruinami, ale także w pełni stojącymi dowodami potęgi Maurów. To dzięki nim możemy teraz cieszyć się fascynującą architekturą alkazarów i ozdobnych pałaców.

Mauretańczycy to nazwa nadana przez chrześcijan plemionom berberyjskim, później także muzułmanom, którzy przybyli z afrykańskiego regionu Mauretanii (części obecnego Algieru, Maroka, Namibii) i zajmowali Włochy, Maltę, Hiszpanię, Portugalię, a nawet części Francji przez około osiem stuleci.

Bairro Alto i Fado w Chiado dla wyczerpanych, głodnych i spragnionych…

Alto oznacza wysoki i wysoko jest. Ale mądrzy lizbończycy wiedzieli, jak poradzić sobie z tym problemem. Bairro Alto i Chiado, położone są wyżej niż Baixa, a te dwa pierwsze są głównymi gospodarzami nocnego życia miasta.

Kiedyś okupowane przez żeglarzy i kupców w XV wieku. A jeśli pamiętacie “Port Amsterdam” Jaquesa Brella :), to wiecie, jak imprezują żeglarze! Więc jeśli i Wy tak imprezujecie, to pewnie wiecie, że chodzenie zmęczonym, tudzież po pijaku nie jest najbezpieczniejszą akcją do podjęcia się, szczególnie w późnych godzinach nocnych.

Tak też powstała Elevador de Santa Justa, jedyna pionowa winda łącząca wspomniane kwartały. W mieście są jeszcze inne: Elevador da Glória i Elevador do Lavra, ale te są równoległymi (właściwie ukośnymi) pociągami linowymi.

Lata 80-te minionego stulecia zapoczątkowały erę życia nocnego w górnej części miasta. Możecie tu przemierzać strome brukowane uliczki, wybrać się na przejażdżkę kolejką linową da Bica, odwiedzić wspaniały kościół St. Rocha i podziwiać widoki z ogrodu Miradouro de São Pedro de Alcântara.

Obszar ten jest pełen różnorodnych barów, kawiarni, pubów, klubów, domów fado, restauracji, barów z przekąskami, z muzyką rockową, latynoską i electro, miejsc do tańca, jak również takich do delektowania się w spokoju drinkiem. Każdy znajdzie coś dla siebie.

My na przykład znaleźliśmy mnóstwo fajnie wyglądających i niezwykle fotogenicznych hydrantów 🙂 a poza tym wspaniały mikro-bar, który oczarował nas na prawie całą noc. Dosłownie wcisnąłbyś do niego maksymalnie 10 osób na stojaka. Dlatego też wielu po prostu pije na zewnątrz, ale najlepszą rzeczą jest tutaj ser … foremka miękkiego sera z mleka owczego po prostu leży sobie obok chleba. Więc pijesz, jesz i gadasz i to wszystko, ale nigdzie indziej na świecie nie wygląda to właśnie tak.

A co do fado… hmmm ja to nazywam portugalskim jazzem 🙂 ale tak naprawdę to bliżej mu pewnie do hiszpańskiego flamenco, tylko z linii tych mniej żwawych. Coś, co tutaj gra się podczas kolacji lub na barowych sesjach:

Droga Lizbono… Na razie to tyle… ale wrócę!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Espada com banana

Listen to my podcast here: Espada com banana

Yay, Ryanair got inspired by my posts and introdused a new route between Dublin and Madeira’s capital Funchal, starting in April 🙂 Now Mickey Mouse, you may kindly consider paying me for this nice ad – free tickets will do. I may also need a new Teddy for the journey….

Did you know that the name “Funcho” comes from the predominance of the fennel plant on the slopes of the Bay of Funchal? In Madeira you can buy these little, cappucino in color, see through candies that are absolutely mindblowing.

I once read somewhere that it was licorice that they were made out of and was living a lie since then, ready to insult Scandinavians anytime for not yet having discovered the recipes and do something about their black licorice disgusts!

There are three plants that apparently are quite similar in taste and they are anise, fennel and licorice. I would opt for fennel if I had to choose, even though it makes you fart pretty hard, which I in fact do often and also enjoy doing as it has this magical power of making life so much better all of a sudden, hence perhaps this is why I fell in love with Funchal so strongly. It’s my Farty City where I feel I can 🙂

Speaking of farts, when I was perhaps 16, we went on a school excursion to Germany. Every time we had our breakfast at about 9 am, the entire team would sit down at the table, make some tea, unwrap their food and munch on it together while chatting away.

One day, we were doing just that when all of a sudden a young handsome tall German dude stood up to grab some more tea and he shot out of his cannon with the strength that could blow out the window together with its frame.

This was when and how we found out that Germans believe in farting as strongly as they believed in Anton aus Tirol when we were there – it was a total hit btw!

I have to say I agree, perhaps doing that at the dinner table and around your guests would not be an optimal solution, so maybe be kind and sneak out to the loo, but fire away. Anytime. And fennel my dears, does miracles! If you did not know it yet, it is great for your hormones, farts and breast milk production.

Speaking of recipes though, today, we will need the following:

Ingredients for 2:

  • 2 filets of black scabbard, about 200g each
  • 2 Madeira bananas
  • A pinch of salt, freshly chopped oregano, and freshly ground pepper
  • Garlic
  • Flour
  • Breadcrumbs
  • 2 eggs (one for the fish and one for the bananas)

Before we get started though, we must run some errands first.

It all starts in the very early hours of the morning at the port of Funchal. Fishermen bring their catch onto the shore and pack them into the crates filled with ice. From here fish either go straight to the restaurants or, like the below tuna, to the Funchal Fish Market, where a skilled person will de-bone and fillet it so that it could end up hassle-free on the dinner tables of the locals. Or their guests.

We decided to stalk these fishermen and follow them all the way to the Fish Market.

We parked our rented jeep in a nearby street. Walked into a very spacious building filled with crowds of locals and straightaway we got cought up in an atmosphere of the place. Everywhere there was water, on the floor, dripping from the tables and counters. We came quite late, as majority of the tables were already empty.

The craftsmen were putting away what remained unsold or perhaps what needed to be collected or delivered still to the restaurants and hotels, but we were very lucky to get a glimpse of what every other tourist comes for to this place – espada!

In English – Scabbard Fish, here the black version of it. Eel like looking, long black scary monster, living in very deep waters, between 200 and 1800 m, around Japan and Madeira especially.

Apparently it is also being caught around Iceland, Ireland and France. In such case however these would have to be the young because even though we still do not even know the life cycle of espada fish, we already learnt that the fertilized eggs flow with plancton and they end up in the area of the Faroe Islands. Here they grow and when reach adulthood, they migrate down to the region of the Canary Islands and Madeira.

This fish spends only its days in the very deep waters. At night it goes hunting for crabs, shrimps and smaller fish in the more shallow depts of the ocean. It is believed that the young do not go lower than 300 metres. This fish is considered an adult when reaches aroud 80 cm in length. It can grow up to around 110 cm.

Let’s get some bananas now. These are delicious. They grow here in places that to us, regular humans from the green lowlands of Ireland, would often be totally unimaginable to even try to conquer. Steep slopes of the volcanic mountains which are often cliffy-like are where the Madeira bananas are at home. As well as on the endless terraces of Camara de Lobos for example, where the replica of Santa Maria de Colombo’s karaka was built and once more where Churchill used to love relaxing and painting.

Bananas grow absolutely everywhere in Madeira and their leaves stick out onto the road so in fact you can touch them as you drive along.

Not just bananas of course. Madeira is famous for its natural treasures – fruits and flowers. There’s plenty of both here at the market.

We left this lush colorful place in search of all things still undiscovered, as Funchal, despite of being our base, was left to be explored as last.

Groups of local men entertained themselves playing cards in some dirty corners. Some had no money and energy left and indulged in a beauty sleep on the bench istead.

Already tired ourselves from the heat of the day, we wandered around faboulously paved streetlets and market squares window shopping and marveling at the fascinating work of art that these pavements are. Made out of small stones, they depict scenes from Madeira’s rich history.

The window displays were inviting us everywhere but the most interesting of them were displaying the intricate art of handcraft – crocheted and embroidered table cloths, doilies, net curtains, that the Madeiran ladies are so famous for.

Everywhere someone sells something, but we concetrate on a little table with coins where I purchase fabulous old coins from the times when Portugal was not yet a part of the EU and Madeira had Santa Maria on their reverses.

Finally, we reached a big square – Praça do Município, which is the main square in Funchal. One day I must go there to see how the pods of its extraordinary kapok tree explode into giant cotton wool balls in spring.

The square is surrounded by historical edifices such as the City Hall for example. You can stroll inside of the courtyard and try to absorb the beauty of the wall decorations especially.

A church on the Praça do Município, popularly known as the College Church, is a magnificent example of the 17th century Mannerist style. It’s actual name is São João Evangelista Church. Considered one of the most beautiful Portuguese temples of its era and one of the richest churches on the island, this church has uncountable amounts of 17th and 18th century chapels decorated with gilded wood, shimmering with gold. The Chapel of the Eleven Thousand Virgins (see the photo below with multiple figures under arcades) is considered as most worthy of marveling over as well as the new organ installed there in 2008 and ceramic tiles that were produced in Lisbon back in the 17th century. Well, I saw absolutely nothing in this church that would not be worth drooling over.

I never took the photo of the wind-guard door in the atrium, flanked by two holy water fonts in the shape of sea shells. The door is made of the repurposed sugar packing boxes – caixa de açúcar. Remember that Madeira was big into sugar trade, which was the main reason why Columbus traded here and eventually settled in Porto Santo island.

Would you not spend hours praying if this was your local church? I surely would.

Finally, around the corner we find a true gem we so wanted to come accross – Senor Oliveira’s Madeira Wine shop.

Madeira vineyards are crammed amongst the mountains, sometimes by the sea, sometimes on steep mountains sides, they have been thriving there for at least 300 years now. If you know Porto wine, from O’Porto in Portuguese mainland, you will love Madeira wines. There is a vast variety of the grapes and wine types that can be chosen from. This wine is considered the most durable in the entire world of wines due to the fact that the grapes are harvested early and then they ripen in 40-50 C which accelerates the fermentation. Then a stronger alcohol is added making it a fabulous liquor of the 17-22%. Can be sweet, can be dry but you simply must go there and try for yourself because if you are a regular wine drinker, Madeira wine cannot be described to you.

The above process of production, which by the way is called madeirasation and which provides the wine’s long lasting was introduced due to the distance between the island and the main land of Europe which in the olden days caused regularly produced wines to go bad during shipping. In the world there are still bottles of reserva dating back to the Napoleon times!

Pereira D’Oliveira is one of the 8 official producers and distributors of Madeira wine. This one is still owned by the founding family. The Oliveiras started their wine adventure in the mid-nineteenth century. The beautiful seventeenth century building in which the shop is located is one of the oldest original buildings in Funchal. About 150,000 litres of wine are produced here annually, the vast majority of which come from Tinta Negra Mole, which is the main grape variety from which Madeira wines are produced. I love Boal and would definitely want to try the old, rarely used now Bastardo.

Pareira D’Oliveira has an impressive composition of wines from the nineteenth century, most of them are available for sale. Prices are high, as even €580 per bottle of a 1850 wine. I however, noticed a bottle of 1830 and benevolently put Mr Oliveira in a situation with no way out. He smiled and asked the waitress to open a bottle for us to sample. You have no idea! I cannot describe the taste and the joy this wine contains and gives away. Even now, when writing about it, I get shivers.

In general Madeira wine is so unique that after getting properly tipsy, we purchased a few bottles to live the memory of this fascinating place for a little while longer. And don’t you forget the Madeira cake! 🙂 But we will bake this one some other time….

We strolled back towards the port. Grabbed our car and popped over to the Castle, as it was kinda on our way to the Lido area where we stayed.

Not sure now whether it was due to the heat or me being properly tipsy after sampling Mr Oliveira’s wine or perhaps because I was simply benevolently staring at the beautifully rounded bottoms of the soldiers who were chatting outside, that I did not make it too far.

The freaking entrance door is made out of a sparkly clean glass. I saw through it. And left an imprint of my face to be admired by the boyz with nice bums.

Thankfully it was too late for a visit ‘cos I surely would cause some more serious damage to either me or the exhibits…. Oh maybe they only said it was closed after seeing me trying to pass through the walls…. That I will never find out.

But let’s go back to our cooking venture. Looks like we got it all to make Espada com banana!

Preparation

Fish

  • Skin the fish and cut it in approximately 8cm long pieces.
  • Season them with salt, herbs, pepper and garlic.
  • Prepare two bowls for the fish filets – one with flower and one with beaten egg
  • Pour oil in a frying pan and heat it up.
  • Roll the seasoned fish filets in the flour and then in the egg.
  • Fry them in the frying pan until golden brown.
  • When done, drain excess oil off on paper kitchen towel.

Bananas

  • Prepare two bowls for the bananas – one with flower and one with beaten egg.
  • Peel the bananas, cut in halves lengthwise.
  • Roll them in the flour and then in the egg.
  • Fry them quickly until golden brown.
  • Drain excess oil with paper kitchen towel.

Serve on a plate with either small potatoes or with rice.

Scabbardfish with bananas became popular in Madeira as it is a great opportunity for the island to use their natural resources in the tourism business. Nothing else. Locals would never have it with bananas in fact.

There is one thing that must be taken into consideration when cooking or eating a scabbardfish in a restaurant – remember it can be poisonous if undercooked. Just like with pork or many other animals we, humans love eating. Espada, consumes fish and crustaceans that may be hosts of a parasite, similar to a human worm, which can get attached to your stomach or intestine wall. And then it’s a surgery for you. Speaking of, I remember that tapeworm used to be used by celebrities only a few years ago for rapid weight loss. I guess some of them lost more then that….

Also, remember to avoid scabbard’s liver due to its high contents of mercury.

We enjoyed our first scabbard fish with bananas in a wonderful coastal village of Gardim do Mar – The Garden of the Sea, with a mindblowing view from the 2nd floor balcony seats.

And truly, the locals play in the Ocean here as our kids would in the garden. When we were roaming the tiny streetlets, mothers were calling their kids for lunch, and guess what the kids were up to? Snorkling 🙂

Bom proveito!

Anna

*recipe credit: ocean-retreat.com

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Diarrhea Portuguesa

You can listen to the podcast version here: Diarrhea Portuguesa

From Alcacér do Sal, we took an IP8 road in order to reach the west coast of Portugal.

Cities where appearing and disappearing along the way but the Atlantic Ocean was our destination. A beautiful town of Santiago do Cacém popped out in front of us though and there was something about that place that told us not to skip it.

Zobacz obraz źródłowy
Source: Alentejo

Portuguese villages and towns tend to be positioned in a very strategic way – on top of huge mounds and are usually topped with either a castle, a huge alcazar, or, as in this case – a cemetery inside of the castle ruins hence remains inside the remains.

The medieval castle (Castelo de Santiago do Cacém) was built in the 12th century over an earlier Moorish fortress, parts of which are still visible. The town has both, Moorish and Roman origins.

The legend has it that the Moorish ruler of the area had three children, 2 sons and a daughter. According to the tradition, the eldest son had the right to pick which lands he would inherit after the father’s death as first. The second son also chose his part and a nice piece of land remained for the daughter to work with. However, when the ruler asked his daughter whether she was satisfied with what remained as her inheritance, she replied that she was not interested in the properties (seriously?! – it’s the best business ever!). Anyways, she said she wanted a nice spot, the size of which would be determined by the area marked with a string cut out of an ox-hide which she showed them. She believed that building a castle would be of much more importance, as they surely would need it one day to defend themselves. This was arranged and the designated area was then marked with the mentioned string of an ox-hide cut and arranged by her personally. After three days of heavy fog, a fortress appeared.

Zobacz obraz źródłowy
Source: castleworldcom

Remember when I was telling you about Casela Velha and the little houselets at the cemetery? Yes, Santiago do Cacém, has the most wonderful examples of these very post mortem houses. But there are also many other types of graves here which normally can be found accross Europe’s cemeteries.

The town itself is magical. Tiny cobblestoned streets lead usually either down or up the hill between plain white washed houses. The way to the top is very steep but equally worth it.

A flock of sheep and a herd of cows were wandering around the castle walls singing their moo-ey and baa-ey songs to those who could no longer see them. And we sat there for a while, staring at the surrounding mountains, coastline of absolutely incredible beaches and contemplated ages of history that has passed through this place.

The yellow and white building attached to the castle, Igreja Matriz de Santiago do Cacém, dates back to the 13th century and was founded and built by the Order of Santiago. It is now a National Monument which houses the Museum of Sacred Art of Santiago do Cacém and relief sculptures depicting Santiago fighting the Moors.

Have you ever heard of Santiago de Compostella? Yes, hundreds of thousands of routes lead to this place from all over Europe and millions of people walk these routes in order to reach the Finis Terra. These are called either St. Jacob’s or St. James routes and they are marked with the sign of a shell.

Finis Terra, source: internet

St. James the Elder or Greater, also known as Santiago de Matamoros (from Spanish matar – kill and moros – Moors) so the Killer of the Moors or the Moor-slayer, was one of the 12 apostles whose mission was to convert the Celts living in current region of Galicia, the northern part of Spain, to Christianity.

Santiago Peregrino (St. James the Pilgrim) at Santiago de Compostella Basilica, source internet
Padova, St. Anthony’s Basilica, St. James Chapel – The Death of St. James, source: inetrnet
Current tomb of Santiago in the Cathedral at Santiago de Compostella, source: internet
Giovanni Battista Tiepolo - St Jacobus in Budapest.jpg
Saint James Matamoros by Giovanni Battista Tiepolo, source: internet

After his martyrdom by beheading by order of Herod Agrippa, Santiago’s body was laid to rest on a boat that was released into the sea. According to legend, hosts of angels led the body back to the Galician coast, where the apostle was finally buried (less the head which is now in Jerusalem) in the Liberdon forest in the Iria Flavia town area.

The tomb of the saint was forgotten over time and no one knew where it really was. The breakthrough came in the year 813, when, according to beliefs, a miracle occurred. A shepherd (Pelayo) saw a rain of stars falling to the ground and the divine light illuminating a mysterious, narrow, entrance to the underground located on the Liberum donum hill. He informed about this unusual phenomenon the then bishop Theodomir de Iria, who, after examining the place, decided that indicated by the stars was the burial place of St. James the Greater and his two disciples. Upon hearing of this discovery, king Alfonso II of Galicia and Asturias immediately went to this place with his court and family. There he proclaimed James the patron saint of the kingdom and, in order to commemorate this event, ordered a church to be built over the tomb of the Apostle.

The place was called Campus Stellae, which in Latin means field of stars. Hence the second part of the name of the city of Santiago de Compostela.

King Alfonso II defied the demand of the Moors to reinstate the tribute of 100 virgins (fifty noble and fifty commoner). The battle started on the day of his death when Ramiro I took over the ruling of the country.

During a legendary Battle of Clavijo, he appeared on a white horse and helped the Christians lead by the King Ramiro I to conquere the Moorish. Chanting ¡Dios ayuda a Santiago! “God help St. James!” they managed to kill over five thousand of them.

A while later, while trying to find a way back to the main road, a very unique sight materialized in front of our very eyes:

The ruins of the Roman settlement of de Mirobriga situated nearby is one of the best preserved sights of the kind in Portugal. The size of the complex suggests its rather high significance at the time as there were two baths (probably for men and women), temples, houses, shops, a bridge, paved roads and the foundations of a Hippodrome or Roman Circus used for chariot races. A few of its original, decorative columns belonging to the Forum or a temple can be seen still.

Roman Empire’s occupation of Santiago was replaced by the Visigoths which then followed by the Moorish who controlled the Iberic Peninsula. It then, in the 12th century, was ruled by the Portuguese kings, later belonged to the Order of Santiago, after which the Almohads resumed Muslim control here. The name Cacém, possibly derives from the Moorish name for the town, Kassen and Santiago remained after the Order of Santiago.

According to the legend, princess Vataça Lascaris from east Meditterian, arrived at nearby Sines and moved on to attack a Moorish settlement lead by a man called Kassen. The battle was lost by him at the castle of Santiago and this is why the town became known as Santiago do Kassen.

That other word from the sign post, moinho, of course stands for the mill. And I adore mills, especially windmills. The Moinho da Quintinha is a small windmill built in 1813 and it was in operation until 1966.

A typical figure to the Portuguese life, the miller, a country man with the characteristics of a rural world. The little industry which the miller owned, was a family business. There were many tasks involved in the milling process and both, the adults and the children played their equal parts in everyday functioning of the mill.

A miller would be a handy man of many-o-skills. It was necessary that he understood the wind and knew how to observe the weather. He had to understand the mechanism of the mill itself and not just know how to crush and grind the grains but also how to fix what required fixing.

The miller, living a secluded life, would always welcome visitors.

We arrived by and this lovely gentelman and his wife appeared in front of us. All only happy to take us on a tour around this wonderful place. We saw many similar places in the past, in Ireland, France, Spain, Poland; nowhere however would it be run and showed around by the actual owner. And the difference is extreme. There is no such thing as a language barier. One look into the man’s eyes and you could see so much love in there, that there was no way you could not understand the process behind the machinery.

It is believed that the first windmills were built in Persia, and their system was later exploited by the Arabs and brought over to Europe during their invasions. Of course Europe welcomed such novelty with open arms and the idea spread rapidly throughout the continent between 11th and 13th centuries. Due to diverse climate and weather conditions, the windmills would vary structurally and thanks to this, we can now associate their architecture with certain coutries, such as Holland for example, where they took a very unique to the region shape, color and even functions. In Portugal, they appeared around 14th century and despite of the fact that they are long now replaced by more advanced technology, Portugal is believed to have the largest number of such structures remaining.

Even though the old style milling is no longer the case, to this day, we cannot imagine life without bread, not to mention rolls, cakes, pastries, etc. Flour played and plays such an important role in the human existence that the Portuguese dedicated it a very special place, the Museu da Farinha (Flour Museum), which can be visited in the village of São Domingos. It was once a flour mill in operation until the 1980s. Now all the machinery is still in place and the next door former granary became a luxury accommodation, the Casas da Moagem, rocking a nice restaurant, an outdoor swimming pool as well as bar and lounge.

We did not know this at the time, but I have now found that only 6 km northwest of town is the fun Badoca Safari Park with a variety of animals living in a savanna-style environment. This includes typical savannah inhabitants, such as zebras, antelopes, giraffes, ostriches, but also chipmanses and lemurs as well as exotic and carnivorous birds. Guided tours are operated in the safari style by jeep. A definite must next time while in the area!

We however moved on, as the day was nearing to an end and we were only down the road from the lovely granny.

We passed through Sines, a wonderful coastal town, but only to take a quick look because just outside its borders, some of the truly incredible beaches awaited to be discovered.

Source: google maps

Atlatic Ocean was battering the rocks with some impressive waves. We strolled for a while buttttt…. had to rush! in search of accommodation because, looks like the stewed tongue started to tickle the insides of my hubby’s guts and we were only to discover some true face of what Diarrhea Portuguesa meant after decking ourselves in the nearby Porto Covo.

The storm lasted the night. And it was rough – to say the least….

But as we know, after every storm comes out the sunshine. And so it has for us in the beautiful village of Porto Covo. But all about that next time.

The morale to this story is: use your tongue well and stick with the one God gave you. Too much of everything may be…. too much.

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00

Or enter a custom amount


Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly