Solna Góra Sukcesu – Bochnia

Posłuchaj podcastu: Solna Góra Sukcesu – Bochnia

Here you can find an English version: Salzberg of Success – Bochnia

Prawdopodobnie słyszeliście o górze lodowej sukcesu, na której cała niewidzialna ciężka praca znajduje się pod powierzchnią wody, a jedyna widoczna część, rzeczywisty sukces, jest tylko wierzchołkiem góry.

Źródło: internet

Taka jest historia Bochni.

Bochnia to miasto, które podobnie jak Rzym czy Lizbona położone jest na siedmiu wzgórzach. Jest to najstarsze miasto Małopolski i jedno z najstarszych w Polsce. Położone nad rzeką Rabą, otaczającą miasto od północy, znajduje się zaledwie rzut kamieniem od najwyższych polskich gór w regionie Zakopanego, na granicy ze Słowacją.

Pierwsza zachowana wzmianka o osadzie pod nazwą Bochnia (“Bochegna”) pochodzi z 1198 roku, w której jerozolimski patriarcha Monachus potwierdził nadanie soli z tego miejsca przez rycerza o nazwisku Mikor Gryfit, klasztorowi Zakonu Bożogrobców z Miechowa.

Kopia dokumentu, w którym Po raz pierwszy wspomniana jest Bochnia, Źródło: internet

Oczywiście wspomniana tu sól odnosi się do soli odparowywanej, pozyskiwanej w Bochni ze słonych źródeł znanych już w neolicie. Uważa się, że polska nazwa Bochni wywodzi się od słowiańskiego słowa “bohy”, które oznacza bagna, mokradła. Powodem tego może być to, że pierwsze solanki i warzelnie znajdowały się na takich właśnie obszarach wokół rzeki Babica – drugiej rzeki, która przepływa przez centrum miasta.

Miasto położone było wzdłuż bardzo ważnych szlaków handlowych. Biorąc to pod uwagę i zdolność do wytwarzania tak ważnego w dawnych czasach produktu, jakim była sól, powszechnie stosowanego na całym świecie jako środek konserwujący wszystkie rodzaje żywności, jakie można sobie wyobrazić, najprawdopodobniej zawsze by się rozwijało. Jednak odkrycie soli kamiennej w 1248 roku na zawsze zmieniło jego historię.

Legenda głosi, że Mały Bolesław, znany później jako Wstydliwy, przyszły władca Polski, który niestety bardzo wcześnie stracił swego królewskiego ojca, często odwiedzał Królestwo Węgier. Bawił się tam z młodszą od niego o kilka lat księżniczką Kingą i razem delektowali się uroczymi, słonymi w smaku naleśnikami.

Nie mógł zrozumieć, dlaczego w domu, w Polsce nie mieli tak uroczych naleśników. Jego rosyjska matka, Grzymisława, wyjaśniła mu, że niestety w Polsce nie ma soli kamiennej, a ilości soli produkowanej przez odparowanie wody, wystarczają tylko na zaspokojenie ważniejszych spraw.

Mały przyszły król nie mógł przestać o tym marzyć. Nie pragnął niczego więcej, jak tylko pewnego dnia nakarmić swój lud tak smacznymi naleśnikami.

Kiedy oboje dzieci dorosło, książę Krakowa i Sandomierza, Bolesław Wstydliwy, poprosił węgierską księżniczkę Kingę o rękę. Przenieśli się do Krakowa i zamieszkali na Wawelu.

Jednak przed ślubem Kinga poprosiła swojego ojca, króla Belę IV, aby nie wręczał jej wartościowych rzeczy, ponieważ są one przepełnione ludzkimi łzami i potem. Nie chciała też służby, ponieważ był to znak dumy. Pragnęła daru soli, ale nie dla siebie. Chciała tego dla swych ludzi.

Pewnej jesieni król Bela IV zaprosił młodą parę w odwiedziny. Niestety Bolesław nie mógł przyjechać, ale Kinga była bardzo podekscytowana ponownym spotkaniem z rodziną. Po drodze poświęciła mnóstwo czasu na modlitwy w wielu przydrożnych kaplicach.

Po przybyciu i rozpakowaniu młoda księżniczka poprosiła ojca o przejażdżkę po królestwie, szczególnie chciała zobaczyć kopalnie soli. Pojechali do najbogatszej kopalni Siedmiogrodu w Marmaroszu (wtedy Węgry, dziś Rumunia), którą dobrze pamiętała z czasów dzieciństwa.

Stojąc tam i bawiąc się kryształami soli, posmutniała i pomyślała, jak ten minerał mógłby zmienić życie ludzi w jej nowym kraju. Jej ojciec zauważył jej smutek i wiedział, że nie może zrobić nic lepszego, jak tylko podarować jej tę kopalnię.

W tym momencie Kunegunda (Kinga) podeszła do szybu solnego, zdjęła z palca cenny pierścionek zaręczynowy i wrzuciła go bezpośrednio do szybu. Pierścień zniknął w głębi otchłani. Niezwykłe światło pojawiło się jednak w tej ciemności.

W drodze powrotnej do Krakowa po raz kolejny nie przegapiła żadnej z przydrożnych kaplic, upewniając się, by w każdej z nich zostawić kryształ soli z kopalni w Marmaroszu. Była tak pochłonięta swoimi modlitwami, że przez całą drogę nie przemówiła ani słowa na głos.

Po przybyciu wyznała Bolesławowi, że poświęciła swój pierścionek dla większych bogactw. Następnie poprosiła go, aby towarzyszył jej w małej przejażdżce konnej. Przybyli do pięknej wiejskiej okolicy, gdzie ludzie byli wyjątkowo mili.

Byli w Bochni. Bolesław wyjaśnił, że obszar ten obfitował w słone źródła zwane solankami i to stamtąd miejscowa ludność pozyskiwała warzoną sól poprzez odparowywanie wody. Niestety, ostatnio nie udało się uzyskać soli z tych źródeł pomimo pogłębiania studni solankowych.

Księżna krakowska nie wyglądała jednak na zmartwioną. Wręcz przeciwnie, jej oczy zaczęły błyszczeć i kiedy zobaczyła piękny ogród, za zgodą jego właściciela, szewca, poprosiła o wykopanie w tym miejscu studni.

Kiedy łopaty uderzyły w twardą skałę, mężczyźni myśleli, że to kamień i że nic innego tam nie można znaleźć. Jeden z górników zauważył jednak, że to wcale nie skała, tylko sól kamienna. I podał grudkę księżnej.

W tej bryle soli był pierścień. Ten sam cenny pierścionek, który Kinga wrzuciła do szybu solnego kopalni podarowanej jej przez ojca.

15 marca 2022 r., Bochnia przywitała wspaniały 3,2-tonowy, nowy posąg autorstwa Czesława Dźwigaja, przedstawiający Legendę o Pierścieniu św. Kingi. Znajduje się on przed szybem Sutoris, który jest jednym z pierwszych szybów bocheńskich, a niektórzy uważają, że to ten sam, w którym znaleziono pierścień.

Źródło: Tomasz Stodolny bochnianin.pl

A zaledwie w lipcu zeszłego roku Chloè i ja siedziałyśmy sobie na tym małym placu, jedząc najlepsze pączki, jakie ten świat kiedykolwiek wyprodukował, w otoczeniu mas gołębi i myśląc, jak puste jest to miejsce i jak by fajnie było, na przykład, postawić tam posąg… 🙂

Bardziej realistyczna wersja opowieści jest taka, że być może odkrycie soli kamiennej nastąpiło przez przypadek, w wyniku nadmiernego pogłębiania studni solankowych przez Wierzbięta Gryfita – ówczesnego właściciela terenu.

Tak czy inaczej, na początku nie było łatwo uruchomić tutaj wydobycia, zarówno z technicznego, jak i finansowego punktu widzenia. Dokonano tego w 1251 roku, kiedy to do Bochni sprowadzono cystersów z Wąchocka, aby to oni zarządzali budową pierwszego szybu w celu umożliwienia wydobycia soli kamiennej na dużą skalę.

Widząc zyski pochodzące z kopalń, 27 lutego 1253 r. w Korczynie, Bolesław Wstydliwy nadał osadzie liczne przywileje. Miasto zostało ulokowane pod nazwą Salzberg – Góra Solna – Bochnia, na prawie magdeburskim, które było w dawnych czasach jednym ze stylów projektowania miast. Trochę jak taki szablon, który można było wykorzystać do aranżacji ulic, stworzenia siatki głównych funkcji i stanowisk miasta, itp. Obie nazwy są wymienione w akcie fundacyjnym, ponieważ wielu nowych osadników pochodziło z regionu Śląska, historycznie mieszanego regionu, bogatego głównie w węgiel, z której też przyczyny był on powodem odwiecznych walk pomiędzy Polakami i Prusami.

Kopalnia była magnesem dla każdego, kto mógł zarabiać na soli, rzemiośle i handlu związanym z jej wydobyciem. Mieszkańcom okolicy płacono nawet za osiedlanie się w tym regionie. Pierwszy cech powstał w 1316 roku. W latach największej świetności miasta było ich 13.

Żadne inne miasto w Polsce nie otrzymało przywilejów podobnych do tych, które otrzymała Bochnia. Sam Kraków nie był jeszcze nawet miastem przez kolejne cztery lata, a sąsiednia Wieliczka, która obecnie jest chyba najsłynniejszą z polskich kopalni soli, była tylko maleńką wsią, marzącą o odkryciu soli w jej okolicy.

Kopalnia Soli w Bochni jest najstarszą kopalnią soli w Polsce.

Położona na szlakach handlowych z Europy Zachodniej na Ruś i Azję Mniejszą oraz z Węgier nad Morze Bałtyckie, Bochnia została włączona do handlu międzynarodowego, stając się ważnym ośrodkiem tranzytowym.

Okres świetności miasta to czas panowania króla Kazimierza Wielkiego. Ten wielki władca zreorganizował żupę, nadając jej zarządzenie górnicze i rozbudowując zamek żupny, w którym wielokrotnie przebywał wraz ze swoim dworem. Z jego inicjatywy w 1357 roku powstał pierwszy w Polsce szpital-przytułek dla chorych górników. Miasto, które w tym czasie liczyło około 3000 mieszkańców, otoczone było murami obronnymi, a radni miejscy sprawowali urząd w okazałym, gotyckim ratuszu na rynku.

29 maja 1871 roku odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika króla trzymającego statut wiślicki. Wysoką na ponad dwa metry, wyrzeźbioną w wapieniu pińczowskim przez znanego rzeźbiarza Walerego Gadomskiego, postać wielkiego króla umieszczono na neogotyckiej kolumnie, na której cokole znajdują się kamienne płaskorzeźby przedstawiające nadanie owych statutów wiślickich, fundację Akademii Krakowskiej, godło polskie i inskrypcję; “Królowi chłopów, ich dobroczyńcy, Strażnikowi Miast Kazimierzowi Wielkiemu, Bochnia 1871”.

Król Kazimierz Wielki

Na uroczystości obecny był sam Jan Matejko, jeden z najwybitniejszych polskich malarzy. To właśnie za jego sugestią jego szwagier – ówczesny marszałek powiatu Leonard Serafiński opracował plan upamiętnienia wielkiego króla.

Bochnia kwitła pomiędzy XIV a XVI wiekiem, do tego stopnia, że już wtedy miała miejski wodociąg. Bogactwo miasta przyniosło ze sobą również kulturę i rozwój. Odwiedziło je wielu królów polskich, m.in.: Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary z Boną i ich synem Augustem, a także król Stefan Batory. W średniowieczu i renesansie wielu artystów, w tym malarzy, pisarzy czy złotników, było zatrudnianych albo przez miasto, albo w pobliskim zamku w Nowym Wiśniczu, o którym wspominam w innym wpisie na blogu, popatrzcie tutaj:

Różnorodne i bogate księgozbiory oraz działająca od końca XIV wieku szkoła parafialna, związana z Akademią Krakowską, obecnie Uniwersytetem Jagiellońskim, świadczyły o wysokim poziomie wykształcenia bocheńskich mieszczan.

Niestety wszystkie te świadectwa świetności Bochni i bogactwa jej mieszkańców nie przetrwały do naszych czasów. XVII wiek był dla Bochni serią nieustannych nieszczęść: epidemie, przemarsze wojsk, podpalenia, rabunki.

W połowie XVII wieku w czasie wojen szwedzkich zniszczeniu uległy fortyfikacje miejskie, kościół parafialny i ratusz. Wojska szwedzkie pozostały w Bochni, plądrując ją doszczętnie. Dewastację kontynuowały wojska siedmiogrodzkie Franciszka Rakoczego, a później Kozacy. W wyniku tych zdarzeń, w 1664 roku w mieście przetrwały tylko 54 domy.

Początkowa degradacja świetności Bochni przerodziła się w jej ostateczny upadek. Miastem wstrząsnęły kolejne pożary, ale najbardziej niszczycielski ze wszystkich był regres Żupy – jak nazywamy tu sól kamienną, do którego doszło w wyniku zaniedbań w eksploatacji złóż i kradzieży dokonywanych przez administratorów kopalni.

Źródło: muzeum-bochnia.pl, Karol Fleckhammer, Bochnia. Fragment przekroju pierwszego poziomu kopalni, 1777

W lutym 1772 r. wojska rosyjskie zajęły Bochnię, a w czerwcu tego samego roku, w wyniku I rozbioru (było ich jeszcze 2), Polska została rozdarta między Rosję, Niemcy i Austrię i zniknęła całkowicie z map Europy do 1918 r. Austriacy, czy też Habsburgowie, jeśli wolicie, przejęli kontrolę nad południową Polską. Region ten znany był wówczas jako Galicja.

Po wielu buntach, Bochnianie w końcu zaczęli widzieć odrodzenie swojego miasta na początku XIX wieku.

Gimnazjum założone w 1817 roku przyczyniło się do intelektualnego odrodzenia Bochni. Później biskupstwo tynieckie i seminarium miały swoją tymczasową siedzibę w mieście. Pod koniec XIX wieku, w 1856 roku została utworzona linia kolejowa Wiedeń – Kraków – Dębica, biegnąca przez Bochnię.

W tym okresie budowano nowe domy, kształtujące reprezentacyjne ulice. W 1908 roku powstał jeden z najnowocześniejszych miejskich wodociągów w Galicji, a w późniejszych latach miasto zostało skanalizowane. Zmodernizowano także kopalnię soli, ale szybki rozwój konkurencyjnych soli galicyjskich sprawił, że nigdy nie odzyskała ona dawnego znaczenia.

Bochnia na przełomie wieków rozkwitała pod względem życia kulturalnego. W 1886 roku powstała pierwsza biblioteka publiczna. W 1913 roku otwarto pierwsze stałe kino.

Samo miasto Bochnia oraz jego okolice były świadkami walk między wojskami austriackimi i rosyjskimi podczas I Wojny Światowej. Armia rosyjska niechlubnie wpisała się w historię miasta licznymi grabieżami i krwawymi morderstwami.

W grudniu 1939 r. w Bochni miała miejsce jedna z pierwszych nazistowskich egzekucji w Polsce, gdzie okupant zastosował zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Atak ruchu oporu na posterunek niemieckiej policji zakończył się powieszeniem dwóch przywódców na słupach latarnianych przed budynkiem policji, a 52 innych zastrzelono w grupowej masakrze na Uzborni.

Łapanki, deportacje do obozów koncentracyjnych i deportacje na roboty przymusowe w Niemczech były codziennością dla każdego, kto tam żył, bez względu na korzenie. A skoro już o tym mowa, w Archiwum Miejskim znajduje się fascynujący zbiór nazwisk Bochnian. Kiedyś spędziłam godziny na ich przeglądaniu i nie mogłam uwierzyć w różnorodność pochodzenia mieszkańców Bochni i okolic.

Żydów w Bochni było wielu, a ci, którzy wierzyli, że udało im się przetrwać najgorsze, zakończyli swoje egzystencje w krwawej likwidacji getta żydowskiego w 1943 roku. Znajduje się tu dobrze zachowany i chroniony cmentarz żydowski, którego zwiedzanie można wcześniej zorganizować za pośrednictwem biura Muzeum Bocheńskiego. Niestety, musi pozostać zamknięty, ponieważ został zbezczeszczony i zdewastowany przez Niemców, którzy zniszczyli lub zabrali wiele nagrobków. Cmentarz ten był miejscem licznych egzekucji Żydów i miejscem pochówku pomordowanych zarówno w getcie, jak i poza nim.

Istnieje przewodnik po tym miejscu napisany przez Panią Iwonę Zawicką.

Źródło: internet

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Bochnia powiększyła swoją powierzchnię i populację i obecnie zajmuje około 30 kilometrów kwadratowych i liczy około 30 000 mieszkańców. Jest siedzibą władz powiatu bocheńskiego i wchodzi w skład województwa małopolskiego.

Dzisiaj, odwiedzając kopalnię, zapisujesz się na prawdziwą ucztę. Około 2,5 – 3 godzin marszu, pomiędzy 60 a 212 metrem pod powierzchnią chodnika 🙂

Źródło: muzeum-bochnia.pl, Jeden z wielu planów podziemnych wyrobisk bocheńskiej kopalni w zbiorach Muzeum w Bochni

Turyści rozpoczynają zejście windą przy szybie Campi, który pochodzi z XVI wieku i jest najbardziej odległym ze wszystkich szybów w Bochni. 12 lat zajęło przekopanie się przez ukryte warstwy mokrej gleby, aby znaleźć tutaj bogate złoża soli kamiennej. Początkowo nosił on nazwę Fajgel, od nazwy budowniczego szybu, ale później, ze względu na swoje odległe położenie na obrzeżach miasta, wziął obecną nazwę Campi od łacińskiego słowa campus – pole.

Znajduje się tu restauracja i mały sklep z pamiątkami, w którym można wybierać między prawdziwymi dziełami sztuki wykonanymi z soli, w tym lampami i rzeźbami solnymi.

To również tutaj można odwiedzić Osadę Siedmiu Oraczy, skansen, który ożywia czasy wczesnych osad w regionie.

Jest jedna główna zasada podczas wizyty w kopalni – idziesz z grupą i podążasz za swoim przewodnikiem.

Wycieczka rozpoczyna się krótką przejażdżką pociągiem, który po starych torach kopalnianych dowozi Was do kaplicy św. Kingi, gdzie często odbywają się msze, nawet Pasterki, i gdzie absolutnie wszystko jest zrobione, z soli lub drewna. Możecie wziąć tutaj ślub lub ochrzcić swoje dziecko, jeśli chcecie.

Górnicy byli bardzo religijnymi ludźmi. Rodzaj niebezpieczeństwa, które można było napotkać tylko w kopalni, doprowadził do powstania tu szczególnego rodzaju religijności. Spacerując, można zobaczyć obrazy świętych wciśnięte w nisze skalne i religijne ryciny na niektórych ścianach.

Kaplice powstawały na głównych szlakach komunikacyjnych, których było wiele. Kaplica św. Kingi jest największą i najlepiej zachowaną ze wszystkich kaplic w bocheńskiej kopalni. Do 1782 roku, nazwana Nową Kaplicą Aniołów Stróżów, była to niewielka nisza o wymiarach 1,65 m na 1,65 m, wydrążona w 1747 roku w północnej podłużnej zatoce Szybu August na głębokości 212 metrów pod ziemią. Później kaplica była kilkakrotnie poszerzana. Ślady postępu prac górniczych widoczne są w postaci wyżłobień na suficie i ścianach. Wystrój wnętrz zawdzięczamy pracy profesjonalnych artystów, a także utalentowanych górników.

Praca górnika w kopalni soli nie była łatwa. Jak również niezwykle niebezpieczna. Największymi wrogami górników były: woda, która oczywiście musiała być odprowadzana non stop i niestety nie raz, ani dwa zalała szyby. Sól, jak wiemy, rozpuszcza się w wodzie, ale zanim do tego dojdzie, mięknie, zamieniając ściany w zacier. Na niektórych moich zdjęciach zauważycie małe obszary białej soli. Powstały one w wyniku nacieków wody. Formacje te wyglądają jak małe stalaktyty. To, co widzicie na ścianach i sufitach oraz to, co jest szare, to prawdziwa sól kamienna, minerał wart więcej niż złoto.

Kolejnym wrogiem jest metan.

Spacerując po licznych tunelach, głęboko pod “światem”, który w slangu górników oznacza poziom miasta, weźmiecie udział w interaktywnej wycieczce, podczas której historie opowiadane są przez hologramy królów, rzemieślników i górników, którzy odwiedzali, pracowali i wpływali na bocheńską kopalnię soli na przestrzeni wieków. Przewodnicy opowiedzą Wam również o bardziej szczegółowych i bardzo interesujących faktach. Jeden z nich dotyczy poszukiwaczy metanu, których zadaniem było znalezienie źródeł wszelkich wycieków i oczywiście byli oni kamikaze górniczego biznesu, ponieważ w momencie, gdy znaleźli owe źródło metanu, najprawdopodobniej kończyli swoje życie właśnie tam.

Metan był i do dziś pozostaje najniebezpieczniejszym źródłem większości poważnych katastrof górniczych. Jednak obecnie jest on również wykorzystywany jako źródło energii. W związku z tym wiele kopalń instaluje dziś generatory energii, które gromadzą, absorbują i przekształcają metan w coś pozytywnego. Jeszcze jedno, po wodzie, wietrze i energii słonecznej, genialne źródło energii dane nam za darmo przez Matkę Ziemię.

Konie były ważnym źródłem siły w kopalniach. W Bochni, jak wszędzie indziej na świecie, na stałe mieszkały pod ziemią, tak długo dopóki nie były już w stanie wykonywać pracy. A praca była ciężka.

Istniały dwa rodzaje koni, które pracowały w kopalniach. “Niższe konie” były używane do ciągnięcia ciężkich przedmiotów i dostępu do obszarów, w których niemożliwe było użycie maszyn lub gdzie ludzie nie radzili sobie. Ciągnęły na przykład ciężkie bryły soli zwane “bałwanami”. W średniowieczu jeden z nich mógł Wam kupić wioskę.

W Polsce często mówimy “pracować jak w kieracie”. Kierat był ogromną konstrukcją opartą na kole, do którego przywiązywano konie. Następnie spędzały one codzienność, aż do końca swojego istnienia, chodząc w kółko i ciągnąc ów kierat, którego główną funkcją było zwykle odwadnianie kopalni. Te konie zwane były “kieratne”.

Poniżej możecie zobaczyć kilka zdjęć koni, które pracowały w Kopalni Soli w Wieliczce. Zdjęcia pochodzą z archiwów tej kopalni.

Konie pracowały w polskich kopalniach aż przez pięć wieków. Oficjalnie zostały wycofane z przemysłu wydobywczego na mocy rozporządzenia z 1956 roku. W niektórych kopalniach pozostały one jednak dłużej, jak wyjaśniono, “aby pomóc górnikom pracować w miejscach, w których nie ma szans na wprowadzenie maszyn”. Przykładem jednego z takich koni jest Baśka, ostatni koń, który opuścił polskie kopalnie, po tym jak spędziła 13 lat życia 135 metrów pod ziemią Wieliczki, miasta sąsiadującego z Bochnią.

Źródło: Archiwum Kopalni Soli w Wieliczce

Basia wyszła na światło dzienne 14 marca 2002 roku. Miała wtedy 16 lat i przez kolejne 13 lat mieszkała w sanktuarium wśród swoich końskich przyjaciół. Zmarła w grudniu 2015 roku.

W Bochni Kuba był ostatnim koniem, który opuścił kopalnię, ale to było 40 lat wcześniej niż Baśka, w 1961 roku.

Nie jest jednak jasne, kiedy konie zaczęły pracować pod ziemią w polskich kopalniach. Niektórzy twierdzą, że miało to miejsce na początku XVI wieku, czego dowodem może być wzmianka o koniach “kieratne” (tych, które ciągnęły kieraty, często usytuowane na wyższych poziomach kopalń lub nawet nad ziemią) i “niższych” (pracujących na niższych poziomach) koniach w “Opisie żupy krakowskiej” z 1518 roku.

Pan Józef Charkot, kustosz Muzeum Żup Krakowskich w Wieliczce mówi:

W XVI wieku w wielickim odłamie przebywało łącznie około 30 do ponad 90 zwierząt. W ciągu następnych dwóch stuleci liczba tych zwierząt w wielickiej salinie znacznie przekroczyła sto. Ilości te nie były duże, jeśli porównamy je z liczbą koni pracujących w śląsko-krakowskich kopalniach rudy. W połowie XVI wieku w samym Olkuszu pracowało około 600 koni – głównie na kieratach melioracyjnych – a w Tarnowskich Górach 700 koni.

W 1782 roku w Wieliczce transport podziemny obsługiwał tabor składający się z 60 koni, a kieraty obsługiwało na powierzchni 46 koni. Z kolei w Bochni pracowało odpowiednio 20 i 40 zwierząt. Ulepszone konstrukcje kieratów na przełomie XVIII i XIX wieku oraz pogłębione szyby dzienne umożliwiły bezpośredni transport soli na powierzchnię, nawet z najniższych wówczas pięter kopalni. Zmiany te zmniejszyły zapotrzebowanie na “konie niższe”, ale zasadniczy przełom w tej kwestii nastąpił dopiero w latach 60. XIX wieku, kiedy to rozpoczęto budowę podziemnej kolei i montaż maszyn wyciągowych parowych nad szybami.

Po II wojnie światowej konie pomagały górnikom jedynie przy pracach remontowych i w miejscach trudnych do wprowadzenia mechanizacji. W tym okresie wielicka żupa solna początkowo trzymała pod ziemią cztery konie, jednak od lat 70. XX wieku ich liczba spadła do dwóch, a następnie do jednego – Baśki. Również cztery konie znajdowały się w latach 50. XX wieku w podziemiach bocheńskiej kopalni. Ostatni z nich, Kuba, zakończył tam służbę w 1961 roku.

Konie, które pracowały w kopalniach, prawie nigdy nie opuszczały podziemi żywe. Tylko w nietypowych sytuacjach. Często też ślepły.

Podziemne stajnie są zachowane i zostały przekształcone w małe miejsce piknikowe, w którym można również dowiedzieć się o codziennym życiu zarówno ludzi – na ziemi i pod ziemią – jak i koni kopalnianych. Zachowano również tzw. drogi konne – bezpieczne szlaki komunikacyjne budowane specjalnie dla tych zwierząt pomiędzy poziomami kopalni – aby zachować pamięć o zwierzętach, które przez wieki pomagały górnikom w ich trudnej pracy i w zamian były przez nich bardzo kochane.

Wspomniałam już o geologicznej wyjątkowości Polski, która leży w obrębie Transeuropejskiej Strefy Szwów. Zobaczcie mój wpis na blogu o nazwie A Shaky Story, klikając tutaj na wspomniany tytuł.

Ruchy górotwórcze są bardzo dobrze widoczne na terenie Komory Chrystian i Komory Ważyn w bocheńskiej kopalni. Na poniższych zdjęciach zauważycie pęknięte patyki, które zostały umieszczone między masywami skalnymi, aby udowodnić istnienie naprężeń tektonicznych.

Sól nie jest już wydobywana w Bochni. Tylko znikome ilości, które są przeznaczone na pamiątki, takie jak lampy solne i kosmetyki, posiadające właściwości soli Epsom, które są prawdopodobnie lepiej znane.

Sól kamienna jest również świetnym materiałem rzeźbiarskim i w Bochni znajdziecie piękne dzieła sztuki, zarówno nad, jak i pod ziemią.

To miasto ma o wiele więcej do zaoferowania, a obecnie przechodzi niesamowitą metamorfozę. Czuję wielkie przebudzenie w powietrzu. Bochnia naprawdę na to zasługuje. Historia jej sukcesu jest pełna łez i bólu. Salzberg – Solna Góra Sukcesu, która, swoją drogą wraz z moją Mamusią, sprowadziła na ten świat nikogo innego tylko mnie… 🙂

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN
20.00 PLN
60.00 PLN
400.00 PLN

Or enter a custom amount

PLN

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonateDonate

Studnia bez dna czyli Nowy Wiśnicz

Jak zawsze, poniżej podcast dla tych, którym nie chce się czytać: Studnia bez dna czyli Nowy Wiśnicz

(Zdjęcie w tytule: M. Tabor – Zamek w Nowym Wiśniczu na tle Tatr)

Nowy Wiśnicz to miasteczko nie małe, ale i nie wielkie a poszczycić się może zamkiem, domem i rodziną Jana Matejki, jednym z najbardziej strzeżonych więzień w Polsce w poklasztornych budynkach no i wiśnickim liceum plastycznym znanym w całym kraju.

Wszystkie te miejsca udało mi się zobaczyć od środka i zdecydowanie polecam przejażdżkę w te okolice.

Będąc jeszcze w liceum, wymyśliłam sobie którejś zimy, że koniecznie muszę pomieszkać chwilę w przyszkolnym internacie. Jedna z dziewczyn w mojej praktycznie męskiej klasie pomieszkiwała tam właśnie i tak się składa, że dzieliła pokój z dziewczyną uczęszczającą do wiśnickiego “plastyka”, czyli liceum plastycznego.

Spędziłyśmy sobie fantastyczną zimę dzieląc pokój we trzy. Zakończenie pobytu przyszło jednak szybko i niespodziewanie po tym, kiedy to kierowniczka któregoś dnia weszła do pokoju, a jedna z odwiedzających koleżanek (z innego pokoju) nie wytrzymała i puściła mega pawia do kosza, centralnie pod nosem kobiety 😀 No ale cóż, dlatego ma się 17 lat, czyż nie?

Zanim zima dobiegła końca, udało mi się jeszcze przedostać cichaczem do plastyka i popodglądać co tam się wyprawia. A wyprawia się wiele. Artystów od liku, z całej Polski. Jedni malują, inni rzeźbią, jeszcze inni tworzą arcydzieła ceramiczne. To tu po raz pierwszy zobaczyłam kiln czyli piec do wypalania ceramiki. Bomba. Nie jednego Jezuska i dzwoneczek ulepiłyśmy razem z gliny 🙂

Mniej więcej w tym samym okresie udało się nam również zrobić coś innego niezwykłego. Koleś, który hajtnął się z córką kolegi z pracy mojego taty, okazał się być świeckim katechetą. Los chciał, że zatrudnił się w liceum, do którego uczęszczałam. Zajęcia z etyki były niezwyczajne i któregoś dnia pojawił się w klasie niezwyczajny człowiek. Jego nazwiska już nie pamiętam, ale zajmuje się on resocjalizacją więźniów z wiśnickiego więzienia.

Zakład Karny w Nowym Wiśniczu to zamknięty zakład karny dla recydywistów. Kary 30 lat do dożywocia. Zakład podlega dyrektorowi okręgowemu Służby Więziennej w Krakowie.

Służba Więzienna zatrudniona w tutejszej jednostce zajmuje się w dużym stopniu resocjalizacją. Prowadzone są programy readaptacyjne, w których udział bierze grupa osadzonych wyselekcjonowana ze względu na określony problem (nadużywanie substancji psychoaktywnych, przemoc domową, problemy z kontrolowaniem emocji, itp). Rocznie około 80 osadzonych bierze udział w kursach zawodowych organizowanych na terenie jednostki w różnych zawodach, głównie budowlanych. Skazani mają możliwość podjęcia pracy na terenie zakładu karnego, oraz na rzecz firm prywatnych.

Wiśnicki zakład karny mieści się w budynkach odziedziczonych po klasztorze Karmelitów Bosych. Wybitne dzieło wczesnego baroku. Wzniesiony na wzgórzu, góruje z sąsiadującym Zamkiem nad całą miejscowością. Klasztor został ufundowany przez Stanisława Lubomirskiego (1583-1649), jako dar wdzięczności za zwycięstwo pod Chocimiem w 1621 r.

W skład zespołu klasztornego wchodzą: budynek klasztorny, kościół Chrystusa Zbawiciela oraz fortyfikacje bastionowe.

Kasatę Klasztoru Karmelitów Bosych ogłosił dekretem z 1783 r. cesarz Józef II. Budynki klasztorne przeznaczono na ciężkie więzienie, a od 1786 roku mieścił się tu również sąd i mieszkania sędziów. Tutaj przyszedł na świat malarz Juliusz Kossak, syn sędziego sądu karnego Michała.

W 1939 roku na początku II  Wojny Światowej, po opanowaniu Polski przez Niemców, więzienie zostało wykorzystane na obóz koncentracyjny- do czasu założenia obozu w Auschwitz.

Kościół klasztorny był systematycznie dewastowany a potem rozebrany. W 1940 Niemcy, aby uczcić aneksję Danii urządzili imprezę na wzór germańskiego święta Walpurgii. Część kościoła została, wówczas spalona. W 1944 r. odbito tutaj więźniów politycznych.

Wiśnickie więzienie funkcjonuje w różnych formach od ponad 230 lat. Dramatycznym wątkiem najnowszej historii jednostki był bunt więźniów i zajęcie zakładu w 1989 roku. Dzięki negocjacjom podjętym przez kierownictwo więzienia bunt skazanych zakończył się bezkrwawo.

W latach 1990, a później 2014-15 skanalizowano budynek, wykonano termomodernizację całego obiektu, doprowadzono centralne ogrzewanie do każdej celi mieszkalnej, wymieniono oświetlenie na nowoczesne czyniąc go nie tylko bardziej funkcjonalnym, ale przede wszystkim tańszym w eksploatacji, a w roku 2020 oddano do użytku nowy pawilon penitencjarny, w którym znajduje się 60 czteroosobowych cel mieszkalnych. 

Z tamtego dnia pamiętam tylko kilka rzeczy. Staliśmy pod bramą więzienia – grupa ok. 25 – ciu siedemnastolatków z trzema lub czterema opiekunami ze szkoły. Wokół nas uzbrojeni zamaskowani strażnicy. W którymś momencie wyszedł jakiś wielki facet z dzikim spojrzeniem. I akurat popatrzył na mnie. Byłam przerażona, mimo że to pewnie był tylko jeden ze strażników, ale atmosfera była raczej ciężka i kiedy zobaczyłam, że podszedł do budki telefonicznej to moja wyobraźnia wymyśliła sobie, że z pewnością był to jakiś niebezpieczny koleś, którego akurat właśnie wypuścili po 30 latach… no sami wiecie… adrenalina.

I wtedy zabzyczało. Otworzono zewnętrzne metalowe drzwi i wysoki starszy pan zaprosił nas do środka. I znowu zabzyczało. Tylko, że teraz byliśmy już w środku. Panika. Kazali nam oddać dowody osobiste i zatrzymali je w takim małym biurze po prawej stronie, gdzie siedział sobie jakiś facet. Po kilku minutach cała nasza grupa przeszła przez kolejną bramę na wielki dziedziniec pod otwartym niebem. Znowu za nami zabzyczało.

Prosto przed nami piękne wielkie obrazy zamku wiśnickiego, który znajduje się zaledwie może kilometr stąd. Wielu spośród więźniów to utalentowani ludzie. Po lewej zabudowania starego klasztoru.

Patrzymy na pozostałości kaplicy. Pan “klawisz” opowiada nam historię tego miejsca. Mówi o kościach, które przez lata przypadkiem znajdowano na dziedzińcu przy okazji mniejszych lub większych remontów. Ponoć były czasy w okresie powojennym kiedy to w czasie gry w piłkę nożną gdzieś na piaszczystym dziedzińcu można było zahaczyć butem o wystającą z ziemi kostkę….

Nagle, po lewej stronie pojawia się grupa więźniów. Już nie pamiętam czy byli w jakikolwiek sposób skuci chociażby kajdankami. Prowadzili ich pracownicy więzienia. Nasz “pan przewodnik” powiedział, że ta akurat grupa szła bodajże do pracy tudzież na jakieś zajęcia. Niestety już nie pamiętam.

Obecnie w wiśnickim więzieniu jest 678 miejsc dla penitencjariuszy, a pełni w nim służbę 224 funkcjonariuszy Służby Więziennej i 30 pracowników cywilnych, w tym 7 nauczycieli.

W 1978 roku powołany został Zespół Szkół przy ZK Nowy Wiśnicz. Średnio w każdym roku szkolnym kształci około 100 osadzonych na poziomie Liceum Ogólnokształcącego, Zasadniczej Szkoły Zawodowej o kierunku monter-elektronik i blacharz,  a od roku szkolnego 2012/2013 powołano Gimnazjum. Po zakończeniu nauki w szkole średniej osadzeni mają możliwość przystąpienia do egzaminu maturalnego, który odbywa się na ogólnych zasadach, jak w szkołach wolnościowych.

Historie opowiadane przez “klawiszów” dozorujących w tym więzieniu są różne. Nasz pan przewodnik kulał troszeczkę. Któregoś dnia oberwał bodajże metalowym prętem od jednego z więźniów w okolicę karku, co uszkodziło jego kręgosłup i doprowadziło do permanentnej dysfunkcji ruchowej.

Od resocjalizatora już wcześniej słyszeliśmy o zupełnie szalonych przypadkach, gdzie ludzie potrafili sobie nawet gwoździe wbijać do głowy między płaty mózgowe, byle tylko dostać się poza mury np. do szpitala i stamtąd próbować ucieczki.

Po takich opowieściach weszliśmy do jednego z pomieszczeń z celami. Tylko na chwilę oczywiście, ale było to raczej nieprzyjemne doświadczenie. W takich momentach człowiek naprawdę zastanawia się nad tym czym my ludzie jesteśmy i jak to możliwe, że takie miejsca w ogóle istnieją i że są de facto zapełnione. Kto ponosi winę? Rodzice? System?

Jakiś czas temu obejrzałam film “Mustang” o więźniach, którzy w ramach resocjalizacji oswajali dzikie mustangi. Spodobała mi się inicjatywa, chociaż oswoić mustanga oznacza uwięzić go, więc taki raczej paradoks. Została mi jednak w pamięci jedna scena, gdzie psycholożka zapytała po kolei każdego z uczestników spotkania ile lat są już w więzieniu, ile im jeszcze zostało oraz ile czasu minęło każdemu z nich pomiędzy podjęciem decyzji o dokonaniu czynu a jego wykonaniem. I wiecie co powiedziała większość z tych mężczyzn? Czyn został dokonany w przeciągu sekund, a kara trwa często całe życie.

Polecam artykuł “Klątwa bycia recydywistą” by móc spojrzeć na tą kwestię z różnych perspektyw.

Niektórzy twierdzą, że wiśnicki klasztor połączony był niegdyś podziemnymi tunelami z zamkiem Kmitów i Lubomirskich, (który orzeczeniem sądu w Tarnowie z 2009 roku został odebrany Lubomirskim i przekazany Skarbowi Państwa). Takie tunele nie byłyby pewnie niczym nadzwyczajnym i niespodziewanym biorąc pod uwagę, iż klasztor powstał na zlecenie panów Lubomirskich. Nikt jednak z obecnych zamkowych pracowników nie potwierdza tego faktu. Nie istnieją ponoć żadne dokumenty tudzież plany, które przychyliłyby się owej teorii.

Źródło: mapa.livecity.pl

Z  Wiśniczem związana jest też legenda o „lotnikach”, która opowiada o zatrudnionych przy budowie fortecy (prawdopodobnie klasztoru, skoro to on był ufundowany po owym zwycięstwie) jeńcach tureckich lub tatarskich, wziętych do niewoli podczas bitwy pod Chocimiem.

Mieli oni próbować ucieczki przy pomocy skonstruowanych przez siebie skrzydeł. Oczywiście żadnemu z nich się to nie udało, a w miejscach, gdzie spadli, ustawiono wysokie, kamienne kolumny, zwieńczone krzyżami.

Zamek wiśnicki, jakżeby inaczej, od zawsze służył jako swoista galeria sztuki dla artystów z pobliskiego plastyka. Kiedy byście się tam nie pojawili, sztuka będzie Wam towarzyszyć na każdym kroku, jak również wystawy o tematyce historycznej, np. niedawno zakończona wystawa replik strojów dziecięcych z okresu XVII do XIX w. itp.

Może nie wszystkim wiadomo, iż królowa Bona, na co dzień zamieszkująca wzgórze wawelskie, była częstym gościem w Wiśniczu. Ówczesny Pan na Zamku, Piotr Kmita herbu Szreniawa był lojalnym stronnikiem Bony. Podobno to właśnie tutaj i właśnie na polecenie Bony, Piotr Kmita podał Barbarze Radziwiłłównie, żonie syna Bony, Zygmunta II Augusta, truciznę o powolnym działaniu. Królowa Bona nienawidziła bowiem swej synowej.

Barbara Radziwiłłówna będąc księżną litewską była poddaną króla polskiego. Po śmierci swego pierwszego męża, nawiązała płomienny romans z młodym królem polskim, Zygmuntem Augustem, a on poślubił ją w sekrecie. Nazywano ją nierządnicą litewską, wyliczając jej rzekomych kochanków. Wybuchł wszechobecny skandal.

Pomimo tej niespokojnej atmosfery w kręgach królewskich, Zygmunt August robił wszystko, by jego ukochana małżonka została koronowana. Stało się to na pół roku przed jej śmiercią, poprzedzoną ciężką chorobą. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. W końcowej fazie choroby ponoć piękne ciało Barbary pokryło się wrzodami i zaczęło wydzielać nieprzyjemną woń do tego stopnia, że nikt ze służby nie chciał jej usługiwać. Barbara zmarła w mękach.

Jej duch ukazuje się czasem w komnatach zamku w Nowym Wiśniczu. A ci, którzy nie mieli okazji jej jeszcze zobaczyć mogą to uczynić za pomocą projekcji VR czyli wirtualnych okularów, gdzie odbywacie lot po wnętrzach zamku, spotykając również jego mieszkańców.

Pogardzana i niezrozumiana przez naród przepiękna Barbara była wielką miłością Króla, tak wielką, iż korzystając z czarów Mistrza Twardowskiego chciał on ściągnąć ją z zaświatów.

Najsławniejszy czarnoksiężnik Krakowa, Jan Twardowski był alchemikiem. Pracował nad wynalezieniem kamienia filozoficznego, który umożliwiłby przemianę dowolnego metalu w złoto. Potrafił też odmładzać i leczyć choroby. To ponoć on usypał położoną niedaleko Krakowa Pustynię Błędowską.

Swoją wiedzę i znajomość magii zawdzięczał Twardowski diabłu, któremu zaprzedał duszę podpisując cyrograf. Chciał jednak przechytrzyć czarta, więc do cyrografu dodał paragraf mówiący o tym, że diabeł może zabrać jego duszę do piekła jedynie w Rzymie, którego przez długie lata mistrz starannie unikał.

Zyskał bogactwo i sławę stając się dworzaninem króla Zygmunta II Augusta, który po śmierci ukochanej małżonki Barbary otoczył się astrologami, alchemikami i magami.

Któregoś dnia zgłosili się do Mistrza Twardowskiego bracia Mniszkowie, proponując Wielkiemu Magowi worek dukatów za przywołanie z zaświatów ducha Barbary Radziwiłłówny. Jej widok miał pocieszyć Króla Zygmunta w jego przeogromnej żałości i uchronić go przed wyniszczającą depresją.

Twardowski poprosił o kilka dni na zastanowienie się. Będąc już w swojej komnacie, wyjął z szuflady czarnoksięską księgę otrzymaną kiedyś od Diabła Trzeciaka. Coś błysnęło i z otwartej księgi wyskoczył niewielki koziołek, który w oka mgnieniu zamienił się Diabła i pokłonił się swemu Panu. Diabelska moc nie była jednak w stanie przywrócić zmarłego zza światów, a tym bardziej, że Barbara wcale do piekła nie trafiła. Twardowski miał zatem problem bo w niebie to już w ogóle wtyków nie miał. Postanowił więc ująć się podstępu.

Bracia Mniszkowie sprowadzili piękną mieszczkę – Barbarę Giżankę. Kobieta ta była niczym lustrzane odbicie Barbary Radziwiłłówny. Do ociemnionej komnaty wprowadzono króla, a przed nim umieszczono lustro, nad którym Mistrz Twardowski czynił magiczne znaki.

Kiedy zegar wybił północ, w lustrze ukazała się niewiasta, do złudzenia przypominająca ukochaną żonę króla. Widok ten tak Zygmuntem wstrząsnął, że zemdlał. Wydarzenie to widocznie uspokoiło królewskie nerwy i mimo, że wciąż nosił żałobne szaty, mniej rozpaczał po Barbarze.

Twardowski i królewski pokojowiec Mniszek nie mieli jednak zamiaru poprzestać na tym. Po kilku tygodniach, ten drugi przedstawił królowi Barbarę Giżankę. Król oszalał na jej punkcie i stała się ona jego niekoronowaną królową. Miała na niego tak ogromny wpływ, iż panowie dworu postanowili się jej pozbyć. By tego uniknąć, król posłał całą rodzinę na Podlasie a sam, schorowany udał się do rezydencji w Knyszynie, gdzie zmarł. Ciało króla ponoć jeszcze nie wystygło, a Giżanka i jej rodzina już rabowali całe królewskie mienie do tego stopnia, że nie było nawet czym przykryć ciała ostatniego z Jagiellonów.

Nie ma pewności co do tego kto wywiózł lustro Twardowskiego do kościoła w Węgrowie. Niektórzy twierdzą, że on sam uciekając przed zemstą Mniszków, inni że ochmistrz Zamku Królewskiego w Warszawie podarował je swemu bratu, proboszczowi parafii, który to skropił je mocno wodą święconą znając historię wywoływania ducha Radziwiłłówny.

Pewnego razu miejscowy kościelny spojrzał w owo lustro i miast własnego odbicia ujrzał straszliwą maszkarę. Bez zastanowienia uderzył w nie ciężkim pękiem kluczy i zwierciadło pękło.

Ksiądz proboszcz kazał je wynieść do zakrystii i zawiesić jak najwyżej, tak by nikt już nigdy nie mógł go dosięgnąć i się w nim przejrzeć.

A Twardowski? Pewnego dnia trafił do karczmy o niefortunnej nazwie… „Rzym”. Ponoć to ta sama, w której można się do dziś najeść i napić w Suchej Beskidzkiej. Jednak gdy zniecierpliwiony diabeł przybył tam po jego duszę, Twardowski wskoczył na koguta i wzbił się w niebo! Podobno wciąż siedzi na Księżycu i tęskni za Krakowem, a jego służący w postaci pająka raz na miesiąc odwiedza miasto, by zebrać najświeższe ploteczki.

Źródło: internet

Posłuchajcie jak nasz wieszcz Adam Mickiewicz o tym pisał: Pani Twardowska – Ballada. Oczywiście jak zwykle kobieta uratowała facetowi tyłek….

Jedna z komnat na wiśnickim zamku skonstruowana jest w taki sposób, że będąc w jednym jej kącie, można usłyszeć nawet bardzo cichą rozmowę odbywającą się w przeciwległym rogu pomieszczenia. W dawnych czasach pokój ten służył do spowiedzi. To tutaj Lubomirski podsłuchiwał spowiedzi swej małżonki. I o ile wyżej wspomniane ciekawostki mogą mieć w sobie mniej lub więcej prawdy, ta akurat jest prawdziwa, a testu dokonałam osobiście.

Ciekawostką na Zamku jest również tzw. trasa Nietoperzy – tajemne podziemne przejście, gdzie znajduje się wystawa narzędzi tortur.

Nie mogę się powstrzymać przed wspomnieniem jeszcze jednej niesamowitej rzeczy, o której mało kto wie, a która jest wyjątkową spuścizną historii polskiej i można się jej przyjrzeć z bliska właśnie w Wiśniczu, mianowicie pompa funebris.

Przepięknie o tej tradycji opowiada Radosław Gajda z kanału Architecture is a good idea:

Pogrzeby szlacheckie na ziemiach Rzeczypospolitej pełne były przepychu, dostojeństwa i ostentacyjnie manifestowanego bogactwa. Sama ceremonia pogrzebowa, zazwyczaj trwała wiele dni i była wydarzeniem z pogranicza teatru. Zmarły, miał się przypatrywać temu widowisku, w którym wychwalano jego i jego zasługi, więc jeszcze za życia fundował sobie portret trumienny, z którego mógł obserwować ową imprezę. Zobaczcie jak to wyglądało. Ten ciekawy zwyczaj opiszę innym razem, bo jest naprawdę niezwykły.

Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum „Zamek Opalińskich” w Sierakowie.
Sarkofag Jana Karola Opalińskiego w Muzeum
„Zamek Opalińskich” w Sierakowie Źródło: Wikipedia

Wybrałam się na wirtualną przechadzkę po zamku i udało mi się zrobić fotkę właśnie kilku obrazów trumiennych, które wystawione są w Wiśniczu. Spójrzcie:

Tak się składa, że moja ostatnia ogniskowo-kiełbaskowo-alkoholowa impreza jaką pamiętam odbyła się tuż pod wiśnickim zamkiem. Miałam 19 lat i bodajże tydzień albo 2 później wyjeżdżałam na wakacje do Irlandii. No! Troszkę mi się te wakacje przeciągnęły do szesnastu lat 🙂 no cóż….

Wiśnicz i otaczające go okolice, na przykład Bochnia, o której możecie poczytać lub posłuchać w moim artykule: Solna Góra Sukcesu – Bochnia, są tak bogate w spuściznę kultury, sztuki i historii, że jeszcze Wam o tym poprzynudzam nie raz. Studnia bez dna.

Na razie pozdrawiam,

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Salzberg of Success – Bochnia

Listen here to the podcast: Salzberg of Success – Bochnia

You have probably heard about an iceberg of success where the entire invisible hard work is under the water’s surfece and the only visible part, the actual success, is merely the tip of the mountain.

Source: internet

This is the story of Bochnia.

Bochnia is a city that, like Rome or Lisbon, is situated on seven hills. It is the oldest city of Małopolska – Lesser Poland region and one of the oldest in Poland. Situated on the river Raba, embracing the city from the north, it is only a stone’s throw away from the highest of Polish mountains in the Zakopane region, on the border with Slovakia.

The first written surviving mention of the settlement under the name Bochnia (“Bochegna”) comes from 1198, in which Patriarch of Jerusalem, Monachus confirmed the granting of salt from this place by the knight named Mikor Gryfit, to the monastery of the Order of Bożogrobców from Miechów.

Copy of the document in which Bochnia is mentioned for the first time, Source: internet

Of course, the salt mentioned here refers to the evaporated salt, obtained in Bochnia from salty springs known already in the Neolithic. It is believed that the Polish name of Bochnia derives from the Slavic word “bohy” which stands for swamps, wetlands. The reason behind it may be that the first brines and brewhouses were located in such areas around the Babica river – a second river that flows through the town’s centre.

The city was located along the very important trading routes. Given this and the ability to produce such an important back in the days product like salt, commonly used around the world as a preservative of all types of foods imaginable, it would most likely always thrive. However, discovery of rock salt in 1248, changed its history forever.

The legend has it that Little Bolesław, later known as Shy, a future king of Poland, who sadly lost his royal father very early in his life, often visited the Kingdom of Hungary. He would play with a few years younger than him Princess Kinga there and together they would enjoy lovely, salty in taste pancakes.

He could not understand why they did not have such lovely pancakes back at home, in Poland. His Russian mother, Grzymisława, explained it to him that sadly there was no rock salt in Poland and the amounts of salt avilable were only sufficient for more important matters.

Little future king could not stop dreaming about it. He wished for nothing more than to one day feed his people with such lovely pancakes.

When the two kids grew up, then, the Duke of Kraków-Sandomierz, Bolesław the Chaste or Shy himself, asked for the hand of the Hungarian princess Kinga. They moved over to Kraków and resided at the Wawel Castle.

Prior to their wedding however, Kinga asked her father, King Bela IV, not to present her with valueables as they are filled with human tears and sweat, nor the servants, as this was a sign of pride. She wished for the gift of salt, but not for herself. She wanted it for her people.

One autumn King Bela IV invited the young couple for a visit. Sadly Bolesław was unable to come but Kinga was very excited to see her family again. Along the way, she devoted plenty of time to prayers in the many roadside chapels.

Once arrived and unpacked, young Princess asked her father for a ride around the kingdom, particularily wished to see the salt mines though. They rode over to the richest of mines of Transylvania in Maramureş (then Hungary, today Romania), which she remembered well from her childhood times.

Standing there and playing with the rocks of salt, she turned sad and thought how this mineral could change the lives of the people in her new coutry. Her father noticed her sadness and knew that he could do no better but to present this mine to her.

At that moment Kunegunda (Kinga) approached the salt shaft, removed precious engagement ring from her finger and threw it directly into the shaft. The ring disappeared in the depths of the abyss. Unusual light however appeared in that darkness.

When returning to Kraków, she took experienced Hungarian miners with her. Once more, she did not miss any of the chapels along the way, making sure to leave a crystal of salt from the Maramureş mines in each of them. She remained so absorbed by her prayers that did not say a word out loud the entire way.

Upon arrival, she confessed to Bolesław that she sacrificed her engagemet ring for some greater riches. She then asked him to accompany her on a little horse ride. They arrived at a beautiful rural area where the people were particularily kind.

They were in Bochnia. Bolesław explained that this area abounded in salt springs called brines and it was from there that the local population obtained brewed salt by evaporating the water. Sadly, recently no salt could be obtained from these springs despite of deepening of the brine wells.

The Duchess of Kraków did not look worried. On the contrary, her eyes started to glow and when she saw a beautiful garden, with the permission of its owner, the shoemaker, she asked that a well be dug in this spot.

Once the shovels reached hard rock, the men thought it was a stone and that nothing else could be found there. One of the miners however noticed that this was salt. And he passed a piece of the rock to the Duchess.

In that lump of salt was a ring. The same precious ring that Kinga threw inside the salt shaft of a mine presented to her by her father.

Yesterday, the 15 March 2022, Bochnia welcomed a wonderful 3.2 tonne, new statue by Czesław Dźwigaj, depicting the Legend of the Ring of Saint Kinga. It is situated in front of the Sutoris shaft, which is one of the first shafts and some believe the very one where the ring had been found:

Source: Tomasz Stodolny bochnianin.pl

And only last July, Chloè and I were sitting there on this little square eating the best doughnuts this world has ever made, surrounded by masses of pigeons, and thinking how empty that place was and how it could do with, for example, a nice statue…. 🙂

The more realistic version of the story is that perhaps the discovery of the rock salt happened by accident, as a result of excessive deepening of brine wells by Wierzbięt Gryfit – the owner of the area at the time.

Either way, at first it was not easy to launch mining here, both from technical and financial perspective. This was done in 1251 when Cistercians from Wąchock were brought to Bochnia to manage the construction of the first shaft in order to enable large-scale extraction of rock salt.

Seeing the profits coming from the mines, Bolesław the Shy or Chaste, on the 27 February 1253 in Korczyn, decided to allocate numerous privilages to the settlement. A city was located on the Magdeburg Law, which was back in the day one of the styles in which cities were being designed. Kinda like a stencil which could be used to arrange the streets, create the net of the main city functions and positions, etc. – with the name of Salzberg – The Salt Mountain – Bochnia. Both names are mentioned in the foundation act as many of the newcoming settlers were from the region of Silesia, a historically mixed region, rich in coal mainly and endlessly fought for by Polish and Prussians.

The mine was a magnet for anyone who could make money out of salt, crafts and trades related to its mining. There was even maintenance paid to the inhabitants of the area. The first guild was created in 1316. In the years of the greatest splendor of the city there were 13 of them.

No other city in Poland would have been granted privilages similar to the ones Bochnia received. Kraków itself was not yet even a city for another four years to come and the neighboring Wieliczka, which now is probably the most famous of the Polish salt mines, was only a tiny village, dreaming about the discovery of salt in there.

The Salt Mine in Bochnia is the oldest salt mine in Poland.

Situated on trade routes from Western Europe to Ruthenia and Asia Minor as well as from Hungary to the Baltic Sea, Bochnia was included in international trade, becoming an important transit center.

The period of splendor of the city is the time of the reign of King Casimir the Great. This great ruler reorganized the saltworks by giving it the Mining Ordinance and expanding the saltworks castle, in which he visited many times together with his court. On his initiative, the first in Poland hospital-shelter for sick miners was established in 1357. The town, which at that time had about 3,000 inhabitants, was surrounded by defensive walls (in some parts by ramparts), and city councilors were in office in the stately, gothic town hall on the market square.

On May 29, 1871, a ceremony of unveiling of the statue of the king holding the Wiślica statutes, took place. Over two meters high, carved in pińczów limestone by a well-known sculptor Walery Gadomski, the form of the great king was placed on a neo-gothic column, on the pedestal of which – stone bas-reliefs depicting the granting of the Wiślica statutes, the foundation of the Kraków Academy, the Polish emblem and the inscription; “To the King of Peasants, their benefactor, Guardian of Cities Casimir the Great, Bochnia 1871”.

King Casimir the Great – Kazimierz Wielki

Jan Matejko himself, one of the greatest of Polish painters, was present at this ceremony. It was under his very suggestion that his brother-in-law – the then marshal of the county Leonard Serafiński made a plan to commemorate the great king.

Bochnia was so thriving between 14th and 16th centuries that already back then it had a municipal water supply. The wealth of the city also brought culture and developement. A number of Polish kings, including: Kazimierz Wielki, Władysław Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary with Bona and their son August, as well as king Stefan Batory visited here. During Middle Ages and Renaissance, numerous artists including painters, writers or goldsmiths were being employed either by the city or in the nearby castle at Nowy Wiśnicz, which I mention in my other blog post, see here:

Various and rich book collections and a parish school operating since the end of the fourteenth century, associated with the Kraków Academy, currently Jagiellonian University, were a proof of high educational level of the townspeople of Bochnia.

Unfortunately, all these testimonies of the splendor of Bochnia and the wealth of its citizens have not survived to our times. The seventeenth century was for Bochnia a series of constant misfortunes: epidemics, marches of troops, arson, robberies.

In the mid-seventeenth century, during Swedish wars, the town fortifications, the parish church, and the town hall were ruined. Swedish army stayed in Bochnia, plundering it completely. The devastation was continued by the Transylvanian troops of Franciszek Rakoczi, and later the Cossacks. As a result of all that, in 1664 only 54 houses survived in the city.

The initial decline of Bochnia’s splendor turned into its eventual fall. Its development was shaken by further fires, but the most devastating of all was the regression of Żupa – as we call the rock salt there, which occurred as a result of negligence in the exploitation of the deposits and the thefts done by the mine’s administrators.

Source: muzeum-bochnia.pl, Karol Fleckhammer, Bochnia. A fragment of a cross-section of the first level of the mine, 1777

In February 1772, Russian troops occupied Bochnia and in June of that year, as a result of the First Partition (there were 2 more), Poland was torn between Russia, Germany and Austria and disappeared completely from the maps of Europe till 1918. Austrians, or Habsburgs if you prefer, took control over southern Poland. This region was known then as Galicia.

After multiple rebellions, the Bochnians finally started to see the revival of their town in the early 19th century.

A gymnasium founded in 1817 contributed to the intellectual revival of Bochnia. Later, the bishopric of Tyniec and the seminary had their temporary seat in the city. At the end of the nineteenth century, the railway line Vienna – Kraków– Dębica, running through Bochnia, has been lounched in 1856.

During this period, new houses were built, shaping representative streets. In 1908, one of the most modern municipal waterworks in Galicia was established and in later years the city was canalized. The salt mine was modernized too, but the rapid development of competitive East Galician salts meant that it never regained its former importance.

Bochnia at the turn of the century flourished in terms of cultural life. In 1886, the first public library was established. In 1913, the first permanent cinema was opened.

Bochnia city itself as well as its surroundings witnessed the fighting between Austrian and Russian troops during WWI. The Russian army ingloriously inscribed itself in the history of the city with numerous plunders and bloody murders.

In December 1939, one of the first Nazi executions in Poland took place in Bochnia, where the occupant applied the principle of collective responsibility. An attack of the resistance on the German police station ended up with the two leaders being hung up on the lantern poles in front of the building for 4 days afterwards and 52 others shot in a group masacre.

Round-ups, deportations to concentration camps and deportations to forced labor in Germany were an everyday occurence to anyone there, no matter the roots, including members of my family. Speaking of, the City Archives have a fascinating collection of the names of Bochnia citizens. I remember spending hours once going through them and could not believe the variety of the Bochnia people origins.

The Jews were many in Bochnia and those who believed they managed to survive the worst, ended their existance in the bloody liquidation of the Jewish ghetto in 1943. There is a well preserved and protected Jewish cemetery, a visit to which can be pre-arranged via Bochnia Museum office. Sadly, it must remain locked as it was desecrated and devastated by the Germans, who destroyed or took away many tombstones. This cemetery was a place of numerous executions of Jews and the burial place of murdered both in the ghetto and outside of it.

There is a guide of this place written by Ms Iwona Zawicka.

Source: internet

Over the last few decades, Bochnia has increased its area and population and currently covers about 30 square kilometers and has about 30,000 inhabitants. It is the seat of the authorities of the Bochnia Poviat and is a part of the Lesser Poland Voivodeship.

Today, when visiting the mine, you sign yourself up for a real treat. Approximately 2.5 – 3 hours walk, between 60 and 212 metres under the ground 🙂

Source: muzeum-bochnia.pl, One of the many plans of underground workings of the Bochnia mine in the collection of the Museum in Bochnia

Tourists start their descent via lift at the Campi Shaft which dates back to the 16th century and is the most remote of all Bochnia shafts. It took 12 years to dig through the hidden layers of wet soil to find rich rock salt deposits here. Initially it was named Fajgel, from the name of the shaft builder but later on, due to its remote location on the outskirts of town, it took the current name Campi from the latin campus – field.

There is a restaurant here and a little souvenir shop where you can choose between some true art pieces made of salt, including salt lamps and salt sculptures.

It is also in this area where you can visit the Settlement of the Seven Ploughmen, a scansen that brings to live the times of early settlements in the region.

There is one major rule when visiting the mine – you walk with a group and follow your guide.

The tour starts with a short train ride along the old tracks and it ends in the Chapel of St. Kinga where many o’masses take place, even Christmas Eve mass at midnight called Pasterka, and where absolutely everything is made, out of salt or wood. You can get married here or babtise your baby if you wish.

Miners were very religious people. The type of danger which could have been encountered only in the mine, led to the creation of a special type of religiosity here. When walking around, you can see pictures of saints in little niches and religious engravings on some walls.

Chapels were being established on the main communication routes, of which there were many. The chapel of St. Kinga is the largest and best preserved of all chapels in the Bochnia mine. Until 1782, named the New Chapel of Guardian Angels, it was a small niche measuring 1.65 m by 1.65 m, hollowed out in 1747 in the northern longitudinal bay of Augustus Shaft at 212 metrers under the ground. Later, the chapel was widened several times, traces of the progress of mining works are visible in the form of lines and inscriptions on the ceiling and walls. We owe the interior design to the work of professional artists as well as talented miners.

The work of a salt miner was not an easy one. As well as extremely dangerous. The biggest enemies of the miners were two: water, which of course had to be drained non stop and sadly not once or twice it flooded the shafts. Salt, as we know, dissolves in water, but before it gets this far, it softens, turning walls into mash. On some of my photos you will notice little areas of white salt. This is there due to water leaks. These formations look like small stalactites. What you see on the walls and ceilings and what is gray in color is the real rock salt, the mineral worth more than gold.

Another enemy is methane.

As you walk along the many tunnels, deep under the “world”, which in the slang of the miners means the city level, you will take part in the interactive tour where stories are being told by the holograms of kings, tradesmen and miners who visited, worked and influenced Bochnia salt mine throughout the centuries. The guides will also talk you through more detailed and super interesting facts. One of them is about the methane searchers who’s job was to find the sources of any leaks and of course they were the kamikaze of the mining business as the moment they found a methane source, they most likely ended their lives there and then.

Methane was and to this day remains a most dangerous source of majority of serious mines’ catastrophies. However nowadays it is also utilized as an energy source. As such, many mines use energy generators that gather, absorb and convert methane into something positive. Yet another, after water, wind and solar power, brilliant source of energy given to us for free by Mother Earth.

Horses were an important source of mine power throughout the centeries. In Bochnia, as anywhere else in the world, they would permanently live under the ground until they no longer managed to do the work. And the work was hard. They pulled heavy chunks of salt called “bałwan” which literally translates as “snowman” into English. In the Middle Ages one of these could buy you a village.

In Poland we say “pracować jak w kieracie” – “work like in a treadmill” sort of reflects the idea. Kierat was a huge wheel based construction, to which horses were tied. They then would spend their everyday up until the end of their existence pulling the threadmill, which main function would usually be the drainage of the mine.

There has been a study made on the Horse Behavior Physiology and Emotions during Habituation to a Treadmill, which I think is a great read for anyone who ownes horses and loves them. Simply hover over and download pdf for free.

It actually might not be of harm for the leaders, bosses and managers either to perhaps have a read and ensure the feelnigs of their employees are non comparable.

There were also other type of horses that worked in mines, the “lower horses”, that would be used to pull heavy objects and access areas where it was impossible to use machinery or where humans would not manage.

Below you can see some of the photos of horses who worked in Wieliczka Salt Mine. The photos come from this mine’s archives.

Horses worked in Polish mines for as long as five centuries. Officially, they were withdrawn from the mining industry under a regulation of 1956. In some mines, however, they remained longer, as it was explained, “to help miners work in places where there is no chance of introducing machines”. An example of one such horse is Baśka, the last horse to leave Polish mines, who spent 13 years of life 135 metres under the ground of Wieliczka, the city neighbouring with Bochnia.

Source: Wieliczka Salt Mine Archives

Basia left the mine on 14 March 2002. She was 16 years old at the time and lived for another 13 years in a sanctuary and among her horsey friends. She died in December 2015.

In Bochnia, Kuba was the last horse to leave the mine, but that was 30 years earlier than Baśka, in 1961.

It is unclear though when horses began to work under the ground in the Polish mines. Some claim that it took place at the beginning of the sixteenth century, the proof of which could be the mention of “kieratne” (those that pulled threadmill often situated in the higher levels of mines or even above the ground) and “lower” (working in lower levels) horses in the “Description of the Kraków Saltworks” from 1518.

Mr Józef Charkot, curator of the Kraków Saltworks Museum in Wieliczka says the following:

In the sixteenth century, Wieliczka mine kept a total of about 30 to over 90 animals. In the next two centuries, the number of these animals in the Wieliczka salina significantly exceeded one hundred. These quantities were not large, if we compare them with the number of horses working in the Silesian-Krakow led ore mines. In the mid-sixteenth century, in Olkusz itself, about 600 horses worked – mainly on drainage treadmills- and 700 horses in Tarnowskie Góry.

In 1782 in Wieliczka, underground transport was served by rolling stock consisting of 60, and treadmills located on the surface of 46 horses. In Bochnia, on the other hand, 20 and 40 animals worked respectively. Improved treadmill structures at the turn of the eighteenth and nineteenth centuries and deepened day shafts enabled direct transport of salt to the surface, even from the lowest floors of the mine at that time. These changes reduced the demand for “lower horses”, but the fundamental breakthrough in this matter occurred only in the 60s of the nineteenth century, when the construction of the underground railway and the installation of steam hoisting machines over the shafts began.

After World War II, horses helped miners only with renovation works and in places difficult to introduce mechanization. During that period, the Wieliczka saltworks initially kept four horses at the bottom, however since the 70s of the twentieth century their number decreased to two, and then to one – Baśka. Also four horses were in the 50s of the twentieth century in the underground of the Bochnia mine. The last of them, Kuba, ended his service there in 1961.

Horses that worked in mines pretty much never left the underworld alive. Only in some unusual situations. They would also often become blind.

The old stables areas are preserved and have now been converted into a little picnic spot where you can also learn some about the everyday lives of both, people – on and under the ground – as well as the mine horses. Also the so-called horse roads – safe communication routes built especially for these animals between the mine levels – were preserved, to preserve the memory of animals that for centuries helped miners in their difficult work and were very much loved by them in return.

I have already mentioned the geological uniqueness of Poland, which lies within the Transeuropean Suture Zone. See my blog post called A shaky story by clicking on the title here.

The mountain-forming movements are constant and obvious, very well visible in the area of the Christian and Ważyn Chambers in Bochnia’s mine. On the below photos, you will notice cracked sticks that were placed between rock massives to prove the existence of the tectonic stresses.

Salt is no longer mined in Bochnia. Only scarse amounts which are destined for souvenirs, such as salt lamps and cosmetics, which are plentiful and have the properties of the Epsom salts that are probably better known.

Rock salt is also a great sculpting material and you will find some beautiful artworks carved in it, both over and under the ground in Bochnia.

This city has so much more to offer and these days it is undergoing some incredible restoration. I smell a great revival in the air. But it truly deserves it. Its success story is full of tears and heartache. A Salzberg of Success, which by the way also helped my Mommy to bring me into this world…

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Puff Puff Puff…. Oder…. river cruise….

Version for the lazy: Puff Puff Puff…. Oder…. river cruise….

Wrocław. Heat. Over 30 °C. We melt. What can we do here on such a day? We found ourselves under the trees in the park. It didn’t help. So we continued to melt the fat and squirm with stuffiness. And then a miracle happened.

Wrocław, everyone knows, lies on the river Oder. We, however, unaccustomed to similar views from Ireland, did not expect to be in the place from which a river excursion boat departs.

Ha! What more beautiful could have happened to us on that day! Ostrów Tumski could not even dream to compare with such a fascinating attraction.

Three tired bosmen sat on a fence along the shore waiting for the next cruise and dreaming of a sofa, a TV and a bottle of chilled beer… 🙂

We bought the tickets and after a few moments Passenger Ship Driada left the quay, from the stop under the aforementioned Ostrów Tumski and with a beautiful gentle murmur of the engine we caught the wind in the sails 🙂 Well, no! There were no sails. But it was still good.

Wrocław, as many probably know, is an exceptionally beautiful city. Particularily in its centre. More on this in a second. But is it equally beautiful on the outskirts? Well, not really. The road from the airport, for example, by bus route, leads between rather neglected blocks of flats.

Wrocław’s location in the Lower Silesia region means it has many German influences, but above all Prussian. Some of the edifices, inhabited of course, which remained from those centuries of the foreign rulings, are however in a deplorable state, scaring visiting tourists.

And how is it from the Oder side? Well, it is different. Personally, being an admirer of nature and open spaces, I was definitely impressed by swamps and rushes with a diversity of birds and other creatures that repeatedly jumped out in front of our noses.

The heat was merciless. We walked back and forth around the deck, slurping cooled mineral water. Guys on board took off their T-shirts, which was not necessarily a welcome occurance, because their sweat, which previously had an opportunity to soak into the material, now spread its deadly venom without any inhibitions. Hence we were forced to evacuate ourselves to the opposite side of the boat….

Ah whatever… there is one bridge in front of us, then another, a little further away a dude in a boat and a few canoeists. We choo choo slowly, without making any unnecessary maneuvers and not piling up the water neither behind us nor on the sides. Because what for… Lazy means lazy.

At that moment I thought of my beloved Mississipi River. You surely all know Mr. Samuel Langhorn Clemens. No? And how about Mark Twain? Yes? O.K. well, that’s the same guy.

As a child I could not stop reading books about Hackelberry Finn and Tom Sawyer. Remember how much of it involved the Mississipi River?

There is a similar cruiser that runs from the city of New Orleans which I plan to board one day but in reality, I’d love to go on a boat trip accross the entire country along with the currents of this Queen of the Rivers. Who’s with me? Think of all the places along the way!

Source: internet

There is a house in New Orleans

Ufff I must have cought some sunstroke from all that heat ‘cos seem to be raving…

…so, yea, we blissfully sailed until it was time to turn back. Well, nothing good lasts forever.

We were definitely reluctant to go ashore again but rumbling tummies forced us to hit the city in search of some food.

The food tastes delicious in Wrocław and there are cult places that are always worth a visit. Many of them at the Market Square and in the vicinity of Stare Jatki, a street remembering thirteenth century. At that time, it was a butcher’s quarter – 42 wooden houses arranged in two rows, intended for the meat trade. To this day, only 12 tenement houses from pre-war times have survived. It is an artistic and gastronomic centre. And to commemorate the old times, a very peculiar monument “In honor of slaughter animals” was erected here. And not long ago the dwarf Butcher too. But later about the dwarfs.

The boundaries of the Wrocław Market Square were also marked out in the thirteenth century. Its current area is about 40,000 m², which puts it in the 5th place according to the size among all Polish medieval market squares. However, this one is one of the few in Poland where there are urban buildings with a network of streets in its centre. There are as many as 11 streets there.

In the central part of the Market Square stands the Old Town Hall, which is an extraordinary achievement of Gothic on a European scale. Its construction lasted about 250 years. Until the first half of the nineteenth century, when the New Town Hall was built, to which the city authorities moved, the Old Town Hall served as the seat of the court and the city council. Today, the Old Town Hall is a branch of the Wrocław City Museum. The mayor of the city also has his office here and this is where the meetings of the City Council are held.

Who likes, can stand in the middle of the square and turn himself into a wirlpool 🙂 You are surrounded by sixty tenement houses funded by urban patricians and one is more beautiful than the other. The most famous are: the tenement house under the Blue Sun, under the Seven Electors or under the Griffins. And my favorites are definitely the Tenement House under the Golden Deer and Hansel and Gretel. Behind the latter is the entrance to the magical world of Wrocław dwarfs. “Is it a fairy tale, or not a fairy tale, think whatever you want….”

Imagine that yet until the 70s of the 20th century trams ran through the Market Square. There was also a gas station there.

I invite you to watch the vlog of Radosław Gajda from Architecture is a good idea about Wrocław’s Market Square, just switch on the subtitles!

After Radosław, I will only add a few curiosities related to the three buildings about which he talked so beautifully.

The Barasch Brothers department store, today known as Phoenix, once had a beautiful ornament, a 6.5-meter, glass globe on top of the building, which was destroyed by a lightning strike in 1929.

Zobacz obraz źródłowy
Source: radiowroclaw

In the Tenement House Under the Golden Sun (Rynek 6, do not confuse with the Tenement House Under the Blue Sun standing next to it at number 7) there is a Museum of Pan Tadeusz – Różewicz, a Polish writer. (Pan Tadeusz is also a title of one of the most Polish of Polish books, there’s a bit of a pan here for the Polish natives).

And in the aforementioned modernist office building designed by Heinrich Rump from 1930 (at the corner of the Market Square and Salt Square), there is one of the few “paternoster” elevators in Poland, which runs without stopping and you get into it on the run. Unfortunately, it is not generally available.

And finally, what few people know, and what must not be forgotten – the monument to Alexander Count Fredro! Previously, it stood in Lviv and on the Wrocław Market Square it replaced a monument of none other than the King of Prussia himself, Frederick William III. Well, how not, when Aleksander Fredro is considered the most outstanding comedian in Polish literature of the Romantic era, and on an earlier monument the inscription proclaimed “An mein Volk”, which was to commemorate the proclamation of this king published in Wrocław in 1813. Poles are not Prussians and have their own language….

However, this romanticism of Fredro is not necessarily reflected in a romantic way in his works, an example of which can be: The Tale of three Brothers and Princess (definitely not for children!). Both manuscripts of his most famous play “Revenge” are kept in the Ossoliński National Institute in Wrocław. Fredro himself came from the Podkarpackie Voivodeship and was an outstanding not only artist, but also a politician and Freemason. Well, he was a Count and that’s it. And he had the “guts” to write about taboo topics. Super cool dude!

We settled on Pigeon Square, next to the “Zdrój” fountain, named after the city President, Mr. Zdrojewski, in 2000, when it took its honorable place on the Wrocław Market Square. A nice souvenir in the style of “I will give it to myself by myself”.

And finally, full, tired and burned by the sun, we go for a well-deserved rest to a nearby hotel, only to find ourselves at the beautiful Central Station the next morning and take a train to where the sun rises…

On the way, however, we pass another very worth mentioning thing – a gas lamp:

In Wrocław they still exist and day after day they are lit and dashed by a Lamplighter – one of the last in Poland.

In the very center of the city, on Ostrów Tumski, every night he lights up (in the summer at 9 p.m. and in the winter at about 4 p.m.) and extinguishes, just before dawn, a total of 103 lanterns. He devotes about ninety minutes to complete this task.

The first municipal gas lanterns were launched in 1809 in London. You’ve probably watched Mary Poppins!

10 years later, they were already operating in Paris. The trend continued on the mainland and German cities such as Berlin, Leipzig and Austrian Vienna soon after treated themselves to similar forms of urban lighting.

Robert Louis Stevenson, sick in his childhood with tuberculosis, often dreamt to be Leerie, the Lamplighter:

THE LAMPLIGHTER (published in 1885 in his book: A Child’s Garden of Verses)

My tea is nearly ready and the sun has left the sky;
It’s time to take the window to see Leerie going by;
For every night at teatime and before you take your seat,
With lantern and with ladder he comes posting up the street.

Now Tom would be a driver and Maria go to sea,
And my papa’s a banker and as rich as he can be;
But I, when I am stronger and can choose what I’m to do,
O Leerie, I’ll go round at night and light the lamps with you!

For we are very lucky, with a lamp before the door,
And Leerie stops to light it as he lights so many more;
And O! before you hurry by with ladder and with light,
O Leerie, see a little child and nod to him to-night!

To little Robert, something that was considered a banal work by everyone else, was magical and unique.

On May 23, 1847, punctually at twenty o’clock, a festively dressed Lamplighter lit the first city gas lantern on the streets of Wrocław and so this continues to this day. It was on the day on which, after the completion of construction works on the new municipal gas plant, gas flowed from it for the first time.

The construction of the gas plant itself was inspired by the trend emerging in the west and the first gas lamp, which was lit up here in the Złota Gęś restaurant on June 16, 1843 in the company of the mayor and members of the magistrate. The authorities of the town, fascinated by such technical novelty, at this very moment made the decision to immediately implement it to the urban life of Wrocław.

The above mentioned gas plant was built at Tęczowa Street 🙂 how else! Less than six months later, more than 700 gas lanterns lit up the city. However, they did not shine as brightly as those that illuminate Ostrów Tumski today. The source of their light was a single flame. It was not until Auer’s grids, invented in 1885, that the brightness of the lanterns significantly improved. At that time, gas was used not only to illuminate the streets of Wrocław, but also hotels, restaurants, factories, schools and private apartments.

At the end of the 19th century, when the city authorities decided to replace the entire lighting system with mercury lamps, those at Ostrów Tumski were on the verge of disappearing too.

I managed to find a Job Offer for the Lamplighter. I liked this passage the most:

According to the ZDiUM guidelines, the Lamplighter must wear a black cylinder in the chimney sweep style and a two-piece black cape – long to the knees and short covering the shoulders. Capes must be waterproof, with a stand-up collar and made of the same material. In addition, the cape is fastened with two gold metal buttons. On a short cape you should embroider the coat of arms of Wrocław. A lamplighter at work should wear dark pants made of tailoring material and black leather shoes. Shoes must be clean.

Dear ZDiUM (Roads and City Maintenance Authority) – wouldn’t it be easier to make such uniforms available to employees? Maybe someone came up with this idea between the offer from 2020 and today. If not, then I think it is worth normalizing this issue. Particularily that a Lamplighter is a magical person indeed and should be valued as one.

And since we are talking about Wrocław, I would also like to mention Mr. Antoni Gucwiński, who, together with his wife, delighted me as a child with stories about animals. He was the Director of the Wrocław Zoo and to this day I remember how they both held animals on their laps and talked about them in the program called “With a camera among animals”. Antoni Gucwiński – I wish you to settle on a soft cloud, surrounded by animal sprites. In such a private, unique Eden in heaven 🙂

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Zobacz też polską wersję tutaj:

Hejnał for dessert on the 750th anniversary of the founding of Kraków

Click here to listen to the podcast: Hejnał for dessert on the 750th anniversary of the founding of Kraków

It was one of the annual visits at my parents’ home near Kraków. The year was 2007. It is usually so that when you’d lived somewhere or know a place very well, you never plan to visit it unless there is something going on in the area.

Somewhere on a way from the Airport in Balice we noticed a banner advertising the 750th anniversary of the foundation of our Cracovia. It was impossible to skip such action.

Not everyone knows what this Kraków is all about. Some say that there were two cities, others talk about the dragon and King Krak, yet others about Wanda, who did not want the German. There is also a Basilisk, and Mr. Twardowski, of course. Well, legends are many, but where to go and what to look at when the 750th birthday is celebrated?

It’s simple 🙂 To Floriańska Street, towards the Market Square and then it goes by itself.

Before you enter the embrace of the remains of the medieval walls of Kraków, and you get there through the Florian Gate, you need to get to know a building that is extraordinary, beautiful and architecturally rich. An unusual addition to the Planty park surrounding the old town, but above all a building whose function not everyone understands. Namely, the Barbican.

The Barbican in medieval Kraków served as a foregate to the city. The entrance to it was on the right side, not from the front, which in the event of an attack allowed flank fire, hence from the side. Its main purpose was to defend the entrance to the city.

It is worth standing by the wall of the Barbican and looking up. There you will see rectangular holes that also served defensive purposes, the so-called machicolations, through which boiling tar, for example, could be poured onto the attackers.

Medieval Barbican and the walls of Kraków (source – wiki)

The city itself was surrounded by walls, in which a tower appeared from time to time. Currently, only three of these towers remain: Passamoniki, Ciesielska and Stolarska. Unfortunately, in the nineteenth century, so-called burzymurka (wall smashing) took place throughout Poland during which the medieval walls of the city of King Krak were not spared. Except for the fragment in the vicinity of the Florian Gate, which was once entered through the Barbican and the oldest Butcher’s Gate, which is a part of the buildings of the monastery in Gródek.

Whoever passed through the Florian Gate already knows where he is and where he is going. Namely, straight ahead, where on the horizon, appears a silhouette of the beautiful St. Mary’s Basilica.

At the beginning, however, we pass the city walls, which are hung with handicrafts and paintings, a few meters further on the left the house of Jan Matejko, one of the greatest Polish painters who happened to have a crazy witch for a wife. On the right pub Pod Złotą Pipą, then Hotel pod Różą, which was the first hotel in Kraków and actually began its career as an inn with a stable for horses.

Today, the hotel is housed in the former Renaissance palace of Prospero Provana, the courtier of Queen Bona. Since the seventeenth century, it has been welcoming the most distinguished guests. Among others, Russian Tsar Alexander I, Grand Duke Constantine, Persian envoy to Napoleon – Mohamed Riza, Franz Liszt and Honoré de Balzac stayed here.
And for several beautiful years, the role of its General Manager was held by one of my favorite lecturers from the university, who loved this place above all.

It would be a sin to forget about Georgian Khachapuri. On the corner with Mark Street. This restaurant appeared in my student days and Lavash, which they served there, literally melted the brain. Amazing thing and I hope you can still count on value for money.

The anniversary of the location of the city of Kraków is not just a random date and not some Night of Museums. It’s a mega party with free admissions to normally inaccessible places, artists on the streets, processions, parades, flowers, music, fireworks. Well, but above all, the ubiquitous history.

There are few cities that can boast the title of European City of Culture, where the Middle Ages mix with the twenty-first century. Where there are more artists and students than residents, and where it is easier to meet a Jew in traditional robe with ear locks hanging from under a hat than in Israel. 🙂

Finally, who has heard, knows that in Kraków, every hour the entire Market Square fills with crowds. People raise their heads and watch an extraordinary spectacle of the bugle call (hejnał) played by a trumpeter from the St. Mary’s Tower.

St. Mary’s Tower is, of course, the tower of the mentioned Basilica of the Blessed Virgin Mary.

The legend of St. Mary’s bugle call refers to historical events that took place in 1241, when Tatar troops attacked the city of Kraków. It was a medieval custom to keep guard on a tower and warn the city in case of danger.

One morning, when everyone in Kraków was still asleep, thick fog was floating around and the twilight still did not give way to the light of the day, hordes of Tatars sneaked quietly under the city walls.

A trumpeter working in St. Mary’s Church, climbed the tower, as every other day. When he was at the top of it, preparing for work, he saw in front of the city gates hordes of enemy armies. As soon as possible, he decided to warn the inhabitants of the danger, playing his instrument with all his might.

Initially, sleepy citizens did not react, but after a while they understood that increased trumpeting was a warning.

The Tatars, angered by the vigilance of the bugle-caller, pierced his throat with an arrow from a bow, breaking the wailing of the instrument. Everyone who could, however, took up arms and soon a real fight for Kraków was unleashed, which the enemy troops did not bear.

The memory of the trumpeter’s courage spread throughout the world and since the invasion of the Tatars, the bugle call was played from Hejnalica (the tower from which hejnał (buggle call) is played) on St. Mary’s Church, continuously until the end of the eighteenth century, when for some time it was necessary to withdraw the function of the bugle caller due to the inability to finance such an employee. This custom returned to Kraków when private donors – Tomasz and Julianna Krzyżanowscy left in their will a large sum of money to support the trumpeter.

From 1810 to 1939, the bugle call resounded again every day. It was banned only during the Nazi occupation. After some time though, the Germans agreed to have the hejnał trumpeted from the tower at twelve and nineteen o’clock.

The Kraków’s bugle call is of such great importance to Poles that in the 20s of the twentieth century, Polish Radio Station began the custom of streaming it directly from the tower. Hejnał therefore resounds exactly as on that memorable day also via radio, always at twelve o’clock at noon.

When I was a little girl and black and white television did not turn me on (color television does not turn me on either) my mom and I often listened to the radio. Hejnał and the stories read to children on air were our favourite. It is from these times that all my life knowledge comes from. Ah, and those most beautiful songs for children that no one listens to anymore.

When speaking of St. Mary’s Church, at least three things should probably be mentioned. Namely: 1. Wooden altar made by Vit Stwosz, 2. Yellow ciżemka and finally 3. Polish Gothic.

This church – a legend, deserves therefore its own blog post.

So until next time!

Anka

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00

Or enter a custom amount


Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Tutaj znajdziesz Polską wersję: