“Parostatkiem w piękny rejs….” po Odrze we Wrocławiu rejs….

Wersja do słuchania dla leniwych:

English version below:

Wrocław. Upał. Ponad 30 °C. Topimy się. Co tu zrobić? Zaleźliśmy pod drzewa w parku. Nie pomogło. Powlekliśmy się dalej powoli wytapiając tłuszczyk i uświerkając z zaduchu. I wtedy zdarzył się cud.

Wrocław, wiadomo nad Odrą leży. My jednak, nieprzywykli do podobnych widoków z Irlandii, nie spodziewaliśmy się ni stąd ni zowąd znaleźć się w miejscu, z którego odpływa łajba wycieczkowa po rzece i poza miasto oczywiście.

Ha! O cóż piękniejszego mogło nas spotkać w tym dniu! Ostrów Tumski się nie umywał przy takiej fascynującej atrakcji.

Trzech umęczonych skwarem panów bosmanów siedziało sobie na płotku nad rzeką czekając na następny rejs i marząc o sofie, telewizorze i butelce schłodzonego piwa… I nie powiecie mi, że ten pierwszy z lewej to nie Walduś Kiepski! 🙂

No nic, kupiliśmy bilety i po kilku chwilach NIE-PARO-Statek Pasażerski Driada opuścił nabrzeże z przystanku pod tymże wspomnianym Ostrowem Tumskim i z pięknym delikatnym pomrukiem silnika chwyciliśmy wiatr w żagle 🙂 No, nie! Żagli nie było. Ale i tak było nieźle.

Wrocław, jak pewnie wielu wiadomo to miasto wyjątkowo piękne. O tym jeszcze będzie. Ale czy pod miastem też tak pięknie? No nie do końca. Droga z lotniska na przykład, trasą autobusową, prowadzi pomiędzy raczej zaniedbanymi blokowiskami. Nie wiem z jakiego okresu pochodzą te budynki, ponieważ, wiadomo, Wrocław to Dolny Śląsk, wiele wpływów niemieckich, ale przede wszystkim pruskich. Tak więc i architektura im bliższa. No i pozostałości, zamieszkane oczywiście, po tamtych wiekach dobrobytu, pozostają, jednakże w stanie opłakanym, strasząc przyjezdnych turystów.

A jak to się ma od strony Odry? No ma się różnie. Na mnie osobiście, wielbicielce przyrody i otwartych przestrzeni, zdecydowanie zrobiły wrażenie moczary i szuwary z różnorodną ilością ptactwa i innych żyjątek, które raz po raz wyskakiwały nam gdzieś przed nosem.

Ukrop był niemiłosierny. Szlajaliśmy się po pokładzie w tę i wewtę, siorpiąc schłodzoną wodę mineralną. Faceci pozdejmowali koszulki, co nie koniecznie należało do generalnych przyjemności, ponieważ ich pot, który wcześniej wsiąkał w materiał, teraz rozprzestrzeniał swój śmiertelny jad bez jakichkolwiek zahamowań. No i trzeba się było ewakuować na przeciwną burtę….

Ale co tam, przed nami jeden most, potem drugi, jeszcze dalej pan w łódeczce i kilku kajakarzy. Pyrkamy i my powolutku, nie wykonując żadnych zbędnych manewrów i nie spiętrzając wody ani za nami, ani po bokach. Bo po co… Jak leń to leń.

Rozmowiać też nie ma z kim bo ani w teatrze żeśmy nie byli, ani w kinie, a żeby jakiś zagraniczny film, to już w ogóle!

I tak sobie błogo płynęliśmy, aż przyszedł czas by zawracać. No cóż, nic dobrego nie trwa wiecznie.

Zdecydowanie niechętnie zeszliśmy znów na brzeg i uderzyli w miasto w poszukiwaniu jakiegoś jadła. Jadło pysznie smakuje we Wrocławiu i są miejsca kultowe, do których zawsze warto zajrzeć. Wiele z nich przy Rynku i w okolicy Starych Jatek, uliczki pamiętającej XIII wiek. Wówczas znajdowało się tam zagłębie rzeźnicze – 42 domy drewniane ustawione w dwóch rzędach, z przeznaczeniem dla handlu mięsnego. Do dnia dzisiejszego zachowało się jedynie 12 kamienic z czasów przedwojennych. To centrum artystyczne, ale i gastronomiczne. A dla upamiętnienia dawnych czasów, postawiono tu bardzo swoisty pomnik “Ku czci zwierząt rzeźnych”. No i niedawno jeszcze krasnala Rzeźnika. Ale o krasnalach jeszcze będzie.

Granice wrocławskiego Rynku również wytyczono już w XIII wieku. Jego obecna powierzchnia wynosi około 40 tysięcy m², co stawia go na 5-tym miejscu według wielkości polskich ryków średniowiecznych. Wrocławski Rynek jest jednak rynkiem szczególnym i jednym z niewielu w Polsce, na którym znajdują się miejskie zabudowania z siecią ulic. Wychodzi stąd aż 11 ulic, po dwie w każdym narożniku.

W centralnej części Rynku stoi Stary Ratusz, będący niezwykłym osiągnięciem gotyku w skali europejskiej. Jego budowa trwała około 250 lat. Aż do pierwszej połowy XIX wieku, kiedy to wybudowano Nowy Ratusz, do którego przeniosły się władze miasta, Stary Ratusz pełnił funkcję siedziby sądu i rady miejskiej. Dzisiaj Stary Ratusz jest oddziałem Muzeum Miejskiego Wrocławia. Ma tu też swój gabinet prezydent miasta oraz odbywają się tu posiedzenia Rady Miejskiej.

Kto lubi, niech stanie pośrodku placu i zrobi sobie młynek 🙂 Otoczeni jesteście sześćdziesięcioma kamienicami ufundowanymi przez miejskich patrycjuszy i jedna piękniejsza od drugiej. Najbardziej znane to m.in.: Kamienica pod Błękitnym Słońcem, pod Siedmioma Elektorami czy pod Gryfami. A moje ulubione to zdecydowanie Kamienica pod Złotym Jeleniem i Jaś i Małgosia. Za tymi ostatnimi znajduje się wejście do magicznego świata wrocławskich krasnali. “Czy to bajka, czynie bajka, myślcie sobie jak tam chcecie….

Wyobraźcie sobie, że aż do lat 70-tych w Rynku kursowały tramwaje. Działała tu także stacja benzynowa.

Zapraszam Was do obejrzenia vloga Radosława Gajdy z Architecture is a good idea właśnie o Wrocławskim Rynku:

Za Radosławem dodam tylko kilka ciekawostek związanych z trzema budynkami o których tak pięknie opowiadał.

Dom handlowy Braci Barasch, dziś znany pod nazwą Feniks, posiadał kiedyś przepiękną ozdobę, 6,5-metrowy szklany globus na szczycie budynku, który został zniszczony w wyniku uderzenia pioruna w 1929 roku.

Zobacz obraz źródłowy
Źródło: radiowroclaw

W Kamienicy pod Złotym Słońcem (Rynek 6, nie mylcie ze stojącą obok pod numerem 7 Kamienicą pod Błękitnym Słońcem) znajduje się Muzeum Pana Tadeusza Różewicza, polskiego pisarza.

A we wspomnianym modernistycznym biurowcu zaprojektowanym przez Heinricha Rumpa z 1930 roku (na rogu Rynku i placu Solnego), znajduje się jedna z nielicznych w Polsce wind typu „paternoster” (winda paciorkowa), która kursuje bez zatrzymywania się i wsiada się do niej w biegu. Niestety, nie jest ogólnie dostępna.

No i wreszcie, o czym mało kto wie, a o czym nie wolno zapomnieć  – pomnik Aleksandra Hrabiego Fredry! Wcześniej stał on we Lwowie a na wrocławskim Rynku zastąpił pomnik nie kogo innego jak samego króla Prus, Fryderyka Wilhelma III. No jakżeby nie, kiedy Aleksander Fredro uważany jest za najwybitniejszego komediopisarza w literaturze polskiej epoki romantyzmu, a na wcześniejszym pomniku napis głosił “An mein Volk”, co miało upamiętniać wydaną w 1813 roku we Wrocławiu odezwę tego króla. Polacy nie Prusi i swój język mają….

Ten rzeczony romantyzm Fredry nie koniecznie odzwierciedla się jednak w sposób romantyczny w jego dziełach, czego przykładem może być: Baśń o Trzech Braciach i Królewnie (zdecydowanie nie dla dzieci!). Oba rękopisy jego najsłynniejszej sztuki “Zemsta” przechowywane są w Zakładzie Narodowym im. Ossolińskich we Wrocławiu. Sam Fredro pochodził z województwa podkarpackiego i był wybitnym nie tylko artystą, ale i politykiem i wolnomularzem. No Hrabią był i tyle. I miał “jaja” żeby pisać na tematy tabu. Super chłop!

My usadowiliśmy się na Placu Gołębim, tuż obok fontanny “Zdrój”, nazwanej tak na cześć zarządzającego miastem w roku 2000, kiedy to zajęła swe zaszczytne miejsce na wrocławskim rynku, prezydenta Zdrojewskiego. Fajna pamiątka w stylu “sam dam sobie”.

No i cóż, najedzeni, umęczeni i spaleni słońcem udajemy się na zasłużony spoczynek do pobliskiego hotelu, by już następnego dnia znaleźć się na pięknym Dworcu Centralnym i pociągiem pociuchciać ku wschodowi słońca…

Po drodze mijamy jednak jeszcze jedną bardzo wartą wspomnienia rzecz – gazową lampę:

We Wrocławiu wciąż istnieją i dzień w dzień zapalane są i gaszone przez latarnika – jednego z ostatnich w Polsce. W samym centrum miasta, na Ostrowie Tumskim każdej nocy zapala on (latem o 21-ej a zimą już o około 16-ej) i gasi tuż przed świtem 103 latarnie. Ich zapalaniu poświęca około dziewięćdziesięciu minut. 

Pierwsze miejskie latarnie gazowe uruchomiono w 1809 roku w Londynie. Pewnie oglądaliście Mary Poppins! 10 lat później działały już w Paryżu. Trend pokroczył dalej w ląd i także niemieckie miasta, takie jak Berlin, Lipsk czy też austriacki Wiedeń niedługo po tym zafundowały sobie podobne formy oświetlenia miejskiego.

23 maja 1847 roku punktualnie o godzinie dwudziestej,  odświętnie ubrany latarnik zaświecił pierwszą miejską gazową latarnię na ulicach Wrocławia i tak to trwa po dziś dzień. Data ta, to dzień, w którym po ukończeniu prac budowlanych nad nową gazownią miejską, po raz pierwszy popłynął z niej gaz. Sama budowa gazowni była zainspirowana trendem rodzącym się właśnie na zachodzie oraz pierwszą latarnią tego typu, która rozbłysła tu w restauracji Złota Gęś 16 czerwca 1843 roku w towarzystwie burmistrza i członków magistratu. Władze grodu, zafascynowane tą techniczną nowinką, właśnie wtedy postanowiły niezwłocznie wdrożyć ją do życia miejskiego Wrocławia.

Gazownia ta powstała przy ulicy Tęczowej 🙂 jakże by inaczej! Niecałe pół roku później ponad 700 latarni gazowych rozświetlało miasto. Nie świeciły one jednak tak jasno, jak te które rozświetlają Ostrów Tumski dzisiaj. Źródłem ich światła był pojedynczy płomień. Dopiero wynalezione w 1885 roku siatki Auera znacznie poprawiły jasność latarni. Gaz służył wtedy nie tylko do oświetlania ulic Wrocławia, ale też hoteli, restauracji, fabryk, szkół czy mieszkań prywatnych.

Pod koniec ubiegłego stulecia, kiedy to władze miasta postanowiły wymienić cały system oświetleniowy na lampy rtęciowe, niewiele brakło, by podobny los spotkał również i te z Ostrowa Tumskiego.

Udało mię znaleźć Ofertę Pracy dla Latarnika Ofertę Pracy dla Latarnika. Mnie najbardziej spodobał się ten fragment:

Zgodnie z wytycznymi ZDiUM latarnik w czasie pracy musi nosić czarny cylinder w stylu kominiarskim oraz dwuczęściową czarną pelerynę – długą do kolan i krótką zakrywającą ramiona. Peleryny muszą być wodoodporne, ze stójką oraz wykonane z tego samego materiału. Ponadto, peleryna zapinana jest na dwa złote metalowe guziki. Na krótkiej pelerynie należy wyszyć herb Wrocławia. Latarnik w pracy powinien nosić ciemne spodnie z materiału krawieckiego oraz czarne skórzane buty. Buty muszą być czyste.

Dogi ZDiUM – czy nie łatwiej by było takie uniformy udostępnić pracownikom? Może ktoś wpadł na ten pomysł pomiędzy ofertą z 2020 i dziś. Jeśli nie, to myślę, że warto znormalizować  tą kwestię.

A że o Wrocławiu mowa, to jeszcze chciałam wspomnieć Pana Antoniego Gucwińskiego, który, wraz żoną, zachwycał mnie jako dziecko opowieściami o zwierzętach. Był Dyrektorem Wrocławskiego Zoo i do dziś pamiętam jak oboje trzymali zwierzątka na kolanach i opowiadali o nich w programie “Z kamerą wśród zwierząt”. Antonii Gucwiński – życzę by osiadł Pan na miękkiej chmurce, otoczony duszkami zwierząt. W takim prywatnym Edenie w niebie 🙂

Anka

4 thoughts on ““Parostatkiem w piękny rejs….” po Odrze we Wrocławiu rejs….

  1. Pingback: Krasnoludki – Dreams Do Come True

  2. Pingback: Puff Puff Puff…. Oder…. river cruise…. – Dreams Do Come True

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s