Wioska Wróżek – Baltray

Posłuchaj podcastu, klikając tutaj: Wioska Wróżek – Baltray

Większość irlandzkich wiosek przypomina mi tunel; macie jedną, raczej wąską drogę, której obie strony są ciasno zabudowane. Znalezienie miejsca parkingowego przy takiej drodze może stanowić prawdziwe wyzwanie, a przejazd przez taką wioskę, w której samochody są zaparkowane po obu stronach głównej ulicy, może często stanowić jeszcze większe wyzwanie.

Baltray, jest inne. Baltray przypomina mi Polskę lub Holandię, gdzie wioski są nieco rozciągnięte i tworzą siatkę bocznych dróg.

Baltray to prawdziwy ukryty klejnot okolicy. Otoczona wodami Morza Irlandzkiego u ujścia rzeki Boyne, była kiedyś wioską rybacką w czasach, gdy łosoś tak gęsto zamieszkiwał ową Boyne – Królową Krów, że rzekomo można go było łapać rękami.

“Samuel Lewis

Topograficzny słownik Irlandii, 1837

Baltray, wieś w parafii Thermonfeckan, baronowstwie Ferrard, hrabstwie Louth i prowincji Leinster, 2,5 mili od Droghedy; 428 mieszkańców. Wioska jest położona nad zalewem rzeki Boyne, na wschodnim wybrzeżu, a w 1831 roku posiadała 81 domostw, z których większość to chaty kryte strzechą.”

Źródło: libraryireland.com

Czasy się jednak zmieniły i teraz jest to “sypialnia” dla osób pracujących w pobliskim mieście portowym Drogheda lub nawet dalej w Dundalk czy Dublinie.

Mieszkając na przeciwległym brzegu rzeki, często wkurzałam się na brak małej łódki lub promu, który mógłby zabrać ludzi na drugą stronę. Zajęłoby to nie więcej niż 5 minut. Ponieważ jednak port Drogheda jest aktywnym biznesem, przyjmującym i wysyłającym łodzie towarowe każdego dnia, nie ma tu możliwości zbudowania mostu, który połączyłby plaże Mornington i Baltray.

W związku z tym, po tygodniach wpatrywania się w drugą stronę, Chloe i ja pewnego dnia postanowiliśmy w końcu zobaczyć, co tam jest.

Podróż, zamiast 5, zajęła nam 30 minut jazdy samochodem. Wzdłuż południowego brzegu rzeki, aż do pierwszego mostu w centrum Droghedy, tylko po to, aby następnie pokonać identyczną odległość wzdłuż północnego pobrzeża rzeki, aby w końcu, po zobaczeniu ładnej chatki krytej strzechą, a następnie starego kamiennego mostu, skręcić w prawo, zgodnie z drogowskazami.

Po lewej, rząd starych, ale zadbanych domów, po prawej, odrobina zieleni zakończona długim, ponad metrowym, kamiennym murem zbudowanym wzdłuż brzegu zalewu. Kilka ławek, absurdalnie ustawionych w taki sposób, że wszystko, co zobaczysz siedząc na nich, to kamienna ściana oddalona o 10 cm od Twojej twarzy. Nic dziwnego, że zawsze są puste.

Trochę dalej pojawia się pub. W każdej irlandzkiej wiosce znajduje się kościół i pub. I co zabawne, zwykle znajdują się naprzeciwko siebie. Ułatwia to życie Irlandczykom, którzy, jak powiedział duński filozof Soren Kirkegaard, “chrzczą swoje dzieci, ale na wszelki wypadek nigdy nie zanurzają jednej pięty w wodzie święconej”. Myślę, że pięta jest tym, co zabiera ich do pubu po niedzielnej mszy. Jest to taki sekretny proces zaspokajania zarówno bogów religijnych, jak i pogańskich.

Ale tutaj, w Baltray, nie ma kościoła 🙂 Mówiłam Wam, że ta wioska jest wyjątkowa!

Zaparkowałyśmy w samym centrum osady, tuż przy pubie, gdzie zwykle dostępnych jest kilka miejsc.

Dwa psy, jeden stary, biało-czarny łaciatek, a drugi praktycznie cały czarny, przyłączyły się do nas tak, jakbyśmy byli przyjaciółmi od czasów przedszkola i po prostu towarzyszyły nam wszędzie, dokądkolwiek byśmy się nie udały.

Parę ładnych domów po prawej, kryta strzechą chałupka po lewej, kilka kolejnych domów wokół pubu i droga prowadząca do tylnych uliczek.

Przed nami, tuż przy drodze, kawałek zieleni z dużym drzewem. W zeszłe Święta Bożego Narodzenia ozdobiono je ogromnymi, bajecznymi czerwonymi lampami.

A pod koniec tego zielonego skrawka kilka stołów piknikowych z ławkami i coś hipnotyzującego…

Chloe jak szalona pobiegła w jego kierunku tego czegoś. Psy popędziły za nią jak na złamanie karku.

Pomiędzy drzewami, starannie zbudowany i zarządzany przez miejscowych był mały Ogród Wróżek.

Ogród ten bardzo się zmienił od czasu, gdy zobaczyłyśmy go po raz pierwszy i teraz jest prawdopodobnie 5 razy większy w stosunku do ówczesnego rozmiaru.

Miejscowi zebrali zabawki, których ich dzieci już nie używały i dodając mnóstwo wyobraźni i wykorzystując to, co dała im Matka Natura, stworzyli arcydzieło wśród drzew.

Znaleźć tam można małe bajkowe domki i domeczki, wszystkie ręcznie malowane i ułożone przez dzieci. Mini trampolina wbudowana w ziemię. Mini stoły i krzesła, malowane pniaki, mini sztućce i naczynia dla lalek i Małych Skrzacików, domki dla lalek, sekretne kryjówki, zjeżdżalnia i huśtawka.

W zeszłym roku zawitało tam nawet “pudełko uczciwości” z jajami od kur z wolnego wybiegu, sprzedawanymi tutaj przez lokalną rodzinę. Bierzesz jaja, wrzucasz kasę do skrzyneczki i przy następnej okazji oddajesz kartonik 🙂

Piłek i kijów jest tu bez liku a lokalne psy wyszkoliły już wszystkie odwiedzające dzieci w kwestii ich zabawiania. Chloe również otrzymała prywatną lekcję i po kilku minutach nie wiedziała w co ma ręce włożyć bo tyle tu zabawy, że głowę urywa!

Był słoneczny dzień, dość nietypowe zjawisko i w dodatku nie padało od kilku dni. Trawa była sucha… powiedzmy (nigdy nie siedziałam na suchej trawie przez 16 lat życia w Irlandii!).

Tuż przy Fairy Garden – Ogródku Wróżek znajduje się słynne na całym świecie pole golfowe prowadzone przez Radę Hrabstwa Louth. Ten wielokrotnie nagradzany klub golfowy był gospodarzem dwóch Irish Open.

Przechodzimy przez drogę prowadzącą do Klubu i siadamy na trawie. Jak zawsze, papier, kredki i markery zasypują cały świat. …. W taki też sposób tworzymy naszą kolejną książkę wraz z ilustracjami wykonanymi na miejscu. Opowiada ona o naszych nowych psich przyjaciołach, którym z taką łatwością udało się nas oswoić.

Ale pieski, nie zapominajcie o tym, co powiedział Mały Książę: “stajecie się odpowiedzialni za to, co oswoiliście”!

Wróciłyśmy do samochodu i przejechaliśmy obok pola golfowego na sam koniec drogi podziurawionej jak szwajcarski ser. Teraz jest ona zamknięta dla samochodów. Dzięki Bogu, ponieważ jazda po niej oznaczała potencjalnie ostatni dzień życia dla waszego samochodu, a tak czy inaczej obszar ten i tak jest rezerwatem przyrody i musi być chroniony.

Ale tamtego dnia podjęłyśmy ryzyko i pojechałyśmy na brzeg rzeki, gdzie przywitały nas słynne Fairy Mounds czyli Kopce Wróżek, które rosną z prędkością światła zarówno wielkościowo jak i ilościowo.

Spacer wzdłuż rzeki jest dość długi, szczególnie dla małego dziecka, ale warto. Możecie zrobić pętlę i wrócić w to samo miejsce, tylko spacerując wśród krów i krowich kupek ścieżką zapewnioną przez właściciela ziemi, albo możecie również zajrzeć na sam brzeg morza.

Każdego roku, od maja do sierpnia, Louth Nature Trust prowadzi tutaj projekt ochrony gniazd rzadkich ptaków, które lubią ten obszar – urocze małe rybitwy i małe czaple.

Chodzenie po tej plaży to zarówno ból, jak i zabawa. Jest ona tak rozległa i ciągnie się aż do Clogherhead. Czujecie się wręcz przytłoczeni jej rozmiarem. Co więcej, jest tak rzadko odwiedzana przez ludzi, że naprawdę jest oazą natury.

Wydma ma tu kilometr szerokości, a drobny żółty piasek jest tak miękki, że chodzenie jest walką z żywiołami. Wasze stopy nieustannie toną nawet do 10 cm w piasku, a zatem pokonanie tej samej odległości, zajmuje co najmniej dwa razy więcej czasu niż w normalnych warunkach plażowych.

Z drugiej strony, gdy woda jest ciepła i przechadzacie się tam na bosaka, Wasze stopy tonące w piachu wypychają pęcherzyki powietrza na powierzchnię wody. To nie tylko brzmi i wygląda zabawnie, ale przede wszystkim łaskocze 😀To jedyne miejsce na Ziemi, w którym doświadczyłam takiego zjawiska.

I wreszcie, gdy przejdziecie około kilometra w kierunku Thermonfeckin, nie ważne czy po piasku czy po wydmie, staniecie twarzą w twarz z wrakiem statku “Irish Trader”, który osiadł tu na mieliźnie w 1974 roku, przewożąc ładunek nawozów pod uprawy do portu w Droghedzie. W czasie odpływu można wokół niego połazić i zrobić ładne zdjęcia. Chloe uwielbia to miejsce.

Baltray to wioska wymieniona na Scenic Seafood Trail czyli Malowniczym Szlaku Owoców Morza, inicjatywie Hrabstwa Lauth, która ma na celu przyciągnięcie turystów do nadmorskich miejsc, a także promowanie ich w zabawny sposób. Istnieje lista punktów, w których można uzyskać paszport, a następnie zbierać do niego specjalne pamiątkowe znaczki z każdej z odwiedzonych miejscowości. Zobaczcie tutaj jak to działa. 🙂

Jest jeszcze festiwal, który można podziwiać lokalnie a zwie on się Vantastival. Co roku w czerwcowe święto kamperzy i fani muzyki gromadzą się w pobliskim pięknym Beaulieu House, położonym nad brzegiem rzeki Boyne, w połowie drogi między Baltray i miastem Drogheda, aby spędzić czas w przyjaznej atmosferze. To taki festiwal, który jest bardziej imprezą ogrodową z sąsiadami.

Zabawy dla dzieci, sztuka i rzemiosło, stragany z jedzeniem i muzyką. A wszystko to w otoczeniu tego wspaniałego dzieła architektury, który jest teraz całkowicie zamknięty dla publiczności, z wyjątkiem takich wydarzeń.

I kiedyś warto go było odwiedzić ze względu na holenderską architekturę i jeden z trzech kadawerów w Irlandii, który znajduje się tu na przyzamkowym cmentarzu.

Jeśli chodzi o Baltray, jest jeszcze jedna rzecz warta wspomnienia. Zaledwie 23 lata temu, w 1999 roku, miejscowi mężczyźni zauważyli, że podczas przesilenia zimowego Słońce ustawia się w specyficzny sposób między dwoma kamieniami, które do tej pory uważano za zupełnie nieistotne.

Kogo interesują menhiry i starożytni, może się zagłębić w tę interesującą historię o kamieniach z Baltray tutaj, podczas gdy my wrócimy do obecnych czasów, w których to Baltray desperacko potrzebuje środków przeciwpowodziowych, szczególnie teraz, gdy rośnie ryzyko podniesienia się poziomu wody.

Zasadę Archimedesa stwierdzającą, że:

na każde ciało całkowicie lub częściowo zanurzone w płynie (gazie lub cieczy) w spoczynku działa siła wznosząca się lub wyporna, której wielkość jest równa masie płynu przemieszczonego przez ciało.

można tu niestety zaobserwować za każdym razem, gdy statek załadowany kontenerami wpływa do portu w Droghedzie. Na szczęście nie każda łódź dostaje pozwolenie na wkroczenie do portu nie tylko z przyczyn związanych z ich załadunkiem i ciężarem, ale również w związku z wysokością fali.

To niesamowite miejsce to naprawdę wyjątkowa wioska, tak maleńka, a jednocześnie tak czarująca i z mnóstwem do zaoferowania. Nie muszę chyba wspomnieć o ludziach!? Są gościnni i przyjaźni. I nawet im nie przeszkadza, że w okolicy nie ma sklepu. Kochają też swój spokój, więc uszanujmy to.

Nie pozwólmy jednak, by Baltray zamieniło się w bajeczną… Atlantydę.

Anka

Muzyka: “Atlantyda”, słowa Wisława Szymborska, muzyka i wykonanie Grzegorz Turnau

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

The Fairy Village – Baltray

Listen to the podcast by clicking here: The Fairy Village – Baltray

Majority of Irish villages remind me of a tunnel; you got one narrow enough road, both sides of which are tightly built up. Finding a parking spot along such road can pose a true challenge but often passing through such village where the cars are parked on both sides can pose an even bigger challenge.

Baltray, is different. Baltray reminds me of Poland or Holland, where villages spread a bit creating a little net of back roads.

It is like a true hidden gem of the area. Surrounded by waters of the Irish Sea and the Boyne River estuary, it used to be a fishing village in the times when salmon was so densely inhabiting the Queen of the Cows, that it allegedly could be cought by hands.

Source: libraryireland.com

The times have changed though and now it is a “bedroom” for those working in the nearby port city of Drogheda or even further in Dundalk or Dublin.

Living on the opposite bank of the river, I often gave out about the lack of a little boat or a ferry that could take people onto the other side. This would take no more than 5 minutes.

As Drogheda port is an active business receiving and dispatching cargo boats on daily basis, there is no way of building a bridge that would link Mornington and Baltray beaches.

As such, after staring on the other side for weeks, Chloe and I one day decided to finally see what’s in there.

The journey, instead of 5 minutes, took us 30 minutes by car. Along the southbank of the river, all the way down to the first bridge in Drogheda center, only to then drive all the way along the north bank of the river, to finally, after seeing a pretty thatched cottage, then an old stone bridge, turn right, as per the sign posts.

On the left, row of old but well looked after houses, on the right, a bit of green ended with a long, over one meter high, stone wall built along the water edge. A few benches, ridiculously positioned in a way so that all you’d see when sitting on them would be a stone wall 10 cm away from your face. No wonder they are always empty.

And here pops the pub. Every Irish village has a church and a pub. And funnily, they are usually situated opposite from each other. It makes things easy for the Irishmen who, as the Danish philosopher, Soren Kirkegaard said “babtise their children, but just in case, never dip the heel in the holy water”. I guess the heel is what takes them to the pub after the Sunday mass. It’s a secret process of satisfying both gods, the religious and the pagan.

But here, in Baltray there is no church 🙂 Told ya this village is special!

We parked just by the pub where there are a few spaces usually available. We found ourselves in the center of the settlement.

Two dogs, one old, white and black, and the other one all black, popped over as if we were their friends since kindergarten times and simply accompanied us to everywhere we went.

A few pretty houses on the right, thatched cottage on the left, some more houses around the pub and a road leading to the back streetlets.

In front of us, green area, with a large tree just by the road. Last Christmas it was decorated with huge red lamps that made it look like from a fairytale.

Towards the end of the green, a few picnic tables with benches and something mesmerizing.

Chloe ran towards it like mad. Dogs chased her, knowing they were up for a treat. Fun treat that is.

Between the trees, neatly built and managed by the locals was a little Fairy Garden.

This garden changed greatly since the first time we saw it and now is probably 5 times its original size.

Locals collected the toys their kids no longer used and adding plenty of imagination and using what Mother Nature gave them, they created a masterpiece among the trees.

There are tiny Fairy houses and keeps, all hand painted and arranged by the kids. A mini trampoline built into the ground. Mini tables and chairs, painted tree stomps, doll size cutlery and crockery for the Little Folk, doll houses, secret hideouts, slide and a swing.

Last year, it even welcomed an honesty box with free range eggs sold here by a local family.

Balls and sticks are plentiful and therefore the dogs have already trained the children how to entertain them. Chloe receives her lesson too and soon is so busy that does not even know with what to occupy herself next.

It was a sunny day, quite an unusual occurance here and it hadn’t rained in a few days. The grass was dry, let’s say (never sat on a dry grass in 16 years of living in Ireland!).

Just by the Fairy Garden, there’s a world famous Golf Course ran by the Louth County Council. This award winning Golf Club hosted two Irish Opens.

We cross the road that leads to the Club and sit on the grass. As always, paper, crayons and markers get spread all over….

…. All over the moon, we commit a book, as we usually would, complete with made-on-the-spot illustrations. This one is about our new doggy friends that managed to tame us so easily.

But doggies, don’t you forget what Little Prince said: “you become responsible for what you have tamed”!

We went back to the car and drove past the golf course to the very end of a super patholed road, which now is closed off for the cars. Thank God because driving there meant a potentially last day for a regular car and the area is a nature reserve anyway. Must be protected.

That day we took the risk and drove down to the riverbank where the famous Fairy Mounds welcomed us. They grow in size and number as we speak.

A walk along the riverside is quite long, especially for a young child but it is worth it. You can either make a loop and return to the same spot, only walking among the cows and cow poops via a path that is provided by the land owner or you can go all the way down to the seaside.

Every year, between May and August, Louth Nature Trust runs a conservation project here to protect the nests of rare birds that happen to like this area – cute little terns and little egrets.

Walking on this beach is both pain and fun. It is so vast and long, as it goes all the way down to Clogherhead, that you feel overwhelmed by its size. But more than that, it is so rarely visited by humans that it truly is a nature haven.

The sand dune is kilometre wide and the fine yellow sand is so soft that walking is a struggle. Your feet constantly sink even up to 10 cm into the sand and therefore what normally would take you 15 minutes here takes at least twice that.

On a positive side though, when the water is warm and you walk there barefoot, the sinking feet release air bubbles onto the surface of the water as you brood in it. It not just sounds and looks funny but most of all tickles 😀 It is the only place where I have experienced such a phenomenon.

And finally, once you walk about one kilometre towards Thermonfecking, which you may also do via mentioned dune, you come face to face with a shipwreck of the ‘Irish Trader’ which ran aground in 1974 here while caring crop fertilizer cargo to the port of Drogheda. On a low tide you can walk around it and take nice photos. Chloe adores this place.

Baltray is a village listed on the Scenic Seafood Trail, a County Lauth initiative to bring tourism to the seaside locations as well as to promote them in a fun way. There’s a list of places where you can obtain a passport and then collect special souvenir stamps from each of the places you visit along the way – Sea how it works here 🙂

There’s one more festival that can be enjoyed locally. It is called Vantastival and it takes place in the nearby beautiful Beaulieu House, situated by the riverbank, half way between Baltray and Drogheda town.

Every June Bank Holiday, campervanners and music fans gather here to share the time in a friendly atmosphere. The venue is more of a garden-party-with-neighbours type of a festival.

Kids activities, arts and crafts, food stalls and music. And all that in a surrounding of this wonderful House that is now fully closed for the public except for such events.

And it was once well worth visiting due to its Dutch architecture and one of the three cadavers in Ireland, located at its graveyard. But that’s more of a memento moris stuff and we wanted to celebrate here hence I’ll make sure to write about all that some other time.

As for Baltray, there’s one more thing here worth mentioning. Only 23 years ago, in 1999, local men noticed that on a winter solstice the Sun positions itself in the specific way between two stones that were considered quite unimportant till then.

You may find it interesting to indulge in an article about these Baltray Standing Stones here.

Baltray is in a desperate need of anti flooding measures, especially now with the growing risk of rising water levels. The Archimedes principle stating that:

any body completely or partially submerged in a fluid (gas or liquid) at rest is acted upon by an upward, or buoyant, force, the magnitude of which is equal to the weight of the fluid displaced by the body.

can sadly be oserved here each time a ship loaded heavily with the cargo containers enters the port of Drogheda. Thankfully not every boat is allowed and not always is a right time to enter either.

Dear Lauth CoCo, I know there are plans in place but nothing is being done still. Please review your budget and do priotitize this amazing place as it is a truly unique village. So tiny and yet so enchanting, with plenty to offer. And must I mention the people? They are welcoming and friendly. And they don’t even mind it that there is no shop in the area. They also love their tranquil peace, so let’s respect that. But at the same time let’s not let it turn into a fabulous… Atlantis.

Thank you.

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00
$5.00
$15.00
$100.00

Or enter a custom amount

$

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Sługa, który za 100 funtów zbudował alkoholowe imperium

Dla tych, którzy nie lubią czytać, tutaj serwuję mówiony kufel Guinnessa: Sługa, który za 100 funtów zbudował alkoholowe imperium.

Mogę się założyć, że wielu turystów, jeśli nie wszyscy, przyjeżdżających co roku do Dublina, prędzej czy później zmierza w kierunku komina.

Idziecie między rzędami starych kamiennych budynków w jednej z najstarszych części miasta, i nagle – cios… do nozdrzy. Nie jest to jednak jakaś pięść między oczy od miejscowego, który być może mógłby również się przytrafić o niewłaściwej porze nocy, ale uderzenie smrodu wiszącego w powietrzu. Osobiście nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam poza tym miejscem.

Tak, to zapach prażonego jęczmienia. Nikt nie jest w stanie Wam tego opisać. Zapewniam jednak, że również nic nie jest w stanie poruszyć Waszych trzewnych płynów w porównywalnym stopniu.

Po pewnym czasie szok wsiąka, a nudności znikają i znów zaczynacie zauważać rzeczy od nowa.

Ta bardzo przemysłowo wyglądająca dzielnica od setek lat jest domem słynnego na całym świecie Browaru Guinness.

Też tak macie, że gdziekolwiek na świecie byście nie byli, prędzej czy później zobaczycie gdzieś znak Guinness’a i nagle okazuje się, że siedzicie z kuflem w ręce w lokalnym irlandzkim pubie? Tak, to jest magia tego co tutaj nazywamy Black Stuff (Czarną Materią).

Wiele lat spędziłem pracując w pobliskiej dzielnicy Temple Bar, gdzie odbywa się większość nocnego życia Dublina.

Akcja rozpoczyna się około 5 rano. Ciężarówka marki Guinness pełna metalowych beczek podjeżdża pod kolejne puby, by dostarczyć zamówienia. Kierowca otwiera bok naczepy. Na kostkach brukowanych umieszcza się małą specjalną keg cusion, czyli poduszkę mającą zmniejszać hałas zrzucanych na nią beczek oraz chronić chodniki. Podnoszą się drzwiczki do, zwykle podziemnych, keg room-ów, czyli piwnic, w których są one umieszczane.

Jedna beczka za drugą uderza w chodnik budząc wszystkich tych, którzy ledwie co poszli spać, po opróżnieniu wcześniejszych beczek. (Tak, pomimo poduszek – nie mogę sobie wyobrazić, poranków w Temple Barze, gdy takich wyciszających poduszek nie używano).

Następnie, beczki spadają, tym razem do piwnicy i wydają kolejny interesujący zestaw dźwięków, po czym zostają przerolowane na właściwą pozycję, grając kolejną melodię.

Teraz czas na empties, czyli puste metalowe beczki, które ładowane są na ciężarówkę, by przypomnieć śpiącym o ich przygodach i zagrać ostatnią z porannych piosenek. Po takim koncercie ciężarówka wraca do magazynu.

Moim zdaniem jest to główny powód, dla którego ci, którzy spali w jednym z hoteli i hosteli Znajdujących się w Temple Barze, uważają swoje pobyty za niezapomniane – po prostu nigdy nie śnili o większym bólu głowy.

Osobiście zawdzięczam opinię o niezapomnianości Temple Baru niezbyt trzeźwemu Walijczykowi, który był bardzo dumny z właściwego sposobu noszenia kiltu i nie bał się tego pokazać… 😀 Tyle tylko, że… to był raczej zimny wieczór…

Mam też rozczarowanie, które jest bezpośrednio związane z samym Guinness-em i tym razem, Anglikiem.

Od 1997 roku Guinness jest własnością Diageo, imperium alkoholowego (tak jak Captain Morgan, Moet, Smirnoff i setki innych trunków).

Minęły już lata, odkąd zostałem uhonorowana tytułem Ambasadora Guinness Storhouse i nie mogę powiedzieć, że zbytnio z jakichkolwiek korzyści czerpałam, ale to dlatego, że w tamtych czasach nie było zbyt wielu korzyści. Sprawdziłam obecną sytuację i niestety moja Karta Ambasadora jest już tylko bezużyteczną, ale fajną pamiątką.

Będąc Ambasadorem, wyraźnie miałam wystarczająco dużo miłości do marki i samego miejsca. W związku z tym pewnego dnia złożyłam podanie o pracę w Diageo. Niestety, pomimo uroczej pierwszej rozmowy z dwiema bardzo miłymi Irlandkami, niski Brytyjczyk o imieniu Chris, znokautował mnie w drugiej rundzie… Ale miał miły uśmiech, więc mu wybaczyłam (słaby żart!)

W roku 2009 Guinness Storehouse obchodził 250-te urodziny w Bramie Św. James’a – to adres dublińskiego browaru.

Oczywiście byłam tam i oczywiście nabyłam kilka unikalnych przedmiotów, które mam nadzieję, pewnego dnia przyniosą moim wnukom fortunę.

Zobaczcie więc, o co w tym wszystkim chodzi!

Napis nad wejściem do Browaru głosi:

This is the Storehouse, where for almost a century the magic of fermentation took place. Construction began in July 1902. Four years later, fermentation began and continued until 1988.

(To jest Magazyn, w którym przez prawie wiek odbywała się magia fermentacji. Konstrukcja rozpoczęła się w lipcu 1902 roku. Cztery lata później, rozpoczęła się fermentacja, a trwała do 1988 roku)

Składniki – By zrozumieć co powoduje, że Guinness jest tak wyjątkowy, musisz najpierw zrozumieć podstawowe składniki. Woda, jęczmień, chmiel i drożdże: cztery naturalne składniki wnikliwie selekcjonowane, by zapewnić jak najwyższą jakość. Każdy ze składników jest wyjątkowy sam w sobie, ale zmieszane podle naszej sekretnej receptury, tworzą coś nadzwyczajnego.

WODA: W 1759 roku Arthur Guinness, syn rolnika, a sam sługa, podpisał dzierżawę browaru St. James’ Gate w Dublinie. Był tak pewny sukcesu swego piwa, które nazwał Guinness, że wspomniany dokument podpisał na okres 9 tysięcy lat.

JĘCZMIEŃ:

każdego roku 100 tysięcy ton irlandzkiego jęczmienia zamienia się w Guinness’a w dublińskim browarze.

CHMIEL:

Chmiel rośnie tylko w dwóch regionach świata, pomiędzy 35 i 55 stopniem na północ i południe od równika. Nasz Kupiec skupuje tylko najlepsze rośliny z Australii, Czech, Niemiec, Wielkiej Brytanii, USA i Nowej Zelandii. Chmiel może osiągnąć nawet 4.5 metra wysokości. W dawnych czasach mężczyźni, korzystając ze szczudeł, przywiązywali żyłki do wbitych w ziemię palików i przeciągali je przez kable (przewodzące prąd przypuszczam). Tradycyjne zbiory odbywały się ręcznie, ale dziś używa się już maszyn.

DROŻDŻE: Wyprodukowane przez Arthura Ginnessa osobiście i zawsze trzymane w sejfie.

Wreszcie, sam Arthur Guinness jest uznawany za 5 i główny składnik.

Bez Arthura nie byłoby Guinness’a.

Arthur Guinness urodził się w Celbridge w Hrabstwie Kildare w 1725 roku. Jego ojciec, Richard, był zarządcą ziemskim na dworze Arcybiskupa Cashel’u, Arthur’a Price’a i ważył też piwo dla pracowników. Gdy Arcybiskup zmarł, zostawił młodemu Arthurowi, który był jego chrześniakiem, Ł100. Arthur wynajął za te pieniądze browar w Leixlip. Trzy lata później, Arthur wyruszył do Dublina szukać szczęścia, pozostawiając w browarze swego młodszego brata. W 1759 roku podpisał kontrakt na dzierżawę Browaru pod adresem Brama Św. Jakuba na 9 tysięcy lat wraz z dostępem do wody miejskiej. I tak zaczęła się historia.

Wspomniane 100 funtów było równowartością 4-letnich zarobków w tamtych czasach.

Praca u Guinnessa oznaczała, że ty i twoja rodzina byliście pod opieką – ubezpieczenie zdrowotne, dotowane posiłki, emerytury, wyższe płace niż w innych przedsiębiorstwach, itp. Pod koniec zmiany pracownicy mogli również wypić darmowy kufel piwa.

Arthur Guinness był przedsiębiorcą socjalnym i filantropem. Przekazywał darowizny na cele charytatywne, dbał o opiekę zdrowotną mniej uprzywilejowanych, pracował nad zachowaniem irlandzkiej tożsamości i promował tolerancję w społeczności mieszanej religijnie.

Sam Guinness był protestantem, unionistą i przeciwnikiem jakiegokolwiek ruchu na rzecz niepodległości Irlandii i chciał, aby “Irlandia pozostała pod angielską kontrolą”.

W 1797 roku The Union Star pisał – “Piwowar (czyli Arthur Guinness) w James’s Gate (to) aktywny szpieg. Zjednoczeni Irlandczycy będą ostrożni w kontaktach z każdym pubem, który sprzedaje jego napój”.

Arthur Guinness miał 21 dzieci z Olivią Whitmore, którą poślubił w 1761 roku, jednak tylko 10 dożyło dorosłości. Trzech na sześciu chłopców pracowało jako piwowarzy.

Guinness zarabiał fortunę na giełdzie, ale pomimo tego, że był bardzo bogaty za życia, pozostał bardzo skromny i istnieje tylko jeden jego portret.

W tej chwili słynny trunek powstaje w sąsiednim, ultranowoczesnym browarze. To znaczy, tu, w Dublinie. Na całej kuli ziemskiej jest ponad 50 browarów Guinness’a.

Stary browar, Guinness Storehouse przy St. James’s Gate otworzył swoje podwoje jako atrakcja turystyczna dopiero w 2000 roku.

Mistrz Piwowar, Fergal Murray, osobiście, choć tylko wirtualnie, zabiera zwiedzających na praktycznie realistyczną wycieczkę po ośmiopiętrowym … kuflu 😀 Naprawdę!

A gdy już dojdziecie do samej góry kufla, to wtedy kufel trafi Wam do rąk w Barze Gravity (Grawitacja) z panoramicznym widokiem na całe miasto:

A kto wie… jak nalać idealny kufel Guinnessa?

Diageoacademy.com ma następującą teorię:

Pociągnij kranik do samego dołu i dozuj pod kątem 45 stopni do szkła marki Guinness. Napełnij szklankę do 3/4 wysokości. Pozwól by napój osiadł. Uzupełnij, odsuwając uchwyt kranu do tyłu, tworząc w ten sposób bajeczną białą kopułę Guinnessa.

Jeśli kiedykolwiek oglądaliście moment “osiadania” Guinness’a, zauważycie efekt lawiny, który jest widoczny na moim zdjęciu powyżej, i jest po prostu niesamowicie satysfakcjonujący do oglądania … Nawiasem mówiąc, czy wiecie dlaczego w każdej puszce Guinnessa umieszczana jest mała kulka? Nazywa się ona widget i jest wypełniona gazem; azotem lub dwutlenkiem węgla. Po otwarciu puszki gaz znajdujący się w kulce jest uwalniany do piwa, powodując lawinę i nadając kuflowi tzw. “białą głowę” czyli tą pianę na górze.

Zobaczmy, czy sam Master Brewer postępuje zgodnie z zasadami:

Jedyne, co pozostało do zrobienia na tym etapie, to podnieść kufel Guinnessa i powiedzieć: Za Artura! Tak jak robimy to tutaj, w Irlandii co roku w Dzień Artura, który po raz pierwszy był obchodzony na arenie międzynarodowej 24 września 2009 roku dokładnie z okazji 250-lecia Guinness Storehouse i oczywiście w dniu urodzin Artura.


Source unitalianoasligo

Pozwólcie, że skończę moją ulubioną reklamą Guinnessa poniżej. A warto wspomnieć, że reklamy Guinnessa są naprawdę ciekawe i super śmieszne, poszukajcie wiecie gdzie a znajdziecie 🙂

To Arthur!

Anna

Poniżej znalazłam virtual tour dla wytrwałych:

Páirc an Chrócaigh

Listen to the podcast here: Páirc an Chrócaigh

Working at the Dublin’s Temple Bar Hotel had its pros and cons. I left the cons behind me a long time ago and decided to concentrate on the pros only.

In this particular venue, reception work could be a nightmare. Obviously due to its location, name and the in house pub and night club.

As in any hotel you would meet people from all over the world but in this one, I got to come face to face with some famous ones too.

Barry McGuigan was one of them for example. This lovely gent usually appeared with some young guys that trained with him. On daily basis he can be seen in a wax form at the Dublin’s Wax Museum just around the corner. Whether Temple Bar hotel is still on his list of places to sleep in, I do not know.

One day, and it was a long time ago because in 2008, I heard my mother tongue spoken coming from behind my right shoulder. Nothing unsual but this time the voice seemed very familiar. I turned my head in the direction of the speaker and I saw four men getting out of the lift and heading out of the hotel.

The very man himself, Dariusz Szpakowski, a legendary figure in the Polish sports and TV,  accompanied by three guys from TVP turned around to say hello. I greeted them back in Polish, hearing which they happily turned around and we had our chit chat which led us to my final question – what are you up to here?

The answer was Poland vs Ireland friendly match in Croke Park.

Source: internet

From here to there, and after mentioning I already had the tickets, the guys jumped with joy! We will interview you tomorrow! And I was silly enough to say: Sure fine 🙂

The boys disappeared into the darkness of Fleet Street to enjoy their evening of freedom.

Next morning they caught me quite early, which surprised me ‘cos I sure would not be getting up early after a night out in Dublin. But I guess they take their work seriously.

The moment cameras went on, I went all red with embarassement and started blabbing something silly, which, a few days later was shared with me by a friend. I had no idea it was to be streamed in the main evening news 🙂 Ah! My old neighbors must have had a blast!

Of course I took a picture with Mr Szpakowski, but sadly it is still somewhere out there in my work colleague’s phone :/ Quit trying to retrieve it after 5 years or so. (Robert if you read it or listen to it, I would still like to have that photo! Thank you!)

Anyway….

Croke Park is a GAA stadium. Who knows nothing about Ireland should know that GAA – The Gaelic Athletic Association looks after Irish sports called Gaelic football, Gaelic handball, Rounders and Hurling.

Gaelic football – I have watched male and female playing this weird thing for many years, trying to understand what it is all about and I have to say that I am confused 16 years later still…. Sorry neighbors! And Ms Byrne, who teaches in a local school and along with her sister and their team raised County Meath to the status of Legends in 2021.

The game is a mix of rugby, soccer and God knows what else. Ball can be touched by both, hands and legs and the goals are also double, H-shaped. If you score the under bar goal, you get 3 points and if the over bar goal then 1 point.

Hurling – my favorite of them all. To watch. It is a super dangerously looking game. Apparently the fastest game in the world. Played with flat wooden hockey-like sticks, only not equally long and the end is rounded. These are called hurleys.  Every 10th Irish person’s last name is Hurley too. The players are called the hurlers. The ball is hard and resembles the cricket or baseball’s one, helmet is a must. A friend of mine who plays it his entire life says that there are very few hits that would give you the pain similar to the one you can score from a hurley.

Like everyone else in here, I have a set of hurleys at home. Hardly ever used. Locals use them regularly to throw balls for their dogs to chase on the beach 🙂

Gaelic handball and Rounders – nobody really talks about these two (hover over the names here to find out what they are about). Here it’s all about the football and hurling as well as rugby, but that’s another story altogether. Although this one is also played at the Croke Park Stadium.

Croke Park can squeeze 82,300 supporters or concert goers, depending on what’s on the menu. It’s construction started in 1880 and it opened 4 years later. Below you can watch the transformation of Croke Park over the years.

On the day of 21.11.1920, during the Irish War of Independence, The British Auxiliary Division along with the police, entered the stadium during the Gaelic football match between Dublin and Tipperary and started a 90 second long nonstop massacre which ended up with 13 civilians being shot as well as one of the Tipperary team players, Michael Hogan.

This was a revenge. That morning Michael Collins and his boys killed 15 British intelligence members sent to Ireland to spy on and assasinate the main IRA members. They were called Cairo Gang due to them being often seen sitting at the Grafton Street Cairo Cafe. This killing was planned as one of the first similar actions to be executed by the IRA. To the left is a plaque in memory of the  Bloody Sunday.

U2 played a few concerts in Croke Park. Their Song, Bloody Sunday is related to the Easter Rising of 1916 however. You will also hear about Bloody Sunday in relation to the shootings in Derry in 1972. This name was used for the Croke Park shooting ‘cos in the hearts of the people, it was comparable to the day from 1916. Bono talks here about his song:

Even longer time ago than my Temple Bar Hotel experience, I used to live just around a corner from Croke Park, on Withworth Road. The times were tough for tenants. Dublin had a very law number and quality of places for rent and the Celtic Tiger was still roaring.

Our house was divided into 4 micro apartments with kitchenlets the size of a one person standing, bathroom very similar in size. Bedroom could fit only one double bed and the only space that was, let’s say livable, was the mini living area with a small window. Double glazed. Only that in the outer glass panel there was a hole…. from the bullet. Nice ha?!

We did not live there too long as the lady we rented from did not give broken f*cks, took adventage of the situation on the market and knew that the next day she’d have 20 other people begging for this lovely space where, after living for a few months, our clothes got covered with mould and an occasional slug or snail slithered accross the bathroom wall 🙂

Underneath us, there was a Chinese couple that sported growing weed. I cannot imagine this being done on a big scale given the size of their place but there were days we were walking high as kites. Here I can understand how one US President was smoking but never inhaling 🙂 We were not smoking but inhaling 😀

These were times when we lived on love though mainly as it was our first time living together. It cost a fortune by the way. We must have been paying extra for the snails and living on the volcano vaporiser.

And accross from us, there was a French married couple. The guy was a complete slipper. She stomped her foot and he was jumping around. The fourth space was kept uninhabited. The place was in a need of a compete and serious renovation but I can bet it is unchanged till this day! I would never want to live there again but I have to say there was always something worth looking out the window for in there.

It is when living here, that I got to learn about the importance of Croke Park in Ireland and its significance to the Irish people.

I may be uninformed when it comes to the Gaelic games, but I sure am not an ignorant. I’d simply rather watch ski jumping instead if I had a choice. Most of all I truly admire the spirit with which the locals support their teams. These games rock the island. On the day of a match, there is not enough air in Dublin to breath because the Stadium is full and after the match the city seems to be swollowed by the crowds. Every pub, every restaurant, every take away is simply packed with people. Entire families; grannies, grandpas, kids, everyone follows, supports and celebrates.

At the same time in Kraków you risk an axe into your back when one or two hooligans hop onto the same bus after the match of two rivaling soccer teams.

The streets were as busy as on any other big event day when we walked over to the Stadium to queue for our stand. Masses of people flooded the area.

Polish and Irish somehow magically found an unwritten and unspoken type of affection for each other over the years and therefore mixed groups of supporters were all too excited to have a few moments of competition that would bring many more days or weeks of topics for conversations around the pint.

There was a very light and happy atmosphere there. Gadget sellers lined up along all surrounding streets, were shouting heeeeaaad cups and hats, flaaags, heeeeaaad cups and hats, flaaags!!!! And I have to say they were well stacked on the merchandisers.

I took this one on another occasion but here to illustrate what it looks like

Finally we got in. It was my first time inside the Croke Park and I found it impressive. Its dimentions differ from the regular soccer stadium hence for many years it caused a lot of hassle for the organisers of non GAA matches to fit it well for purpose. Now there’s the Aviva Stadium around a corner built for those.

Our sector was packed with Polish supporters all dressed in the national colors, white and red, as our flag. An occasional green Alien 🙂 appeared in between. A Braveheart!

We watched the players doing their warm-up chores for a while sipping on our first pints of beer and chatting with the crowds.

Finally, strangely looking, huge headed creatures pretending to be the footballers came out and walked around. After that a well known Irish singer, whose name I can’t remember, popped out to sing a bit.

And then the teams started to appear on the field followed by the orchestra. The party was getting started.

The teams looked as follows:

Polish Team, source: laczynaspilka
Irish Team, source: laczynaspilka

The shows of light and smoke followed by the confetti set everybody in the right mood and an enormous Polish flag started to wander around.

I have to say being under such a flag is some experience. Claustrophobic to certain extent – it’s neverending, so at some stage you feel like you’r trapped, especially when surronded so tightly by the crowd, but most of all somehow fascinating. You simply get carried away by the show. The party under the flag was even better at moments than out in the open 😀

So the guys were kicking. Running and kicking. It was loud and busy with occasional big ooooohs and aaaahs and so on. Poland ended up with 3, Ireland with 2 goals.

  • In the 3rd minute Mariusz Lewandowski 18 (not related to Robert Lewandowski 14) scores the first goal for PL
  • End of the 1st and beginning of the 2nd half
  • 46th minute first change PL: Błaszczykowski out, Guerreiro in and Brożek out, Robert Lewandowski in
  • 47th minute Guerreiro goal for PL
  • 59th minute 1st change IRL: McShane out, Bruce in
  • 60th minute 2nd change IRL: Keogh out, Stephen Hunt in and Doyle out, Noel Hunt in
  • 67th minute 3rd change IRL: Duff out, Long in
  • 70th minute 2d change PL: Boguski out, Peszko in
  • 72nd minute 4th change IRL: Gibson out, Andrews in
  • 81st minute 3rd change PL: Krzynówek out, Jodłowiec in
  • 88th minute Stephen Hunt goal for IRL
  • 89th minute Robert Lewandowski goal for PL
  • 90th minute Keith Andrews goal for IRL

During all the above, my boys from the hotel, dressed in pretty purple vests moved nicely around filming, as they would. Mr Szpakowski was at his spot above everyone commenting on the show. I am pretty sure we had a lovely zoomy moment there, never saw it streamed yet 🙂

After the match, the merry crowds spread like ants around the ant hill and into the night.

Our bus was living from Drumcondra Road so we took Clonliffe Road to get there and this way we were forced to pass by one more place we had once rented for a few weeks. A few weeks, yes! It was a shocker of a place and we vacated it with the speed of light.

Moved in there straight from the Withworth Road. I used to cycle to work in Clontarf back then and this area suited me perfectly. There was nothing for rent out there though hence we decided to move into whatever and take time to search for an alternative place and escape as soon as an opportunity arises.

This granny was well off. Owning a few of the old huge houses on both, Drumcondra Road and Clonliffe Road. She had them split into as many apartmets as possible. They were also as unkept as possible. All she cared about was walking around and collecting the rent from her tenants.

The place we got for our short adventure was on the top, 5th floor. The last one she had left. Not too expensive and no wonder. As much as the outside of the building would suggest a city mansion, the moment you walked in you stopped lying to yourself. Although the staircase could pass too, ‘cos it was nice and wide despite of being covered with a nasty carpet. The walls were already screaming for help though. At least 100 years old wall paper was coming off and scruffy walls were throwing sneaky peeks at the stair climbers.

Our living room/ kitchen was spacious but equipped with the oldest and most nasty looking furniture topped with a well walked carpet. Dark dingy hole. But spacious.

This was not everything. The living room/ kitchen area was accross the corridor from the bathroom and the bedroom, which were meant to be a part of our living space and sounds about right, right? Well… wrong! The mentioned corridor was used by the tenants from a neighbouring apartment. So to summerise, they had their full apartment behind one door which could be closed with one key. We had 3 doors to 3 separate spaces with a shared hall 🙂

The neighbors happened to be Czechs which made my other half happy because that’s what he is. I was not overly excited but sure, we had to live somewhere.

Thankfully there were new houses being built on the outskerts of the town and despite of them being totally overpriced and falling apart straight after having been built, we rushed out of that place like crazy chickens.

The granny had a good heart and believed in our very serious reasons for leaving. We could not have told her that the cat repellent she kept outside was swelling our eardrums to the point of explosion and that we have lost 10 kg each because we were unable to make food in this smelly den.

But I did see the granny roaming the streets of Drumcondra in search of her loot many o’times afterwars which would suggest she’s well in the business still.

Ah Dublin and its property market. A God forgotten zone back then. The changes are noticeable now but the isolation from the mainland still puts Ireland well behind in comparison to the quality and choices offered over there.

More about this some other time.

Have a nice day!

Anna

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00

Or enter a custom amount


Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly

Servant who built an empire on booze out of £100

For those who do not like to read, here’s the spoken pint of Guinness.

I can bet that many, if not all, tourists coming to Dublin every year, sooner or later end up heading for the chimney. Not just any chimney though.

You walk down between the rows of old stone buildings in one of the oldest parts of Dublin only to, all of a sudden, get a punch… to your nostrils. It isn’t just a regular punch from a local though, which perhaps could also accur at the wrong hour of the night, but a punch of stench in the air. I mean, soooo bad that I have never smelled one like this before nor after.

Yes, that’s the smell of roasted barley. Nobody can describe it for you. I assure you however that nothing can stir the liquids inside your belly like this one.

So here’s the first shock that kinda soaks in after a while spent in the area and once the initial nausea feels fade away you start noticing things all over again.

This very industrial looking quarter has for hundreds of years been a house to the world famous Guinness Brewery.

Have you noticed that wherever you go in the world, sooner or later you spot a Guinness sign and find yourself sipping a pint inside the Irish Pub? Yep, that’s the magic of the Black Stuff.

Many o’years have I spent working in the nearby Temple Bar area where majority of the Dublin’s night life takes place. The action starts at about 5am. A Guinness branded truck full of metal kegs comes over to deliver orders. The side of it gets opened, a little special keg cusion is placed on the cobble stones and a doorway to the, usually underground, kegroom gets lifted.

One keg after another hits the pavement waking up all those who have just about gone to sleep after emptying the other kegs. (Yes despite of the keg cusions – I cannot imagine what it must have been like without them). Then the kegs fall again, this time into the keg room and make another interesting set of sounds after which they get rolled into their designated position playing yet another tune. Then, the so called empties are lifted onto the truck to remind the sleeping of their adventures and play the last of the morning songs after which, the truck goes back to the warehouse.

In my opinion this is the main reason why those who slept in one of the Temple Bar located hotels and hostels consider their stays unforgettable – they simply never dreamt of a greater headache.

I personally owe this opinion of unforgettable-ness to a not too sober Welshman who happened to be very proud of the proper kilt wearing ways and was not afraid to show it… 😀 Only that… it was a rather cold evening…

That was a Temple Bar related disappointment 🙂 however I have to mention a disappointment that is directly connected with the Storehouse itself and an Englishman this time. Since 1997 Guinness is owned by Diageo, the alcoholic empire (as well as Captain Morgan, Moet, Smirnoff, etc. etc.).

It is years now since I have been honoured with a title of Guinness Storhouse Ambassador and I cannot say I used the benefits much, but that’s because there were not many benefits really available back in the day. I should actually check the current situation now that I think of it! I am still a proud holder of the Ambassador Card.

And so being the ambassador, I clearly had sufficient love for the brand and the venue itself. As such, one day I applied for a job at Diageo. Sadly, despite of having a lovely 1st interview with two very nice Irish ladies, a short Brit named Chris, knocked me down in the 2nd round… But he had a nice smile so I have forgiven him (not!) 🙂

2009 was celebrating the 250 year’s birthday at St. Jame’s Gate as the Guinness Storehouse is often called.

Of course I was there and of course I happen to have a few unique items that am hoping one day will bring my grandchildren a fortune 🙂

So let’s show you what it’s all about!

This is the Storehouse, where for almost a century the magic of fermentation took place. Construction began in July 1902. Four years later, fermentation began and continued until 1988.

WATER: In 1759 Arthur Guinness, the son of a farmer, and himself a servant signed a 9,000-year, lease on St. James’ Gate Brewery in Dublin, he was so confident in the success of the beer he named Guinness. How else?

BARLEY:

At St. James’s Gate Brewery Guinness use 100,000 tonnes of Irish grown barley per year.

HOPS:

YEAST: once produced by Arthur Ginness personally and always kept in the safe.

Finally, Arthur Guinness himself is considered to be the 5th and the main ingredient.

The mentioned £100 was an equivalent of 4 years wages back in the times.

Having a job at Guinness’ meant you and your family were looked after – health insurance, subsidized meals, pensions, higher wages, etc. At the end of the shift workers could also ejoy a free pint.

Arthur Guinness was a social welfare entrepreneur and a philanthropist. He donated to charities, cared for the health care of the less privilaged, worked to preserve the Irish identity, and promoted tolerance in a religiously mixed community. He was a Protestant, a Unionist and against any movement toward Irish independence and wanted “Ireland to remain under English control.”

“A brewer at James’s Gate, an active spy. United Irishmen will be cautious of dealing with any publican who sells his drink.” wrote The Union Star in 1797.

Arthur Guinness had 21 children with Olivia Whitmore whom he married in 1761, however only 10 survived to adulthood. Three out of six boys worked as brewers.

Guinness was earning a fortune on the stock market but despite of being super wealthy during his lifetime he remained very humble and there is even only one portrait of him.

Right now, the famous brew is made in the next door state of the art brewery. Well, in Dublin that is. There are abound 50 places around the Earth which produce this black stout.

Guinness Storehouse at St. James’s Gate opened its doors as a tourist attraction only in the year 2000.

Master Brewer, Fergal Murray, takes you on the virtually realistic tour around the PINT 😀 For real!

Once you walk your way up to the rim of the pint glass, such a pint can of course be enjoyed at the 360 degrees view rooftop Gravity Bar:

But… how to draught a perfect pint of Guinness

Diageoacademy.com has the following theory:

Pull the tap fully down and dispense at a 45 degrees into a Guinness branded glass. Fill till ¾ up the glass. Allow to settle. Top up by pushing the tap handle back just proud of the rim, thus creating the fabulous Guinness dome.

If anyone ever watched the “settling” part, you will notice the avalanche effect which is visible on my photo above and is just so satisfying to watch… By the way, did you know that this is why a little ball is placed in every can of Guinness? It’s called widget and it’s filled with gas, nitrogen or carbon dioxide. When you open the can, the gas that’s in the widget is released into the beer causing the avalanche and giving the pint a white head.

Let’s see if the Master Brewer himself follows the right steps:

The only thing that’s left to do at this stage is to lift your pint of Guinness and say: To Arthur! as we would do here, in Ireland every year on Arthur’s Day. It has been celebrated internationally for the first time on the 24th September 2009 exactly for the 250th anniversary of the Guinness Storehouse and of course around the day of Arthur’s birthday.

Source unitalianoasligo

There’s a virtual tour of the Storehuse available under the following link: https://www.youtube.com/watch?v=dX0NcMxgkSk

Of course everything you need to know is here: https://www.guinness-storehouse.com/en

And I am going to finish with my favorite Guinness commercial:

To Arthur!

Anna 🙂

One-Time
Monthly
Yearly

Make a one-time donation

Make a monthly donation

Make a yearly donation

Choose an amount

€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00
€5.00
€15.00
€100.00

Or enter a custom amount


Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

Your contribution is appreciated.

DonateDonate monthlyDonate yearly